wtorek, 8 września 2009
A jednak lepiej byc samotną niż niemile widzianą...
Odkąd pamiętam.
Prześladowały w ten miły i nieszkodliwy dla nikogo sposób.
Twain czarował mnie swoją twórczością.
Ostatnio robiłam porządek w przepastnych czeluściach domowej biblioteczki i w ręce wpadły mi "Pamiętniki Adama i Ewy". Uśmiałam się do łez. Do łez i przez łzy.
Bo ileż razy sama czuję, ze w moje życie wkradają się takie nieporozumienia? Ile razy ze strony bliskich doświadczam nieprzyjemnych słów i zachowań? Ile razy oni z mojej? Bez liku. Ale nie tylko ze strony bliskich. Ze strony tych dalszych również.
Czasem myślę, że to jest wpisane w nasze jestestwo, że nie ma ucieczki od niedopowiedzeń, niezrozumienia i błędów. Czasem żałuję, ze nie ma pigułek na niemiłość...
I żałuję, ze nie ma pigułek na samotność.
Często czuję się samotna. Nie sama, a samotna. Mogę być otoczona wianuszkiem znajomych i nadal czuję się samotna.
Bez zrozumienia.
Bez szans na poczucie się częścią ich grupy.
Uśmiecham się i kiwam głową.
Nadal Samotna.
Wolę jednak być samotną niż niemile widzianą...
sobota, 5 września 2009
Jesień się zbliża
Śpiewam. W dużej ilości. Zachłystuję się Jaredem z jego seksownym "R". Upijam się głosem Aarona z jego cudownym wokalem. Odreagowuję ostatni stres odwiedzając kolejne światy, kolejne postacie. Ryczę nad "Milionem małych kawałków", wyję przy "Moim przyjacielu Leonardzie".
W nocy nie sypiam. Znów koszmary... Ale wiem, że miną. Zawsze mijają. Panna Rozpacz próbowała ostatnio przedostać się przez zasieki, ale ją odparto. Panna Refleksja siedzi cicha w kącie. nie ma dla mnie żadnych rad ostatnio. Jesień za pasem, to się oszczędza przed sezonem. Pogadanki zostawia sobie na długie i zimne wieczory. Pan Rzeczywistość za to szaleje. Dziś uraczył mnie uderzeniem o szafkę. Bo i po co chciałam słonecznika sięgać? Że niby do chleba dosypać? Pff. Mam te zachcianki... Wczoraj Pan Rzeczywistosć mnie nastraszył, ale wyszło pozytywnie. Szefowa mi poważną robotę przydzieliła. Nie wiem jak się z tym ogarnę. Jeszcze nie mam planu. Rozum mi się buntuje. Serce mi się buntuje. Zawiązali przedziwna koalicję i chcą chwili spokoju. Walczą o urlop. A w tej swojej walce są gorsi od zwiazków zawodowych, stoczniowców i górników razem wziętych. Bez kitu. Sięgają po terroryzm emocjonalny. Stawiają mnie pod ścianą i co ja mogę? Kapituluję licząc, ze ten ich urlop nie potrwa zbyt długo. Na odchodne zostawili mi paczkę z muzyką żeby się ode mnie głupoty trzymały z daleka. Pan Rzeczywistość śmieje mi się w twarz gdy proszę go o pomoc. Zamiast się za mną ująć to wyciąga swoje notatki i mi je pokazuje. Zapisał skubaniec wszystko co chciałam zrobić i trzyma to z żelazną konsekwencją. Moja rada dla Was? Nie obiecujcie sobie solennie niczego. Bo później taki kolejny terrorysta wytknie Wam to i rzuci tym w twarz... Wzruszam ramionami, zakładam słuchawki, włączam "Right Here" i drąc się z Aaronem biegnę przed siebie. Obiecałam przecież, ze będę biegać. Cham nie powiedział mi dziś, ze będzie padać rano. Zmokłam. Zimno mi. A on stoi i się śmieje. Nie upiekę mu już żadnego ciasta. Na złość. I na zdrowie. Przytył ostatnio. Panna Refleksja zrywa się z kąta i podchodzi do okna. "Samotność..." mówi tylko. Zamyślam się dzierżąc kubek gorącej herbaty na rozgrzanie. Samotność jest dla wszystkich taka sama. Bez względu na wiek, wyznanie, charakter czy miejsce zamieszkania. Nie są też ważne powody. Często nawet jej nie zauwazamy. Tak jak nie zauważamy w życiu wielu rzeczy. "Sceny naszego życia podobne są do obrazków w masywnej mozaice, które z bliska nie robią wrażenia; trzeba stanąć od nich z dala, aby ocenić ich piękno... Rzeczy teraźniejsze natomiast przyjmujemy w poczuciu tymczasowości, uważając je za nic innego, jak tylko drogę do celu. Dlatego to ludzie, spoglądając u kresu swych dni wstecz, stwierdzają zazwyczaj, że całe ich życie upłynęło pod znakiem "ad interim", i ze zdziwieniem widzą, iż to, co na ich oczach przechodziło tak niedocenione i mdłe, stanowiło właśnie ich życie..." przebrzmiewają mi słowa Schopenhauera. Panna Refleksja odwraca się od okna z uśmiechem. "Dobrze, że ty studiujesz życie, Justyna. Dobrze, że widzisz..." i wraca do kąta. Pan Rzeczywistość milknie i siada koło niej. Sadzam tyłek razem z nimi i się tak nad tym swoim życiem zamyślam. Panna Refleksja się myli. Często nie widzę. Ale przynajmniej się staram zobaczyć. To że sąsiadka ledwie idzie. To, ze samotny sąsiad nagle zaczął się uśmiechać. To, że na ramieniu Piotrka spod 98 przybył nowy tatuaż.... To, że ktoś potrzebuje, zeby go po prostu przytulić i pomilczeć. To, że ostatnio popełniłam kilka błędów i nie wiem jak je naprawić... Widzę. Staram się widzieć to wszystko. Notuję w Pamięci. Chcę żeby inni też widzieli. Chcę żeby wiedzieli. I wiem czemu zaczynam nucić...
