środa, 24 grudnia 2008
Choinka...
sobota, 13 grudnia 2008
A Serce boli...
Definicja zaufania według słownika to: „poleganie na uczciwości, prawdziwości, przyjaźni i zdrowych zasadach drugiej osoby, poleganie na kimś”. Mało w dzisiejszych czasach tego zaufania pośród ludzi. Bo i mało ludzie zwracają uwagę na zasady. I w tym właśnie tkwi błąd, który Rozum tak bardzo mi wytyka. Ufam ludziom.
Ufam ludziom zwykle za bardzo. A nie wszyscy są tego zaufania godni. Zwykle dostaję za to po tyłku. Ale nie umiem przestać ufać. Zazwyczaj otaczam się tarczą optymizmu. Mocną, grubą, zdolną przetrwać wiele. Siłę by ją utrzymać czerpię z mojej wiary w ludzi. Ale w ciągu kilku ostatnich miesięcy moja wiara w ludzi została nieco nadszarpnięta. Co Rozum dotkliwie uświadomił mi dzisiaj... Nie mógł sobie darować tych drobnych uszczypliwości. Wypunktował co do jednego przypadku, gdy za tą wiarę w człowieka dostałam po głowie. Dotkliwe te krzyki Rozumu dzisiaj.
Zebrało mu się dziś na rozrachunki, do diaska! Nie mógł lepszej pory znaleźć? Zdrajca! Wykorzystał to, że przed Bożym Narodzeniem dopada mnie depresja, że jestem słabsza, podatniejsza na jego utyskiwanie.
I zasiał we mnie ziarno niepokoju. Zaszczepił ponowna chęć ucieczki przed ludźmi. Podsycił pragnienie zamknięcia się w czterech ścianach.
I wiem, że Serce dziś cierpi, ale nie mam dla niej słów pocieszenia. Nie mam słów pocieszenia także dla Rozumu. Może po Świętach je znajdę. Jak umilkną te wszystkie burze. Chwilowo mam kompletnie zaburzony tok myślenia, miejscami graniczący z paranoją. Znów patrzę na życie przez pryzmat ostatnich mało przyjemnych zdarzeń. Tych, o których wiem tylko ja. Nie mam odwagi wypowiedzieć ich na głos. Nie mam odwagi przed samą sobą przyznać, że wszystko składa się w jedną paskudna całość. Nie chcę do tego bagna już wracać. Nie chcę się wikłać w jakieś chore gierki czyichś niezaspokojonych ambicji... I nie mam siły by zatrzasnąć temu drzwi. A Serce cierpi przez to moje niezdecydowanie. A Serce boli...
czwartek, 11 grudnia 2008
Dwie połówki jabłka...
Rozum chciał się wyprowadzić na dobre z powodu nierównowagi emocjonalnej Serca. Na szczęście jakoś się dogadali, bo co ja bym biedna bez Rozumu zrobiła? Dziś dla odmiany Serce szaleje...
Rozum: Ale o co Ci chodzi, Serce?
S: Już ja wiem o co mi chodzi! Specjalnie mnie tu zamknąłeś i nie pozwalasz się ruszyć. Specjalnie mnie ograniczasz! Nie pozwalasz poszaleć! A ja chcę drżeć! Chcę bić szaleńczo! Chcę czuć!
R: Serce, Serce... Ale ja to wszystko dla Twojego dobra... Wiesz co będzie jak się rozszalejesz? Każdemu się oddasz, na drobne rozmienisz i nic z Ciebie nie zostanie... Oni przez chwilę się pocieszą, porzucą Cię i będziesz cierpiało... Tego pragniesz, durne Serce? Tego chcesz?
S: Tak! Tego chcę! Ty się z innymi spotykasz, a ja nie mogę? Ty codziennie na coś oczy wyślepiasz, czegoś nowego doświadczasz, a ja nie mogę?! To niesprawiedliwe! Chcę więc się rozmienić na dobre! Chcę żeby mnie dotykano, głaskano, ściskano. Chcę coś czuć, do cholery!
R: Kretyńskie Serce! Nie wiesz o co prosisz! Wiesz ile tam bólu? Ja co dzień na ten ból spoglądam i codziennie głowię się jak Cię od tego bólu uchronić, a Ty?!
