czwartek, 29 listopada 2007

15 dni...

15 dni...
Odrobinkę więcej niż dwa tygodnie...
Niby nic, ale...
Odliczam każdy dzień z tych 15...
Odliczam trzymając kciuki, modląc się, żywiąc się nadzieją i pocierając łysinkę słonika...
na szczęście!

poniedziałek, 26 listopada 2007

Czy wierzysz w cuda?

**********

Jest noc, która nagle wszystko zmienia,
całe miasto śpi.
Jest dzień, który w życie się zamienia,
robisz pierwszy życia łyk.
Mam sen- nie pamiętam nawet jaki,
tyle dzieje się.
A ten dzień, bardzo wiele dla mnie znaczy.
Oddychaj szeptem, przytul mnie.
Oddychaj w ciszy, ogrzej mnie.
Czy wierzysz w cuda ?
Chcę przy nim czuwać cały dzień.

Zerwał się wiatr, który budzi nas z mocnego snu.
Ostatni raz, nie pamiętam bym płakał do słów.
On słyszy Twoje myśli, które chcesz przekazać mu.
On słyszy Twoje słowa i czeka już na Ciebie tu.

Jest noc, która nagle wszystko zmienia,
całe miasto śpi.
Jest sen, który w życie się zamienia,
robisz pierwszy życia łyk.
Jak ptak, wciąż pamiętam o wolności,
którą w sobie mam.
Jak brat pokochałem twe słabości.
Oddychaj szeptem, przytul mnie.
Oddychaj w ciszy, ogrzej mnie.
Czy wierzysz w cuda ?
Chcę przy nim czuwać cały dzień.

Zerwał się wiatr, który budzi nas z mocnego snu.
Ostatni raz, nie pamiętam bym płakał do słów.
On słyszy Twoje myśli, które chcesz przekazać mu.
On słyszy Twoje słowa i czeka już na Ciebie tu.

/Feel - Paul/

**************

A u mnie ostatnio muzycznie... Cóż poradzę - w duszy mi gra. Nad tym nie należy ubolewać ani płakać - z tego trzeba się cieszyć :-D Więc się cieszę z tych chwil maniakalnej radości :-))))
Nadzieja wykiełkowała mimo wielu przeciwności i spadających głazów. Nie damy się lawinie zdarzeń negatywnych! O! Taki manifest napisało moje serce i o dziwo - trzyma się go pazurami. I niech trzyma! Bo, Szanowni Państwo, moje serce uparcie wierzy w cuda. Tak uparcie, że i mnie przekonało.
Wywieszę flagę w akcie poparcia tej idei! Bo cuda się zdarzają. Co więcej.. Każdy dzień w nie obfituje. Bowiem cudem jest każdy uśmiech, każde życzliwe spojrzenie, każda ciepła myśl... Ileż doświadczamy ich każdego dnia? Większości z nich nawet nie zauważamy.

piątek, 23 listopada 2007

Ciebie mam....

Kolejny dzień tyrania. W pracy ciężko. Ruszają prace nad projektem. Nabór w I kwartale 2008, ale dużo mówi się w kuluarach o preselekcji... Tak więc trzeba zakasać rękawy i zabrać się do roboty. :-) Najbliższe weekendy upłyną pod znakiem tworzenia studium wykonalności :)
To tyle o pracy. A co prywatnie?
Cóż, serce chce śpiewać: "Ciebie mam i nic mi nie trzeba. Nieważny cały świat.." :-D
Krzyś dzielnie sekunduje i wspiera. Przetrwał nawet mój ostatni nocny atak paniki i histerii. Pełen podziw i szacunek :-)
************
Ciebie mam i nic mi nie trzeba
Nieważny cały świat

Powiem to po cichu
Zostań ze mną chwilę
Kolejny dzień, kolejna noc
Chcę Ciebie non stop
Rano i po zmierchu
potrzebuję Ciebie
Kolejny dzień, kolejna noc
Chcę Ciebie non stop

Gdy Ciebie mam
dla siebie tak
to wszystko jest łatwiejsze
lepszy cały świat
Gdy Ciebie mam
dla siebie tak
wtedy nic nie jest ważne