To notice when I'm not around
I know that your eyes
See straight through me
And speak to me
Without a sound
sobota, 30 maja 2009
Bo z ciebie to taki anioł...
Antoine de Saint - Exupery powiedział swego czasu, że "przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać". Moje skrzydła zapomniały jak latać już dawno temu. Często wokół siebie znajduję pustkę. Dzwoniącą w uszach ciszę. Dzisiaj T. powiedział mi coś, co Panna Refleksja uznała za warte uwagi. Później maltretowała mnie tymi słowami i swoimi przemyśleniami przez kilka godzin. Otóż szanowny Kawaler Orderu Jakojedynymogecimówićcochce uświadomił mi pewien fakt dotyczący mojego życie:
"Bo ty, Justka, jesteś jak taki anioł. Zjawiasz się w życiu człowieka, gdy najbardziej tego potrzebuje. Robisz rewolucję, wywracasz człowiekowi życie do góry nogami, stawiasz do pionu, godzisz z samym sobą... i znikasz. Jak anioł... tylko taki z podciętymi skrzydłami. A wiesz czemu? Bo ludzie zapominają o tobie. Sama im pozwalasz. I dlatego samotnie ryczysz w poduszkę, gdy jest ci źle"
Wściekłam się w pierwszej chwili. Ale po staranowaniu piersi Panny Refleksji, która wzięła T. w obronę, musiałam przyznać mu rację. Ludzie zapominają i trudno mieć im to za złe, skoro sama na to pozwalam. Ba! ja im to ułatwiam. Gdy tylko zaczynają sobie życie układać, przestaję się odzywać uznając, Bóg wie czemu, że mają ciekawsze rzeczy do roboty niż rozmowa ze mną. Działanie kompletnie pozbawione logiki i sensu. Tak samo się dzieje, gdy to ja potrzebuje pomocy, bo przestaję sobie z czymś radzić... Jednego dnia jestem, a drugiego już nie. Zamykam się szczelnie we własnej skorupce, schodzę głęboko do bunkra, otaczam się zasiekami z drutu kolczastego, a na straży stawiam osiłka z kałaszem. I ryczę w poduszkę. Samotnie.
I tym sposobem kolejna grupa moich znajomych rozpływa się w nicość. Serce boli.... A moje skrzydła nadal nie pamiętają jak latać... Może lepiej, że je podcinają? Przynajmniej się nie potykam gdy idę...
środa, 27 maja 2009
Zrozumienie
"Siebie można przemilczeć,
także - przeczekać,
a nawet - przeżyć.
Tylko nie - zrozumieć."
Jednego dnia sama zapraszam Pannę Rozpacz do domu, następnego strzelam z wiatrówki, gdy tylko ją zobaczę na horyzoncie. Dzisiaj najchetniej bym ją wykreśliła z tego swiata. Zapomniałabym, że istnieje. To samo czasem robię z Panną Refleksją, Panem Melancholią i Dziadkiem Humorem. Czasem mówię co myślę, kiedy indziej gryzę się w język. Czasem śmieję się, gdy moje Serce wyje z rozpaczy, a nastepnym razem wyje razem z nim. Niekiedy każę Rozumowi iść precz, w kolejnej chwili błagam by wrócił.
Zrozumie to kto?
Zrozumienie innych przychodzi mi łatwiej. Ich motywy, zachowania, powody widze jakoś wyraźniej. Ich działania układają się w mniej lub bardziej, ale jednak logiczną całość. Moje? Nie bardzo. To tak jakbym jednocześnie chciała iść w przód i w tył - przecież to fizycznie niemożliwe. I motam się tak sama ze sobą. I nie chodzi o to, ze nie wiem czego chcę. Moje pragnienia są wyjątkowo dobrze sprecyzowane, tylko droga do nich taka jakaś... dziwna... inna niż wszystkie wokół. Ale idę nią. Nadzieja pomaga mi iść naprzód, wytrwałość stać, gdy napotkam przeszkodę, a odwaga - wracać, gdy zbłądzę. Jednak siebie nadal nie rozumiem. Może nie warto próbowac? Może po prostu zaakceptować, przemilczeć, przeczekać? Iść dalej mając na uwadze słowa Orzeszkowej:"Ku celom pożądanym wiodą drogi trudne." Może jedną z trudności jest brak zrozumienia własnych działań?
wtorek, 26 maja 2009
A ja wolę moją mamę...