S: Co ja?! Nie pomyślałeś o tym, statusiały Rozumie, że ja może chcę sama tego bólu doświadczyć? Zarzucasz mi, że jestem dziecinna. Że na życiu się nie znam... Jak mam je poznać skoro mnie od niego separujesz?! Ale nie możesz mnie odgrodzić zupełnie! Ono do mnie śpiewa! Codziennie! Cichutko wpełza do mnie i pieści z daleka moje komórki, moje przedsionki, drażni przez osierdzie... dociera do mnie z tlenem. Najpełniej wtedy, gdy ty śpisz, Rozumku. Przechytrzyło Cię to życie... Już w nim zasmakowałam i chcę więcej.
R: Serce... Serce... Ja nie chę byś cierpiała... Nie będę Cię na siłę trzymał, ale nie chcę by Cię bolało...
S: Ehmmm... Rozum, Ty zbladłeś...
R: Nic mi nie jest... Po prostu wyobraziłem sobie, że Ciebie zabrakło...
S: Nie masz czego sobie wyobrażać? Przecież Cię nie zostawię zupełnie... Tylko troszkę poszaleję, ale wrócę zaraz... No nie martw się, Rozum. Nie martw się.
R: Obiecujesz, ze wrócisz? Że nie uciekniesz po cichu? Że nie oddasz się na zawsze byle komu?
S: Oj, Rozum. Przecież wiesz, ze takich decyzji nie podejmuję się pochopnie. Takie decyzje trzeba dobrze przemyśleć. A kto jest w myśleniu lepszy niż Ty? To chyba jasne, że decyzję taką musimy podjąć wspólnie.
R: Chyba miałem chwilowe wygładzenie fałdek...
S: Zazdrosny byłeś i tyle...
S: Wrócę. Z pewnością wrócę. A ty będziesz czekał na mnie?
R: Zawsze... Co ja bym zrobił bez Serca?
S: To dobrze... Co ja bym zrobiła bez Rozumu?
******
I tak sobie gawędzą, kłócą się i ględzą. Ale żyć bez siebie nie mogą. Jak dwie połówki jabłka...
wtorek, 25 listopada 2008
Nie rozdziobią mnie kruki!
Zacznę od początku.
Jakiś czas temu zostałam poproszona o przesłanie CV do pewnej instytucji. Tworzyli nowy Dział i poszukiwali kierownika. Życiorys posłałam nie licząc na zbyt wiele. Zaproszono mnie na rozmowę z dyrektorem. Przeszła gładko i miło. Poproszono mnie na drugą rozmowę, bezpośrednio z Panią Zastępcą nadzorującą tworzony dział. Ustaliłyśmy wszystkie warunki, w tym również finansowe. Ustaliłyśmy również termin mojego przejścia do owej firmy. Mieli się odezwać do mnie w połowie listopada i przekazać termin dostarczenia niezbędnej dokumentacji. Połowa listopada minęła, koniec miesiąca się zbliża, a o nich ani widu, ani słychu. Coś mnie tknęło (widocznie Pan Rzeczywistość po konsultacji z Kawalerem Doświadczenie dał mi kopa w siedzenie) i zadzwoniłam sama. I tu mnie zaskoczyli. Generalnie Pani Zastępca Dyrektora się rozmyśliła... Dział nie powstaje. Szkoda tylko, że zapomniała mnie o tym drobnym i nieistotnym fakcie poinformować...