Ciebie mam i nic mi nie trzeba
Nieważny cały świat

Przytul mnie na chwilę
Chcę Cię mieć dla siebie
Kolejny dzień, kolejna noc
Bądź ze mną non stop
Czaruj mnie pomału
Czaruj mnie namiętnie
Kolejny dzień, kolejna noc
Dotykaj non stop

Gdy Ciebie mam
dla siebie tak
to wszystko jest łatwiejsze
lepszy cały świat
Gdy Ciebie mam
dla siebie tak
wtedy nic nie jest ważne

Ciebie mam i nic mi nie trzeba
Nieważny cały świat
Ciebie mam i nic mi nie trzeba
Wtedy nic nie jest ważne
/Blue Cafe- Ciebie mam..- Ovosho/

*************

wtorek, 20 listopada 2007

Między nami nigdy nic nie było...

Trudno mi w dzisiejszym dniu znaleźć coś miłego czego mogłabym się trzymać w trudnych chwilach... Nie było w nim nic miłego... Może poza porannym zaspanym uśmiechem Krzysia ujrzanym spod przymkniętych powiek. Może poza smakiem herbaty z czarnego bzu ze szczyptą cynamonu i goździkami wypitą z samego rana. Zostawiła miłe korzenne wspomnienie na języku... W tym dniu nie było nic miłego poza kołaczącą się w kółko piosenką Button Hackers, którą po cichu wyje moje serce... I poza kieliszkiem napełnionym trunkiem. Takim jaki lubię: mocnym, aromatycznym, o odpowiednim poziomie wytrawności i głębokiej rubinowej barwie... Niby nie wolno mi pić, ale dziś zrobię wyjątek dla lampki... Albo dwóch... I dziś pozwolę sobie na ciche zawodzenie, które dla niektórych jest śpiewem... Ta sama melodia. Do znudzenia. Do momentu aż wszystkie dźwięki zleją się w jeden.

...Zagubiony w morzu słów westchnienia
W oceanie trudny sens
Chodzę ulicami niespełnienia...

Świetnie ujęte emocje. Moje emocje w chwili obecnej. Czuję się jak bym krążyła po labiryncie w zupełnej ciemności mając nić Ariadny pod nosem - i nawet nie zdając sobie sprawy z jej obecności... Mam tylko nadzieję, że w końcu wydostanę się na zewnątrz i będę mogła zaśmiać się słońcu w twarz! Bo tego chcę. Zaśmiać się tej parszywej i rozradowanej ciepłej tarczy prosto w... właściwie czy słońce ma twarz?... no cóż w najgorszym razie pragnę roześmiać mu się prosto w tarczę! Dzikim, nieopanowanym, niepowstrzymywanym, złośliwym, tryumfującym, psychodelicznym, niezrównoważonym, serdecznym, histerycznym, i jaki tam jeszcze może być, śmiechem!

...W filiżance szukam Twego smaku
Na poduszce Twoich ust
Dotknij oczu mych i oczaruj
Bo chcę byś była już
Była tu...

Moje serce zmienia słowa tej zwrotki... Śpiewa: "Bo chcę byś było już. Było tu..." Bo tego chcę... By już było... Ale życia się nie da zaplanować... Czasem zmienia tory, czasem zjawia się nagle - jak pierwsza miłość. Wkrada się niezauważenie i klepie nas w ramię. Odwracamy się a ono rozbawione wyskakuje przed nas. I to mnie w życiu fascynuje. Niby je dobrze znamy i myślimy, że wiemy czego się po nim spodziewać, a ono mając w nosie nas i nasze myśli i tak postępuje po swojemu zaskakując nas kompletnie (niektórych zastaje nawet ze spuszczonymi spodniami;) )

Osiągnęłam cel. Wyciszyłam się i uspokoiłam. Piosenka zlała się w jeden dźwięk. Serce śpiewa już wszystkie jej słowa... Jak wiele może sprawić muzyka, blask świec i lampeczka dobrego wina... I czas, czas, czas...