Znów źle spałam. Śniły mi się maleńkie rączki, którychnie mogłam uchwycić. Znów we śnie słyszałam płacz dziecka, którego nie mogłam znaleźć... Doszły mi kolejne siniaki na ręku. Znów w nocy uderzyłam o szafkę....
Nerwy mam napięte do granic możliwości. Czuję się tak jakbym za chwilę miała się rozsypać. Na pył. Na kurz... taki już nie do pozbierania.
poniedziałek, 25 maja 2009
Niech staną zegary...
Zamilkną telefony
Dajcie psu kość
Niech nie szczeka, niech śpi najedzony.
Niech milczą fortepiany
I w miękkiej werbli ciszy
Wynieście trumnę
Niech przyjdą żałobnicy
Niech głośno łkając samolot pod chmury się wzbije
I kreśli na niebie napis "On nie żyje!"
Włóżcie żałobne wstążki na białe szyje gołębi ulicznych
Policjanci na skrzyżowaniach niech noszą czarne rękawiczki.
W nim miałem moją północ, południe i zachód i wschód
Niedzielny odpoczynek i codzienny trud.
Jasność dnia i mrok nocy, moje słowa i śpiew
Miłość, myślałem, będzie trwała wiecznie,
Myliłem się,
Nie potrzeba już gwiazd - zgaście wszystkie - do końca
Zdejmijcie z nieba Księżyc i rozmontujcie słońce
Wylejcie wodę z morza, odbierzcie drzewom cień
Teraz już nigdy na nic nie przydadzą się...
Panna Rozgoryczenie trzyma się na szczęście ode mnie z daleka. Jednak odwiedziła mnie znów Panna Refleksja. Pod pachą przytargała grube tomisko pełne zdarzeń minionych. Otwiera mi kolejne karty i podsuwa pod oczy. Niedobra ona. A mi w tych oczach łzy się zbierają.
Na jednych z pierwszych kart: Przyjaciel... jeszcze zadowolony, szczęśliwy, pełen życia. Na następnej... Tylko pół roku... Moje serce zabrane. Rozdarte i rozdeptane przez Los w ciężkich butach. Ryczę...
Następne karty... Zapuchnięte oczy bolą...
Doszłyśmy dopiero do połowy tej grubej księgi, a z mojego serca został jakis taki mocno sponiewierany ochłap i strzępek. Z każdym grymasem bólu, w oczach Panny Refleksji odbija się zrozumienie i współczucie. A ja wyję: Co to ma być? Cholerne katharsis? Źle sobie dzień wybrałaś, panno Refleksjo... Oj źle...
Natrafiam na chwilę, gdy w sieci znalazłam wpisy Panny Rozpacz na Kateferii. Znów ryczę... jak za pierwszym razem. Wpisy kończą się w styczniu. Sprawdziłam. Ciekawe jak sobie Panna Rozpacz radzi. Ledwie tłumię odruch, by do niej napisać. Czy słusznie? Nie wiem. Tłumię ze strachu. Że nie odpowie...
Kolejna karta i kolejny wybuch płaczu. Tu odszedł drugi Przyjaciel... Nagle. Z dnia na dzień. Nienawidzę motorów. Nienawidzę kierowców Volkswagenów... Nienawidzę! Za kilka dni minie 6 lat... A ja nadal ich nienawidzę. Co roku chadzam w miejsce gdzie odszedł. Co roku boleśnie uświadamiam sobie, ze mogłam odejść razem z nim... Gdyby nie głupi przypadek... Ja miałam jechać na tym motorze... Czasem męczą mnie głupie wyrzuty sumienia. Że mnie na nim nie było. Że ja żyję a on nie...
Kilka kart wywołuje uśmiech. Ociera łzy... Serce mi wraca do życia. A myślałam kiedys, że to niemożliwe. Wracają do mnie kojące słowa, ciepły dotyk, gorący oddech. Ale czy rzeczywiście wracają? Przecież one są na stałe. Nawet gdy kolejne z kart zostają naznaczone bólem. Te kojace słowa nadal słyszę w tle. Co z tego, ze szeptem... Dotyk przesmyka mi pogłowie głaszcząc uspokajająco. Słyszę dwa głosy. Po kolejnej karcie zostaje juz tylko jeden.
Kochana odeszła... Tęskno mi. Tęskno mi za nią czasem tak bardzo, że aż mi tchu brakuje. Czasem gdy idę na cmentarz nie mogę się powstrzymać by chociaż na chwilę nie przytulić policzka do zimnego pomnika. Jak jestem sama... Przy innych jakoś mi tak nieswojo. Jakby zabierali mi najbardziej intymne przeżycia. Pozwalam sobie wówczas tylko na ukradkowy całus przesłany ręką. Tęsknię za jej mądrością, za dobrymi słowami, za ciepłym usmiechem, za subtelnym zapachem, którym rozjaśniała najgorszy dzień. Tęsknię za aromatem sernika, który piekła. Tęsknię za Nią. Za Kochaną...