I przed chwilą nawiedziła mnie znów Panna Refleksja okutana w ciepły szal i wełniany płaszcz. Przywitała się z Panem Rzeczywistość i dalej jazda na mnie. Że wymagam niesamowitości od kadry dyrektorskiej, że oni nie skupiają się na takich sprawach... I w ogóle to co ja sobie wyobrażam? Otóż uczciwego postawienia sprawy żądam. O! Nie mam pretensji, że się rozmyślili... W czasach kryzysu i upadku jakiejkolwiek etyki, w czasach masowych obniżek kosztów, takie rzeczy się zdarzają. Ale... Że też ja zawsze jakieś ale wynajdę. Panna Refleksja w uprzejmy sposób przerwała moje wywody stwierdzając błyskotliwie - "Justyna, może ty masz wygórowane żądania finansowe..." Cóż... Nie sądzę. Jak na warunki warszawskie, za moją wiedzę i doświadczenie żądam stosunkowo niewiele. Pan Rzeczywistość stanął po mojej stronie (będę musiała mu jakieś ciasto w podziękowaniu upiec. Łasy na słodycze się zrobił skubaniec). Przeszperaliśmy oferty pracy wspólnie. Wielu analityków szukają. A analitycy z doświadczeniem w pracy przy funduszach unijnych... poszukiwani na gwałt! Na gwałt to może ja nie chcę. Wolę po dobroci się dzielić ;) Przynajmniej rozeznanie rynku zrobiłam. Póki co pracę mam. Nie rozdziobią mnie kruki! Debilizmowi i nieprofesjonalizmowi też się nie dam.
poniedziałek, 24 listopada 2008
Close enough to perfect...
You only get one life to work it
So who cares if it's not perfect
I say it's close enough to perfect for me
(...)
Oglądając wczoraj Camp Rock (chyba wspominałam już o moich dziwactwach? ;)) usłyszałam piosenkę - "Here I am". Rozkosznie młodzieńcza opowieść o odnalezieniu siebie i swojego miejsca w świecie. I przyszła do mnie Panna Refleksja. A ostatnio dość często zdarza jej się przychodzić. I jest mile widziana! Nawet gdy przychodzi sama z siebie, bez zaproszenia, bez zapowiedzi.
Dlaczego Refleksja jest Panna, a nie Pani? Odpowiedź jest prosta - nie złapała jeszcze Pana Refleksa. Zawsze biedaczka przychodzi odrobineczkę spóźniona. Widocznie jej czas jeszcze nie nadszedł, więc tkwi w tym swoim panieństwie, a ja cieszę się, gdy mnie odwiedza. Ale wracając do meritum.
Panna Refleksja zapukała do mnie wczoraj i rozpoczęła dysputy ze mną. Przy dobrej herbacie lipowej z miodem. W końcu nie chcę, żeby mi się rozchorowała i padła gdzieś pod płotem. Ona słabowitego zdrowia jest...
Dysputy z Panną Refleksją lubię. Są stymulujące. I zawsze skutkują czymś. Po wczorajszej znów mi przetasowały się Prioryt Ety. I spojrzenie na Życie mam jakby inne.
Cytując słowa piosenki w wolnym tłumaczeniu by Justysia:
I kogo obchodzi, ze nie jest perfekcyjne.
Dla mnie jest bliskie ideału..."
Mało poetycko, ale chodziło przecież o uchwycenie sensu. I zrewidowałyśmy z Panna Refleksją moje Życie. O dziwo, podczas rewizji nawet zwykle śmiały Rozum i emocjonalne Serce siedzieli jak trusie.
A ja dzięki Pannie Refleksji doszłam do wniosku, że moje życie jest tak bliskie ideału. Brakuje kilku elementów puzzli, ale zarys obrazu został zachowany. Patrząc z daleka, nawet się tych braków nie dopatrzysz...
Wymarzyłam sobie mały biały domek z ogródkiem. Zamiast niego mam mieszkanie. Ale mam! Pomieszkuję sobie w nim, odnawiam, sprzątam, gotuję. Czynsz płacę i rachunki - ale na każdym materiale może być skaza, prawda? ;)
Miałam być piękna i bogata. Cóż.... Z Matką Naturą dyskutować nie będę - różne są kanony piękna :) A bogactwo? Mam bogatą osobowość! To się liczy bardziej niż drogi samochód czy markowe ciuchy.
Miałam mieć dwójkę ślicznych i mądrych dzieci. Tu sprawa nie jest przesądzona. Pertraktacje z Wielkim Manitou trwają.. Podobno twarda ze mnie sztuka i ciężki negocjator ;)
Męża mam. Nie wygląda jak Adonis, ale nie zamieniłabym go na żadnego innego Daje mi siłę, oparcie, poczucie bezpieczeństwa, daje mi serce. Jest kochany, czuły, cudowny. Jest moim przyjacielem, do którego mogę się zwrócić ze wszystkim. Pewnie, ze mnie wkurza, ale... Ale życie bez niego by nie istniało...
