poniedziałek, 18 października 2010

Watch me burn...

Histeria mnie pokonała, o czym przekonałam się wczoraj pod wieczór.
Przekonałam się także, że moje uczucia i emocje są bardziej intensywne niż chciałam się przyznać przed samą sobą.
Weekend był bardzo nierówny i poszarpany począwszy od piątku.
W piątek rano K. sprawił, że w pracy wyłam jak bóbr z bezsilnej złości i ogarniającego mnie poczucia beznadziei. Popołudniowa dyskusja z nim zamieniła się momentalnie w pyskówkę. A wspomnienia wróciły jak bumerang i przetoczyły się grzmotem po mojej głowie. Wieczór u R. odprężył i wprawił mnie w doskonały nastrój. Dawno nikt mnie nie łaskotał, a to wbrew pozorom lubię :) (o ile nie wbija mi się paluszków między żebra ]:>) Po pysznym obiadku (wiwat dziwne kluski z gluta!) i bardzo odprężającej rozmowie (poza kilkoma momentami, kiedy miałam ochotę zadusić poduszką ;>) zrobiło mi się sennie... Przysnęłam... I wtedy zadzwonił S.
Ech... Nie jestem w stanie w jego przypadku przewidzieć wszystkich reakcji i zachowań, więc nawet nie próbuję. Grunt, że emocje wzięły w górę i po kilku dziwacznych zdarzeniach sytuacja się nieco zagmatwała, przez jego późniejsze milczenie, moje "nie-wiem-o-co-znów-chodzi" i "dlaczego-zapada-ta-dziwnie-przygnębiająca-cisza-naznaczona-niepewnością".
Emocjonalne rozedrganie i histeria. Jedynie w ten sposób mogę skomentować to co się ze mną działo w niedzielę. Poza spotkaniem z A., wspólnym pieczeniem sernika i śmiechem z Mariolki-krejzolki (zyskałam nowe spojrzenie na własną perukę, a duszek-piersiuszek do dziś powoduje u mnie napad chichotu :D) Spotkanie z A. uświadomiło mi jak bardzo trudno mi mówić o sobie i jak ciężko mi przestawić się na myślenie o sobie. Wypływało ze mnie to co jątrzyło najbardziej, w sposób urywany i mocno fragmentaryczny. Bolesna jest świadomość, że zwiazek, który miał rozwijać i uskrzydlać, poranił mi serce i sprawił iż mam o sobie jak najgorsze zdanie jako kobiecie. To przerażające. Nie umiem o tym mówić z lekkością i otwartością, to wszystko nadal wiąże się z ogromnym wstydem i poczuciem strasznej porażki. I poczuciem winy.
Gdy A. wyszła, ja wyciągnęłam z szafy ogromny sweter i owinęłam się nim doszczętnie, zwinęłam na łóżku i zaczęło być mi wszystko jedno. Wyłączyło sie nawet myślenie, a w głowie kołatało tylko: "To koniec"... Moja mama rano ze zdziwieniem zauważyła to, co próbowałam jej powiedzieć od tygodni. Atak histerii skwitowała słowami: "Jeżeli nastanie cisza, to znaczy, że nie było to dla ciebie. Ale przecież zadzwoni."
Po raz kolejny miała rację.
Telefon zadźwięczał "Lips of an angel" i nawet będąc w łazience wiedziałam, kto to... Łzy zamarły na policzkach a serce stanęło w oczekiwaniu najgorszego.
A najgorsze nie nadeszło. Zamiast tego nadeszło spokojne tłumaczenie i anielska cierpliwość. Kojący głos...
Jeszcze raz pokonał mnie strach i histeria. Jeszcze raz niepewność i bagaż wyniesiony z mojego dogorywającego związku, nakopały mi w dupsko. Ł. powinien był użyć młotka wiszącego na szafie... tego do wybijania głupot z głowy.

Nie poradzę nic, że tęsknię.
Nie poradzę nic, że nie mogę sobie poradzić ze wszystkim.
Nie poradzę nic, że....

Zasnęłam spokojnie wsłuchana w oddech...

Rano znów się uśmiechnęłam do odbicia w lustrze. :)

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Po pierwsze nie glut, tylko ciecz nie-newtonowska:P

A po drugie za co takiego chcialas mnie ta poduszka udusic? :P

J.L. pisze...

Juz Ty wiesz za co.... :P:P:P:P

Glut, ciecz nie-newtonowska, dziwne cuś... jeden czort:P

Anonimowy pisze...

Szczerze mówiąc nie mam pojęcia za co gryząca kobieto :P

J.L. pisze...

Za niewinność, jak zwykle, mściwy mężczyzno :P