Drugi głos jest ze mną. A we mnie narasta strach, że któregoś dnia go zabraknie, że zniknie, odejdzie.... Kurczowo się go łapię... aż tłamszę... chcę zachować dla siebie... To mnie przeraża.
Na kolejnej karcie znów błyszczy jasna plamka. To moja Kosa. Te 9 złotych. Mękka. Ta, która jest dla mnie jak córka, której nie mam. I znów ogarnia mnie strach. Że przestanie mnie chcieć. Że sie znudzi.. Zniknie...
Z niepokojem patrzę na Pannę Refleksję i kolejną kartę, którą chce odkryć.
Pusta...
Kolejna. Pusta... Pusta.. Pustapustapustapusta.
Spoglądam na Pannę Refleksję. Uśmiecha się ciszą.
Oddycham z ulgą.
Nie wszystko w moim życiu zostało jeszcze napisane. Nadal jeszcze mam białe karty do zapełnienia. Nadal mogę odbijać na nich łzy i uśmiechy. Nadal mogę na nich tańczyć walca albo tango. Nadal mogę wtrącać w ciemność zapomnienia albo uwodzić pamięcią. Nadal mogę... Nie umarłam i nie odeszłam... Parafrazując:
Mnie nadal gwiazd potrzeba - zapalcie wszystkie - do końca
Zawieście na niebie Księżyc i zamontujcie słońce
Wlejcie wodę do morza, zwróćcie drzewom cień
One nadal jeszcze do wszystkiego przydadzą się...
piątek, 15 maja 2009
A ja się śmieję!
Nie wiecie?
To zmieńcie pracę!
I to nie tak, że starej nie lubiłam.
Lubiłam pracę, lubiłam ludzi, ale w pewnym momencie zaczęłam się uwsteczniać, rutyna mnie zjadała… Brak perspektyw, stagnacja i brak możliwości rozwoju to rzeczy, które tępię bezlitośnie i bez sentymentów. To rzeczy, które sprawiają, że czuję się mała, zaściankowa i głupia. A z całą pewnością taka nie jestem.
W każdym razie dopadła mnie z rana Panna Refleksja. Zaczepiła w windzie. Po krótkiej wymianie zdań doszłam do wniosku, ze babka ma rację. Zmiany są dobre. Nawet te najmniejsze.
Ostatnio dużo zmian w moim życiu. Szczególnie tych związanych z nastawieniem do Życia samego w sobie. Życie zaskakuje, zaurocza mnie… Gdy zaczynam już wątpić, ono podsuwa mi małe miłe prezenciki w postaci osób spotykanych na drodze. Tych pozytywnie zakręconych… A takich w moim życiu ostatnimi czasy przybyło.I mam nadzieję, że szybko nie ubędzie. Cieszę się... Śmieję! Cały czas... na okrągło.... Inni marudzą, narzekają, krzyczą... A ja się śmieję!
sobota, 7 lutego 2009
Kilku kumpli weź...
Powstanie dom, w którym mieszkać się da
Kumpli weź patyk w garść
Potrafisz to
Wyrośnie dom choć nie było tu go.."
Ostatnio renesans w moim domu przeżywają bajki dla dzieci. Spowodowane jest to dużą ilością szybko rosnących dzieci znajomych. Przecież ta fajna "ciocia Justyna" musi być na bieżąco.
Dzieci znajomych płacą za to szerokim uśmiechem, moi domownicy - bólem głowy. Pod hasłem moich domowników ukrywa się oczywiście Kristof, bo psa nie liczę. Suńka się na ból głowy nie uskarża. A Krzysztofa trzeba zrozumieć. Ma chłopak anielską cierpliwość. Na jego miejscu słysząc po raz szesnasty piosenkę Ani Jurksztowicz "Kilku kumpli weź.." z "Prosiaczka i przyjaciół", uciakłabym gdzie pieprz rośnie. A Kristof znosi ciagłą migrenę... i jeszcze pociesza, gdy mi nerwy puszczą. A puszczają ostatnio często. W ogóle jakaś mało ogarnięta się zrobiłam. Mało ogarnieta prywatnie, bo zawodowo wręcz przeciwnie... Wszystko terminowo, zgodnie z kalendarzem, bez terminarza to się teraz nie ruszam, bez telefonu to jak bez ręki. Nawet jezyk mi się nieco wyostrzył. Podobno nie daję już sobie po głowie chodzić, tylko usadzam nadpobudliwe jednostki. Cóż... Akcja budzi reakcję. Praca nad samodzielnym projektem bardzo mnie zmieniła. I ta nowa ja bardzo mi się mnie samej podoba. Mogę więcej. Właściwie to wierzę, że mogę więcej. A przyjaciele mnie w tym wspierają, utwierdzają. Dzięki nim przestaję wierzyć, a zyskuję pewność, że mogę więcej. A to połowa sukcesu. I chociaż mnie samą od Prosiaczkowych piosenek boli głowa, to ta jedna pomaga mi wiarę utrzymać. Wiarę w to, że z pomocą przyjaciół i bliskich osiągnąć można wiele. I za to ich kocham.