Tak naprawdę mimo całego codziennego marudzenia i narzekania, gdy rozłożyłam życie na czynniki pierwsze stwierdziłam, że ono jest bliskie ideału. Jest moje. Uwielbiam to moje Życie. Jedyne jakie mam.
niedziela, 23 listopada 2008
Endorfiny ;)
That hid my face
So afraid to tell the world
What I've got to say
But I have this dream
Right inside of me
I'm gonna let it show, it's time
To let you know
To let you know
This is real, this is me
I'm exactly where I'm supposed to be, now
Gonna let the light, shine on me
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
This is me
Do you know what it's like
To feel so in the dark
To dream about a life
Where you're the shining star
Even though it seems
Like it's too far away
I have to believe in myself
It's the only way
This is real, This is me
I'm exactly where I'm supposed to be, now
Gonna let the light, shine on me
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
This is me
You're the voice I hear inside my head
The reason that I'm singing
I need to find you, I gotta find you
You're the missing piece I need
The song inside of me
I need to find you, I gotta find you
This is real, this is me
I'm exactly where I'm supposed to be, now
Gonna let the light, shine on me
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
This is me
You're the missing piece I need
The song inside of me (this is me)
You're the voice I hear inside my head
The reason that I'm singing
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
Niesamowicie pozytywnie ładująca mój styrany pracą organizm. Podnoszacy poziom endorfin utworek.. Chociaż nie wiem czy po wczorajszym dniu poziom hormonu szczęścia może być wyższy. :DDDDDDDDDDDDD Dzień, który spowodował, ze dziś śpiewam, rozpiera mnie energia i zachowuję się jakbym miała ADHD - tylko takie radosne i roześmiane.
Więcej takich dni proszę!
piątek, 21 listopada 2008
Oto ja. Ponownie.
A u mnie zmiana goni zmianę.
Nie w sensie fizycznym. Chociaż to też... Obcięłam włosy. Chodzę w spódnicach (o matko, świat się kończy! :P ).
Główne zmiany zaszły w psychice. Dojrzałam. Osiągnęłam kompromis ze starą Mną. Już nie walczę z wiatrakami. Bezsensowne trwonienie siły i energii na walki niemożliwe do wygrania, to czysta głupota. Najprostsza droga do zagubienia siebie. Po co mi to? Lubię siebie i wolałabym tej siebie nigdzie nie zagubić. Musiałabym później błądzić, nawoływać, włóczyć się gdzieś po ogórach... Szkoda czasu!
Od kilku miesięcy uśmiecham się szczerym uśmiechem. Patrzę na ludzi zauważając ICH. Nie miewam depresji, nie zamykam się w sobie... Otwieram worek z dobrym humorem i pozwalam czerpać każdemu.
To mnie cieszy.
Cieszy mnie każdy uśmiech na twarzy przyjaciela.
Cieszą mnie ich sukcesy, nawet te najmniejsze.
Cieszy mnie moje spojrzenie poranne.
Cieszy mnie mój własny uśmiech.
Cieszy mnie oddech śpiącego Krzyśka.
Cieszy mnie każde jego westchnienie, gdy musi wstać z łóżka.
Cieszy mnie dźwięk fortepianowych utworów Yirumy, których słucham co wieczór.
Cieszy mnie aromat czerwonego wina i truskawek.
Cieszy mnie żółty liść na trawniku.
Cieszy mnie chłód pnia orzecha, do którego przytulam się codziennie wracając z pracy.
Cieszy mnie cały świat.
Cieszy mnie życie.
Bo jest cenne.
Bo jest nasze.
Bo jest moje.
czwartek, 20 listopada 2008
__________________________________________
czwartek, 13 marca 2008
Dla K. :*
Będę rzeką dla twych strudzonych nóg
kwiatem na ramieniu
głodem twych spragnionych ust-
Ptakiem będę odkrzykującym z oddali
ciepłym piaskiem w twych dłoniach
wiatrem co rzęsy ci spali-
Będę tętnem pulsującym w twej szyi
burzą spokojem i niebem
smakiem ulotnej chwili-
Jestem...