Między nami nigdy nic nie było
Nasze dłonie nigdy nie spotkały się
Teraz już napewno wiem że to miłość
I dlatego mówić chcę Kocham Cię

Zagubiony w morzu słów westchnienia
W oceanie trudny sens
Chodzę ulicami niespełnienia
I wierzę że znajdę Cię

Między nami nigdy nic nie było
Nasze dłonie nigdy nie spotkały się
Teraz już napewno wiem że to miłość
I dlatego mówić chcę Kocham Cię

W filiżance szukam Twego smaku
Na poduszce Twoich ust
Dotknij oczu mych i oczaruj
Bo chcę byś była już
Była tu...

Między nami nigdy nic nie było
Nasze dłonie nigdy nie spotkały się
Teraz już napewno wiem że to miłość
I dlatego mówić chcę Kocham Cię.

Szukam Cię, dziś wiem gdzie Ty tam ja
Głód oczu mych mówi, że to jest Twoja twarz

Między nami nigdy nic nie było
Nasze dłonie nigdy nie spotkały się
Teraz już napewno wiem że to miłość
I dlatego mówić chcę Kocham Cię
Kocham Cię...

czwartek, 15 listopada 2007

(...)
Wiesz zaufaj mi jak chcesz, zaczaruj mnie jak chcesz,
Pokochaj kiedy ja sam ze sobą kłócę się.
Oddychaj dla mnie, spójrz czasem w oczy me,
Zastanów się, no zastanów się!
(...)
/A gdy jest już ciemno - Feel/