środa, 24 grudnia 2008
Choinka...
sobota, 13 grudnia 2008
A Serce boli...
Definicja zaufania według słownika to: „poleganie na uczciwości, prawdziwości, przyjaźni i zdrowych zasadach drugiej osoby, poleganie na kimś”. Mało w dzisiejszych czasach tego zaufania pośród ludzi. Bo i mało ludzie zwracają uwagę na zasady. I w tym właśnie tkwi błąd, który Rozum tak bardzo mi wytyka. Ufam ludziom.
Ufam ludziom zwykle za bardzo. A nie wszyscy są tego zaufania godni. Zwykle dostaję za to po tyłku. Ale nie umiem przestać ufać. Zazwyczaj otaczam się tarczą optymizmu. Mocną, grubą, zdolną przetrwać wiele. Siłę by ją utrzymać czerpię z mojej wiary w ludzi. Ale w ciągu kilku ostatnich miesięcy moja wiara w ludzi została nieco nadszarpnięta. Co Rozum dotkliwie uświadomił mi dzisiaj... Nie mógł sobie darować tych drobnych uszczypliwości. Wypunktował co do jednego przypadku, gdy za tą wiarę w człowieka dostałam po głowie. Dotkliwe te krzyki Rozumu dzisiaj.
Zebrało mu się dziś na rozrachunki, do diaska! Nie mógł lepszej pory znaleźć? Zdrajca! Wykorzystał to, że przed Bożym Narodzeniem dopada mnie depresja, że jestem słabsza, podatniejsza na jego utyskiwanie.
I zasiał we mnie ziarno niepokoju. Zaszczepił ponowna chęć ucieczki przed ludźmi. Podsycił pragnienie zamknięcia się w czterech ścianach.
I wiem, że Serce dziś cierpi, ale nie mam dla niej słów pocieszenia. Nie mam słów pocieszenia także dla Rozumu. Może po Świętach je znajdę. Jak umilkną te wszystkie burze. Chwilowo mam kompletnie zaburzony tok myślenia, miejscami graniczący z paranoją. Znów patrzę na życie przez pryzmat ostatnich mało przyjemnych zdarzeń. Tych, o których wiem tylko ja. Nie mam odwagi wypowiedzieć ich na głos. Nie mam odwagi przed samą sobą przyznać, że wszystko składa się w jedną paskudna całość. Nie chcę do tego bagna już wracać. Nie chcę się wikłać w jakieś chore gierki czyichś niezaspokojonych ambicji... I nie mam siły by zatrzasnąć temu drzwi. A Serce cierpi przez to moje niezdecydowanie. A Serce boli...
czwartek, 11 grudnia 2008
Dwie połówki jabłka...
Rozum chciał się wyprowadzić na dobre z powodu nierównowagi emocjonalnej Serca. Na szczęście jakoś się dogadali, bo co ja bym biedna bez Rozumu zrobiła? Dziś dla odmiany Serce szaleje...
Rozum: Ale o co Ci chodzi, Serce?
S: Już ja wiem o co mi chodzi! Specjalnie mnie tu zamknąłeś i nie pozwalasz się ruszyć. Specjalnie mnie ograniczasz! Nie pozwalasz poszaleć! A ja chcę drżeć! Chcę bić szaleńczo! Chcę czuć!
R: Serce, Serce... Ale ja to wszystko dla Twojego dobra... Wiesz co będzie jak się rozszalejesz? Każdemu się oddasz, na drobne rozmienisz i nic z Ciebie nie zostanie... Oni przez chwilę się pocieszą, porzucą Cię i będziesz cierpiało... Tego pragniesz, durne Serce? Tego chcesz?
S: Tak! Tego chcę! Ty się z innymi spotykasz, a ja nie mogę? Ty codziennie na coś oczy wyślepiasz, czegoś nowego doświadczasz, a ja nie mogę?! To niesprawiedliwe! Chcę więc się rozmienić na dobre! Chcę żeby mnie dotykano, głaskano, ściskano. Chcę coś czuć, do cholery!
R: Kretyńskie Serce! Nie wiesz o co prosisz! Wiesz ile tam bólu? Ja co dzień na ten ból spoglądam i codziennie głowię się jak Cię od tego bólu uchronić, a Ty?!
S: Co ja?! Nie pomyślałeś o tym, statusiały Rozumie, że ja może chcę sama tego bólu doświadczyć? Zarzucasz mi, że jestem dziecinna. Że na życiu się nie znam... Jak mam je poznać skoro mnie od niego separujesz?! Ale nie możesz mnie odgrodzić zupełnie! Ono do mnie śpiewa! Codziennie! Cichutko wpełza do mnie i pieści z daleka moje komórki, moje przedsionki, drażni przez osierdzie... dociera do mnie z tlenem. Najpełniej wtedy, gdy ty śpisz, Rozumku. Przechytrzyło Cię to życie... Już w nim zasmakowałam i chcę więcej.
R: Serce... Serce... Ja nie chę byś cierpiała... Nie będę Cię na siłę trzymał, ale nie chcę by Cię bolało...
S: Ehmmm... Rozum, Ty zbladłeś...
R: Nic mi nie jest... Po prostu wyobraziłem sobie, że Ciebie zabrakło...