środa, 12 marca 2008
Krótka przerwa
Sporo się dzieje ostatnio.
W pracy nawał roboty, nie mam czasu nawet się za uchem podrapać;)
Cóż, Wiosna idzie ;)
A wraz z wiosną przybywa postanowień. Jak choćby to ostatnie - w leczeniu trzy miesiące przerwy. Ale zgodnie z zasadą COŚ ZA COŚ - trzy miesiące przerwy nie oznaczają trzech miesięcy słodkiego lenistwa, wręcz przeciwnie. I to jest ten wielki PLAN. Zgodnie z powziętym i podpisanym przez wszystkich świętych planem, te trzy miesiące pełne będą wytężonej pracy. Mają bowiem skutkować dość dużym spadkiem mojej wagi. Wariant pesymistyczny zakłada 10 kg, wariant optymistyczny 20, wariant realistyczny - coś pomiędzy ;) Wspomagana czarodziejskimi specyfikami Moniki, akupunkturą i dieciskiem, poświęcać się będę intensywnym ćwiczeniom przeplatanym jogą.
Bo joga, kochany Rozumku, uspokaja mi Serce, a ciebie, kochany Rozumku, zajmuje czym innym niż wymyślaniem powodów kolejnych niepowodzeń terapii. Dzięki temu zyskuję chwilę dla siebie ;)
I tego będę się trzymać!
Poza tym kroi się krótka wizyta w szpitalu - brrr... zimno mi się robi na samą myśl. Jak mus to mus. Prawdę mówiąc wolałabym mieć już te badania za sobą :)
sobota, 23 lutego 2008
...
- Bo wszystko co dobre przychodzi z trudem, Kochanie...
******
Znów karmię sie nadzieją. Mimo że zdrowy rozsądek i wszystko dokoła mówi mi, że znów totalna klapa - nadal wierzę - kompletnie irracjonalnie i bezpodstawnie. Nie potrafię przestać wierzyć. Boję się, że bez tej mojej wiary się już nie podniosę. Ostatnio znów śnił mi się labirynt - ciemny, pełen wilgoci, zapętlony. I pełen odbijającego się od ścian płaczu dziecka, do którego nie mogłam się dostać, nie mogłam go ukoić, nie mogłam odnaleźć. Tak się czuję na co dzień - skołowana, bezsilna - ale wciąż z tlącą się nadzieją, że ten miesiąc będzie się różnił od poprzednich. A tu temperatura nie rośnie, samopoczucie pod psem... Wczoraj było jeszcze dobrze, stres odpuścił na chwilkę. Dziś napadł na mnie ze zdwojoną siłą. Nie chce mi się wychodzić z domu. Ba! Nie chce mi się nawet zwlekać z łóżka. Skończyłam czytać "Nadzieję". Miała mi pomóc, a czuję się tylko jeszcze bardziej przygnębiona. Ze mnie jednak jest dziwadło....
środa, 13 lutego 2008
Chwila...
"Wymarzony cud,
maleńki cud nadziei
ten dar szczególny nieba
najmniejsze z wszystkich marzeń...
miłości wielkiej trzeba by zegar tykać zaczął,
jak wielki ból rozstania
jak mroczny żal po stracie
jak jęk, co serce rani, a potem znów od nowa
liczenie na łut szczęścia
na nowy uśmiech losu
że uda się utrzymać wbrew wszystkim przeciwnościom
dopóki sił wystarczy
wykrzyczeć w twarz ciemnościom tęsknotę aż do nieba
i szeptać
coraz ciszej,
bo długo czekać trzeba aż dobry duch usłyszy
i ześle ciemną nocą
gdy ledwo śmiesz oddychać -
drobniutkie wnet paluszki twój rękaw będą chwytać
i w sercu płynne złoto,
bo nie jest wciąż za późno
podziwiać cud stworzenia
wśród niespokojnych szeptów i krzyków udręczenia,
aż wreszcie w mych ramionach istotka kwili mała,
o, chwilo upragniona, bodajbyś wiecznie trwała!"
czwartek, 7 lutego 2008
Wierzę. Całe swoje życie wierzę. Wierzę w prawa ustanowione, wierzę w miłość nieskończoną i miłosierdzie, w odpuszczenie win też wierzę... Wierzę nawet w to, ze w tym szaleństwie jest metoda - że dzięki mojej kilkuletniej walce o maleńkie serduszko, które chcę nosić pod sercem, staję się silniejsza, odporniejsza, madrzejsza i... coraz bardziej głodna. Głodem, którego nie potrafię zaspokoić. Ale nawet wtedy wierzę...