Ostatnio odkrywam wiele rzeczy na nowo... Na nowo odkryłam The Police i Barbrę Streisand. Na nowo odkryłam Nat King Cole'a... Na nowo odkrywam malowanie portretów... Na nowo zgłębiam smak i zapach cytrusów... Odkrywam radość z gotowania... Największy renesans przeżywa chyba jednak moja kobiecość... Trudno ją określić i zdefiniować...Od lat zadaję sobie pytanie: Czymże ona jest? Wczoraj znalazłam tekst, w którym autor próbował przybliżyć ten termin. I udało mu się znakomicie. o jak wygrać kobiecość? Jak w dzisiejszych czasach nie stracić jej? Ks. Marek Dziewiecki na łamach miesięcznika "Wychowawca" starał się wyjść naprzeciw tego pytania:
********
"Niektórym kobiecość kojarzy się ze służbą, poświęceniem, naiwnością. Inni widzą w kobiecie osobę, która jest genialna, kochana i podziwiana. Mężczyźni są bardziej zainteresowani światem rzeczy i łatwiej sobie radzą z rzeczami (gospodarka, polityka, sport). Kobiety są wrażliwsze na świat osób i bardziej predysponowane do kontaktu z osobami. Mają zwykle decydujący wpływ na relacje w małżeństwie i rodzinie, wśród przyjaciół i znajomych. Wielu mężczyzn nie docenia kobiet i ich roli w społeczeństwie. Zakochani potrafią traktować je jak bóstwa, ale później w codziennym życiu odnoszą się do kobiet z arogancją i cynizmem. Część kobiet broni się wtedy przed własną kobiecością, zamiast bronić się przed takimi mężczyznami. Wygrać życie może tylko ta kobieta, która cieszy się swoją płcią i swym kobiecym geniuszem.(...)
Największy wkład w rozwój ludzkości niektórzy przypisują mężczyznom. Mają wówczas na myśli malarstwo, muzykę, architekturę, rozwój nauki i techniki. Bycie kobietą kojarzy się wtedy z niższym statusem społecznym, z zależnością od mężczyzn, z bólem i trudem rodzenia dzieci. Tak widziana kobiecość jest traktowana raczej jak ciężar, niż jak powód do dumy. Tymczasem wychowanie dziecka czy troska o bardziej ludzkie oblicze ziemi, wymaga większego geniuszu niż zbudowanie komputera czy wieżowca. Dojrzała kobieta to natchnienie dla mężczyzn i błogosławieństwo dla ludzkości. Taka kobieta - aby być szczęśliwą - nie musi stawać się kopią mężczyzny.(...)
Kobiety są nazywane płcią "słabszą", ale żyją zwykle dłużej od mężczyzn, a ich organizm jest zaskakująco wytrzymały. Mężczyzna jest zdolny do cięższej pracy, ale potrzebuje regularnego odpoczynku. Kobieta potrafi dniami i nocami trwać na "dyżurze" przy tych, którzy potrzebują jej obecności. Zdrowie to dla kobiety cenne narzędzie miłości i to jest najważniejszy motyw, by troszczyć się o własny organizm.(...) Troska o ciało ma sens, gdy połączona jest z troską o rozwój duchowy. Poczucie bezpieczeństwa, oparte na fizycznej atrakcyjności, jest nietrwałe i zawodne.(...)
Kobiecy wygląd i ubiór, ton głosu, uśmiech, sposób poruszania się i zachowania wyraża wdzięk i harmonię nieosiągalną dla mężczyzny. Kobieta jest wrażliwa na piękno kształtów, kolorów i zapachów, ale też na piękno wewnętrzne: psychiczne, moralne i duchowe, na piękną miłość, czystość, gościnność, kulturę bycia. Zdumiewa i porusza pięknem swej troski o człowieka, pięknem odwagi i bezinteresowności. Pięknem, które przemienia środowiska dotknięte brzydotą materialną czy moralną.(...) Piękna jest kobieca filozofia życia, w której miłość i szlachetność ważniejsza jest niż przyjemność czy zysk. Kto dostrzega jedynie zewnętrzny urok kobiety, ten nie potrafi zachwycić się jej wewnętrznym pięknem. Szczęśliwa kobieta to więcej niż płeć piękna. To piękna osoba. (...)
Rodzice są zwykle przekonani, że łatwiej jest wychować córkę niż syna. Córki są bardziej posłuszne, pracowite, zdyscyplinowane. Nie jest to jednak cała prawda, gdyż córka jest bardziej niż syn wrażliwa na zranienia emocjonalne i moralne, na kryzys rodziców i negatywny wpływ środowiska. Mocniej przeżywa własne słabości i rozczarowania w kontakcie z innymi. Potrzebuje szczególnego wsparcia rodziców, nieustannych znaków miłości i troski, serdecznych rozmów i słów otuchy. Potrzebuje rodziców, którzy z czułością i dyskrecją wsłuchują się w jej radość i łzy, w jej słowa i milczenie, w jej wrażliwość i lęki, w jej poczucie osamotnienia czy bezradności. Wychowanie córki to pomaganie, by stała się artystką, a nie rzemieślnikiem w przeżywaniu i wyrażaniu człowieczeństwa. Wychowanie córki to towarzyszenie w narodzinach drogocennej perły. (...)