S: Nie masz czego sobie wyobrażać? Przecież Cię nie zostawię zupełnie... Tylko troszkę poszaleję, ale wrócę zaraz... No nie martw się, Rozum. Nie martw się.
R: Obiecujesz, ze wrócisz? Że nie uciekniesz po cichu? Że nie oddasz się na zawsze byle komu?
S: Oj, Rozum. Przecież wiesz, ze takich decyzji nie podejmuję się pochopnie. Takie decyzje trzeba dobrze przemyśleć. A kto jest w myśleniu lepszy niż Ty? To chyba jasne, że decyzję taką musimy podjąć wspólnie.
R: Chyba miałem chwilowe wygładzenie fałdek...
S: Zazdrosny byłeś i tyle...
S: Wrócę. Z pewnością wrócę. A ty będziesz czekał na mnie?
R: Zawsze... Co ja bym zrobił bez Serca?
S: To dobrze... Co ja bym zrobiła bez Rozumu?
******
I tak sobie gawędzą, kłócą się i ględzą. Ale żyć bez siebie nie mogą. Jak dwie połówki jabłka...
wtorek, 25 listopada 2008
Nie rozdziobią mnie kruki!
Zacznę od początku.
Jakiś czas temu zostałam poproszona o przesłanie CV do pewnej instytucji. Tworzyli nowy Dział i poszukiwali kierownika. Życiorys posłałam nie licząc na zbyt wiele. Zaproszono mnie na rozmowę z dyrektorem. Przeszła gładko i miło. Poproszono mnie na drugą rozmowę, bezpośrednio z Panią Zastępcą nadzorującą tworzony dział. Ustaliłyśmy wszystkie warunki, w tym również finansowe. Ustaliłyśmy również termin mojego przejścia do owej firmy. Mieli się odezwać do mnie w połowie listopada i przekazać termin dostarczenia niezbędnej dokumentacji. Połowa listopada minęła, koniec miesiąca się zbliża, a o nich ani widu, ani słychu. Coś mnie tknęło (widocznie Pan Rzeczywistość po konsultacji z Kawalerem Doświadczenie dał mi kopa w siedzenie) i zadzwoniłam sama. I tu mnie zaskoczyli. Generalnie Pani Zastępca Dyrektora się rozmyśliła... Dział nie powstaje. Szkoda tylko, że zapomniała mnie o tym drobnym i nieistotnym fakcie poinformować...
I przed chwilą nawiedziła mnie znów Panna Refleksja okutana w ciepły szal i wełniany płaszcz. Przywitała się z Panem Rzeczywistość i dalej jazda na mnie. Że wymagam niesamowitości od kadry dyrektorskiej, że oni nie skupiają się na takich sprawach... I w ogóle to co ja sobie wyobrażam? Otóż uczciwego postawienia sprawy żądam. O! Nie mam pretensji, że się rozmyślili... W czasach kryzysu i upadku jakiejkolwiek etyki, w czasach masowych obniżek kosztów, takie rzeczy się zdarzają. Ale... Że też ja zawsze jakieś ale wynajdę. Panna Refleksja w uprzejmy sposób przerwała moje wywody stwierdzając błyskotliwie - "Justyna, może ty masz wygórowane żądania finansowe..." Cóż... Nie sądzę. Jak na warunki warszawskie, za moją wiedzę i doświadczenie żądam stosunkowo niewiele. Pan Rzeczywistość stanął po mojej stronie (będę musiała mu jakieś ciasto w podziękowaniu upiec. Łasy na słodycze się zrobił skubaniec). Przeszperaliśmy oferty pracy wspólnie. Wielu analityków szukają. A analitycy z doświadczeniem w pracy przy funduszach unijnych... poszukiwani na gwałt! Na gwałt to może ja nie chcę. Wolę po dobroci się dzielić ;) Przynajmniej rozeznanie rynku zrobiłam. Póki co pracę mam. Nie rozdziobią mnie kruki! Debilizmowi i nieprofesjonalizmowi też się nie dam.
poniedziałek, 24 listopada 2008
Close enough to perfect...
You only get one life to work it
So who cares if it's not perfect
I say it's close enough to perfect for me
(...)
Oglądając wczoraj Camp Rock (chyba wspominałam już o moich dziwactwach? ;)) usłyszałam piosenkę - "Here I am". Rozkosznie młodzieńcza opowieść o odnalezieniu siebie i swojego miejsca w świecie. I przyszła do mnie Panna Refleksja. A ostatnio dość często zdarza jej się przychodzić. I jest mile widziana! Nawet gdy przychodzi sama z siebie, bez zaproszenia, bez zapowiedzi.
Dlaczego Refleksja jest Panna, a nie Pani? Odpowiedź jest prosta - nie złapała jeszcze Pana Refleksa. Zawsze biedaczka przychodzi odrobineczkę spóźniona. Widocznie jej czas jeszcze nie nadszedł, więc tkwi w tym swoim panieństwie, a ja cieszę się, gdy mnie odwiedza. Ale wracając do meritum.