Trudno mi jednak uwierzyć, że Bóg potępi mnie za cały ten trud, za cierpienie, które znoszę by żyć w zgodzie z tym co ślubowałam i co sam umieścił w swoich prawach - by zostać matką... Trudno uwierzyć mi w to, że zostanę potępiona na wieki. Można mówić o winie, gdy dokonuje się świadomego wyboru. To co robię nie jest wyborem - ja chwytam się ostatniej deski ratunku, mimo że kaleczy mi dłonie. Cierpię w walce o życie. Nikt na Ziemi nie ma prawa mnie za to potępiać...
piątek, 1 lutego 2008
i z drżeniem myślę o kolejnej becie we wtorek... Czuję się coraz bardziej zmęczona... nawet nie smutna.. najzwyczajniej w świecie zmęczona.
I dziczeję. Znowu. Zamykam się w domu z książką i tak jest mi dobrze. W zasadzie chwilowo nie mam ochoty spotykać się nikim, albo przynajmniej nie mam ochoty wychodzić - jezeli ktoś mnie odwiedzi, to przecież go nie wygonię... Chociaż niektórych....... spuściłabym ze schodów... zwłaszcza ostatnio!
wtorek, 8 stycznia 2008
poniedziałek, 7 stycznia 2008
Gorszy dzień...
Doszłam do wniosku, że nie wyczekam tylu dni. Pomaszerowałam rano na betę - wyniki w najlepszym razie jutro, a najprawdopodobniej w środę. W sumie to lepiej - zawsze to 2 dni nerwów, a nie 12. Pregnyl podany 22 grudnia - 16 dni temu - nie powinien zakłócić wyniku. A ja będę wiedziała na czym stoję i albo oszaleję z radości albo przeżałobuję kilkanaście dni.
Zbierając siły na następną próbę.
Zauważyłam, że boję się myśleć...
Boję się pomyśleć, że się udało - bo co będzie jeżeli się nie uda? Boję się myśleć, że się nie udało - bo popadam w coraz głębszy dołek. Boję się pesymizmu... Boję się optymizmu.. Boję się wierzyć... Boję się mieć nadzieję... Boję się ją stracić... Strach! Wszechobecny strach!
Czasem z tego strachu brakuje mi tchu, trudno oddychać. Zapadłabym się w tym strachu... I w ciemności, którą niesie... Gdyby nie ciepłe dłonie Krzyśka i jego spokojny głos, zapadłabym się.
W te gorsze dni jest różnie. Czasem budzę się rano i chce mi się wyć. W poczuciu bezsilności zaciskam pięści raniąc paznokciami wnętrza dłoni. Czasem budzę się obojętna na to co się dzieje wokół mnie. Czasem po prostu płaczę. Czasem dopada mnie histeryczny śmiech. Czasem nie mam siły na podniesienie się z łóżka. Czasem wyskakuję z niego jak oparzona. Kompletne niezrównoważenie....
Dziś jest to płaczliwe Czasem. Płaczliwe i wyjątkowo niecierpliwe.
A w tym wszystkim najgorsze jest czekanie... Z jednej strony usilnie staram się nie myśleć o wynikach badania, staram się zająć czym innym. Z drugiej strony pytania wciąż kołaczą mi się w głowie... A jeżeli tym razem się udało? Jaka będzie płeć? Czy będzie zdrowe? Czy w końcu się udało?!? A co jeżeli nie?! Czy dam radę znów się podnieść i stanąć do nowej walki? Czy starczy mi sił? Czy jeszcze chcę walczyć? Czy warto próbować? Czy to ma w ogóle sens?!
piątek, 28 grudnia 2007
Dwadzieścia parę dni...
niedziela, 23 grudnia 2007
Gwiazdkowe iskierki...
Szczególny o dwojakiej naturze.