Panna Refleksja zapukała do mnie wczoraj i rozpoczęła dysputy ze mną. Przy dobrej herbacie lipowej z miodem. W końcu nie chcę, żeby mi się rozchorowała i padła gdzieś pod płotem. Ona słabowitego zdrowia jest...
Dysputy z Panną Refleksją lubię. Są stymulujące. I zawsze skutkują czymś. Po wczorajszej znów mi przetasowały się Prioryt Ety. I spojrzenie na Życie mam jakby inne.
Cytując słowa piosenki w wolnym tłumaczeniu by Justysia:
I kogo obchodzi, ze nie jest perfekcyjne.
Dla mnie jest bliskie ideału..."
Mało poetycko, ale chodziło przecież o uchwycenie sensu. I zrewidowałyśmy z Panna Refleksją moje Życie. O dziwo, podczas rewizji nawet zwykle śmiały Rozum i emocjonalne Serce siedzieli jak trusie.
A ja dzięki Pannie Refleksji doszłam do wniosku, że moje życie jest tak bliskie ideału. Brakuje kilku elementów puzzli, ale zarys obrazu został zachowany. Patrząc z daleka, nawet się tych braków nie dopatrzysz...
Wymarzyłam sobie mały biały domek z ogródkiem. Zamiast niego mam mieszkanie. Ale mam! Pomieszkuję sobie w nim, odnawiam, sprzątam, gotuję. Czynsz płacę i rachunki - ale na każdym materiale może być skaza, prawda? ;)
Miałam być piękna i bogata. Cóż.... Z Matką Naturą dyskutować nie będę - różne są kanony piękna :) A bogactwo? Mam bogatą osobowość! To się liczy bardziej niż drogi samochód czy markowe ciuchy.
Miałam mieć dwójkę ślicznych i mądrych dzieci. Tu sprawa nie jest przesądzona. Pertraktacje z Wielkim Manitou trwają.. Podobno twarda ze mnie sztuka i ciężki negocjator ;)
Męża mam. Nie wygląda jak Adonis, ale nie zamieniłabym go na żadnego innego Daje mi siłę, oparcie, poczucie bezpieczeństwa, daje mi serce. Jest kochany, czuły, cudowny. Jest moim przyjacielem, do którego mogę się zwrócić ze wszystkim. Pewnie, ze mnie wkurza, ale... Ale życie bez niego by nie istniało...
Tak naprawdę mimo całego codziennego marudzenia i narzekania, gdy rozłożyłam życie na czynniki pierwsze stwierdziłam, że ono jest bliskie ideału. Jest moje. Uwielbiam to moje Życie. Jedyne jakie mam.
niedziela, 23 listopada 2008
Endorfiny ;)
That hid my face
So afraid to tell the world
What I've got to say
But I have this dream
Right inside of me
I'm gonna let it show, it's time
To let you know
To let you know
This is real, this is me
I'm exactly where I'm supposed to be, now
Gonna let the light, shine on me
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
This is me
Do you know what it's like
To feel so in the dark
To dream about a life
Where you're the shining star
Even though it seems
Like it's too far away
I have to believe in myself
It's the only way
This is real, This is me
I'm exactly where I'm supposed to be, now
Gonna let the light, shine on me
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
This is me
You're the voice I hear inside my head
The reason that I'm singing
I need to find you, I gotta find you
You're the missing piece I need
The song inside of me
I need to find you, I gotta find you
This is real, this is me
I'm exactly where I'm supposed to be, now
Gonna let the light, shine on me
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
This is me
You're the missing piece I need
The song inside of me (this is me)
You're the voice I hear inside my head
The reason that I'm singing
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
Niesamowicie pozytywnie ładująca mój styrany pracą organizm. Podnoszacy poziom endorfin utworek.. Chociaż nie wiem czy po wczorajszym dniu poziom hormonu szczęścia może być wyższy. :DDDDDDDDDDDDD Dzień, który spowodował, ze dziś śpiewam, rozpiera mnie energia i zachowuję się jakbym miała ADHD - tylko takie radosne i roześmiane.
Więcej takich dni proszę!
piątek, 21 listopada 2008
Oto ja. Ponownie.
A u mnie zmiana goni zmianę.
Nie w sensie fizycznym. Chociaż to też... Obcięłam włosy. Chodzę w spódnicach (o matko, świat się kończy! :P ).
Główne zmiany zaszły w psychice. Dojrzałam. Osiągnęłam kompromis ze starą Mną. Już nie walczę z wiatrakami. Bezsensowne trwonienie siły i energii na walki niemożliwe do wygrania, to czysta głupota. Najprostsza droga do zagubienia siebie. Po co mi to? Lubię siebie i wolałabym tej siebie nigdzie nie zagubić. Musiałabym później błądzić, nawoływać, włóczyć się gdzieś po ogórach... Szkoda czasu!
Od kilku miesięcy uśmiecham się szczerym uśmiechem. Patrzę na ludzi zauważając ICH. Nie miewam depresji, nie zamykam się w sobie... Otwieram worek z dobrym humorem i pozwalam czerpać każdemu.
To mnie cieszy.
Cieszy mnie każdy uśmiech na twarzy przyjaciela.
Cieszą mnie ich sukcesy, nawet te najmniejsze.
Cieszy mnie moje spojrzenie poranne.