Najpierw to co dla mnie przykre:
Primo - Pierwsze Boże Narodzenie bez Babci... bez jej uśmiechu... bez ciepłych dłoni... bez jej barszczu... bez gwiazdkowych iskierek w oczach... pusto...
Duo - Wszyscy jesteśmy przemęczeni. A jak jesteśmy przemęczeni to o kłótnie i zwady nietrudno. Wybuchają zupełnie bez sensu na każdym kroku. Tym sposobem nastrój świąteczni diabli biorą.
Teraz to co budzi nadzieję i radość:
Właściwie tutaj zdecydowanie dominuje 18mm w 10 dc! :D
Jeżeli się uda - gwiazdkowe iskierki powrócą z wielkim hukiem :)
Im więcej o tym myślę, tym mocniej przekonana jestem, że innego prezentu nie mogłabym sobie wymarzyć... Jeżeli się uda...
Paskudne to słowo. - Jeżeli -
Wolałabym, żeby ktoś mi powiedział: "Uda się" albo "Nie uda się". Konkretnie. Beż żadnego "Jeżeli". Ale tak się nie da... Odcierp swoje człowieczku...
Wczorajszy stan rzeczy pani dr określiła jednym słowem: "Mniamniuśnie". I ze szczerze radosnym uśmiechem wypisała receptę na gonadotropinę. Dziś miałam dostać zastrzyk. Postanowiłam skorzystać z dobrodziejstwa rodzimych zasobów medycznych i zamiast do kliniki na Ursynowie, ze zleceniem wykonania zastrzyku pojechałam do własnego miejsca pracy. Na Izbie Przyjęć panował spokój. Miła pani pielęgniarka wzięła ode mnie pudełko z lekiem, poprosiła o położenie się na wyrku i opuszczenie spodni (nie ma to jak zastrzyk domięśniowy ;P)
Dla mnie rutyna. Zabieg przebiegł bezboleśnie - troszkę mnie to zdziwiło, bo zazwyczaj boli, a dziś nic. Stwierdziłam, ze ktoś na górze ma dziś dobry dzień i postanowił uchylić nam odrobinkę nieba ;) Ubrałam się, uśmiechnęłam do pani pielęgniarki i już chciałam wychodzić, gdy nagle ona wyciągnęła do mnie rękę z pudełkiem po leku. - "Można to wyrzucić" - powiedziałam. Na co pani pielęgniarka z rozbrajającym uśmiechem i spokojem odpowiedziała: - "Ale tam jeszcze jedna ampułka została". Opanowała mnie zgroza. "Jak to została?" - pytam. Otwieram pudełko i włos mi się jeży. W pudełeczku spoczywa sobie bezpiecznie ampułka z gonadotropiną, za w koszu na śmieci ampułka po rozpuszczalniku (z wypisanym słowem - ROZPUSZCZALNIK). Zmroziło mnie. Ta kobieta zrobiła mi zastrzyk tylko z samego rozpuszczalnika, natomiast sam lek spokojnie został w pudełku! Faktycznie, nie powiedziałam, że zawartość ampułek się miesza i dopiero wstrzykuje, ale... zawsze wydawało mi się, że służby medyczne są czytate i pisate. Poza tym... poza tym to brak mi słów. Na szczęście okazało się, że rozpuszczalnikiem było NaCl, więc szybko rozpuściła gonadotropinę w odrobinie z zapasu Szpitalnego i zrobiła mi ten nieszczęsny zastrzyk. Sytuacja z jednej strony zabawna, z drugiej - woła o pomstę do nieba.
Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Teraz zostaje mocno trzymać kciuki ;)
środa, 12 grudnia 2007
Feniks
Spopieliłam ją wzrokiem
dziś rano
Serce mi umarło
Spopieliłam je wzrokiem
dziś rano
Zadziwiające
że podnosi się
z popiołów
jak feniks
wtorek, 11 grudnia 2007
CzarEWAnica...
Czarownica...
Wiedźma...
Ale taka dobra...
Wcisnęła mi do ręki gałązkę nadziei
i zabrania puścić
do piątku
tego
albo przyszłego
Gałązka zakwitnie-mówi
Pewnym głosem
Bez drżenia
Z uśmiechem
w oczach
Czekam