Cieszy mnie mój własny uśmiech.
Cieszy mnie oddech śpiącego Krzyśka.
Cieszy mnie każde jego westchnienie, gdy musi wstać z łóżka.
Cieszy mnie dźwięk fortepianowych utworów Yirumy, których słucham co wieczór.
Cieszy mnie aromat czerwonego wina i truskawek.
Cieszy mnie żółty liść na trawniku.
Cieszy mnie chłód pnia orzecha, do którego przytulam się codziennie wracając z pracy.
Cieszy mnie cały świat.
Cieszy mnie życie.
Bo jest cenne.
Bo jest nasze.
Bo jest moje.
czwartek, 20 listopada 2008
__________________________________________
czwartek, 13 marca 2008
Dla K. :*
Będę rzeką dla twych strudzonych nóg
kwiatem na ramieniu
głodem twych spragnionych ust-
Ptakiem będę odkrzykującym z oddali
ciepłym piaskiem w twych dłoniach
wiatrem co rzęsy ci spali-
Będę tętnem pulsującym w twej szyi
burzą spokojem i niebem
smakiem ulotnej chwili-
Jestem...
środa, 12 marca 2008
Krótka przerwa
Sporo się dzieje ostatnio.
W pracy nawał roboty, nie mam czasu nawet się za uchem podrapać;)
Cóż, Wiosna idzie ;)
A wraz z wiosną przybywa postanowień. Jak choćby to ostatnie - w leczeniu trzy miesiące przerwy. Ale zgodnie z zasadą COŚ ZA COŚ - trzy miesiące przerwy nie oznaczają trzech miesięcy słodkiego lenistwa, wręcz przeciwnie. I to jest ten wielki PLAN. Zgodnie z powziętym i podpisanym przez wszystkich świętych planem, te trzy miesiące pełne będą wytężonej pracy. Mają bowiem skutkować dość dużym spadkiem mojej wagi. Wariant pesymistyczny zakłada 10 kg, wariant optymistyczny 20, wariant realistyczny - coś pomiędzy ;) Wspomagana czarodziejskimi specyfikami Moniki, akupunkturą i dieciskiem, poświęcać się będę intensywnym ćwiczeniom przeplatanym jogą.
Bo joga, kochany Rozumku, uspokaja mi Serce, a ciebie, kochany Rozumku, zajmuje czym innym niż wymyślaniem powodów kolejnych niepowodzeń terapii. Dzięki temu zyskuję chwilę dla siebie ;)
I tego będę się trzymać!
Poza tym kroi się krótka wizyta w szpitalu - brrr... zimno mi się robi na samą myśl. Jak mus to mus. Prawdę mówiąc wolałabym mieć już te badania za sobą :)
sobota, 23 lutego 2008
...
- Bo wszystko co dobre przychodzi z trudem, Kochanie...
******
Znów karmię sie nadzieją. Mimo że zdrowy rozsądek i wszystko dokoła mówi mi, że znów totalna klapa - nadal wierzę - kompletnie irracjonalnie i bezpodstawnie. Nie potrafię przestać wierzyć. Boję się, że bez tej mojej wiary się już nie podniosę. Ostatnio znów śnił mi się labirynt - ciemny, pełen wilgoci, zapętlony. I pełen odbijającego się od ścian płaczu dziecka, do którego nie mogłam się dostać, nie mogłam go ukoić, nie mogłam odnaleźć. Tak się czuję na co dzień - skołowana, bezsilna - ale wciąż z tlącą się nadzieją, że ten miesiąc będzie się różnił od poprzednich. A tu temperatura nie rośnie, samopoczucie pod psem... Wczoraj było jeszcze dobrze, stres odpuścił na chwilkę. Dziś napadł na mnie ze zdwojoną siłą. Nie chce mi się wychodzić z domu. Ba! Nie chce mi się nawet zwlekać z łóżka. Skończyłam czytać "Nadzieję". Miała mi pomóc, a czuję się tylko jeszcze bardziej przygnębiona. Ze mnie jednak jest dziwadło....
środa, 13 lutego 2008
Chwila...
"Wymarzony cud,
maleńki cud nadziei
ten dar szczególny nieba
najmniejsze z wszystkich marzeń...
miłości wielkiej trzeba by zegar tykać zaczął,
jak wielki ból rozstania
jak mroczny żal po stracie
jak jęk, co serce rani, a potem znów od nowa
liczenie na łut szczęścia
na nowy uśmiech losu
że uda się utrzymać wbrew wszystkim przeciwnościom
dopóki sił wystarczy
wykrzyczeć w twarz ciemnościom tęsknotę aż do nieba
i szeptać
coraz ciszej,
bo długo czekać trzeba aż dobry duch usłyszy
i ześle ciemną nocą
gdy ledwo śmiesz oddychać -
drobniutkie wnet paluszki twój rękaw będą chwytać
i w sercu płynne złoto,
bo nie jest wciąż za późno
podziwiać cud stworzenia
wśród niespokojnych szeptów i krzyków udręczenia,
aż wreszcie w mych ramionach istotka kwili mała,
o, chwilo upragniona, bodajbyś wiecznie trwała!"