Najsilniej łączy się kobieta ze swoim mężem. To więź obejmująca ducha i ciało, oparta na miłości wiernej i wyłącznej. Łączy ją z nim intymność psychiczna, duchowa i fizyczna, która jest nieosiągalna w innych więziach. Żona jest niezwykłym darem dla męża i podobnego daru potrzebuje z jego strony. Uczy męża czułości i wierności. Pomaga mu w łączeniu seksualności z miłością. Wspiera więź męża z dziećmi. Stając się matką, pozostaje żoną, która nadal dba o swoją więź z mężem, o swój wygląd i swoją kobiecą atrakcyjność. Dzięki temu dzieci mogą czuć się kochane wewnątrz miłości rodziców, a po ich odejściu więź małżeńska nie ulega osłabieniu.
Żona pomaga mężowi rozwijać w sobie to, co najpiękniejsze. (...)
Mózg kobiet umożliwia lepszy niż u mężczyzn przepływ informacji między półkulą myślenia i półkulą emocji. Kobieca psychika jest lepiej dostosowana do kontaktu z osobami, gdzie trzeba jednocześnie myśleć i odczuwać. Kobiety funkcjonują na zasadzie współzależności. Chętniej pomagają i przyjmują pomoc. Mężczyźni szukają bardziej niezależności, dlatego stany samobójcze są u kobiet wołaniem o pomoc, a u mężczyzn wołaniem o śmierć. Dojrzała kobieta wie, że jej zmienne nastroje powodują zmienność myśli i zachowań. Rozumie, że psychika to "lustro", które odzwierciedla jej sytuację i jej więzi.(...)
Seksualność mężczyzny jest silnie powiązana z cielesnością, a kobiety bardziej zintegrowana z całą jej osobą. Trzymając kogoś za rękę, kobieta nie skupia się na dotyku, lecz na człowieku, na jego przeżyciach i potrzebach. Łatwiej panuje nad pożądaniem i uczy mężczyzn właściwej kolejności więzi. Bliskość fizyczna cieszy ją tylko w kontekście więzi duchowej i uczuciowej. Najbardziej intymne gesty rezerwuje do najsilniejszej więzi. Czuje się bezpieczna tylko wtedy, gdy seksualność połączona jest z miłością wierną i wyłączną, czyli małżeńską i gdy kontakt seksualny z mężem to czubek góry lodowej w morzu czułych słów, spojrzeń i gestów. W przeciwnym przypadku kobieta czuje się poniżona i dotkliwie cierpi.(...)
Szlachetna więź kobiety i mężczyzny to miejsce fascynacji i rozwoju. Kobieta wprowadza mężczyznę w świat dobra, prawdy, piękna i świętości. Otwiera na tajemnicę człowieka. Uczy miłości i czułości. Potrzebuje też wsparcia, podziwu, szacunku i opieki z jego strony. W chwilach kryzysu i słabości mobilizuje ją świadomość, że mężczyzna się o nią troszczy. Potrzebuje jego dyskrecji, cierpliwości, stanowczości i pogody ducha. Dzięki kobiecie mężczyzna odkrywa radość z czystej miłości, która jest nieosiągalna w inny sposób.(...)
zczególna wrażliwość kobiet na świat osób sprawia, że mówią one więcej i chętniej niż mężczyźni. Ludzie są przecież bardziej intrygujący i skomplikowani, niż rzeczy. Kobiety mają uszy, które więcej słyszą oraz oczy, które lepiej widzą. Dzięki temu łatwiej niż mężczyźni odczytują ton głosu, wyraz twarzy, sens spojrzenia. Łatwiej wczuwają się w myśli i przeżycia własne oraz swoich rozmówców. W kontaktach z innymi mówią zwykle o konkretnych ludziach i ich zachowaniu. Natomiast mężczyźni chętniej opowiadają o ekonomii, polityce czy sporcie. Sądzą, że to są istotne tematy. Tymczasem zdolność mówienia o osobach jest ważniejsza, niż wypowiedzi na temat świata rzeczy. Przyjazne i mądre rozmowy czasem dosłownie ratują komuś życie. (...)
Wielu mężczyzn sądzi, że to oni wnoszą największy wkład w rozwój ludzkości. Redukują dzieła rąk ludzkich do postępu w nauce i technice albo do produkcji dóbr materialnych. A przecież urodzenie i wychowanie człowieka jest nieporównywalnie bardziej kreatywne, niż skonstruowanie jakiegoś urządzenia. Dojrzałe kobiety są niezwykle twórcze duchowo. Dysponują fantazją miłości i geniuszem wychowawczym. Są natchnieniem mężczyzn w ich aktywności gospodarczej, kulturowej i politycznej. Mężczyznom trudno o pracowitość i zaangażowanie, gdy w ich życiu zabraknie twórczych kobiet. Popadają wtedy w apatię, bezradność i degradację psychospołeczną. Poprzez swoją agresję i wojny niszczą to, co zbudowali wspólnie z kobietami.
Przekazywanie życia i wychowanie człowieka to najbardziej genialna forma ludzkiej kreatywności.(...)
Kobieta potrafi być jednocześnie dobra i mądra. Kobieca dobroć jest zwykle bardziej cicha i bezinteresowna oraz mniej widoczna, niż dobroć mężczyzn. Kobieca mądrość dotyczy świata osób i jest ważniejsza niż wiedza mężczyzn na temat świata rzeczy. Kobieta komunikuje dobroć i mądrość łagodnie, a jednocześnie w sposób czytelny i przekonujący, gdyż przeżywa miłość i prawdę całą sobą, a nie tylko umysłem. (...)
Nie jest łatwo być dojrzałą kobietą, czyli kimś szczególnie wrażliwym na człowieka, miłość, więzi, uczucia. Kobieta w kryzysie skupia się przesadnie na sobie, przeżywa skrajną zmienność nastrojów, bolesne lęki, natrętne myśli, katastroficzne wyobrażenia. Wchodzi w toksyczne więzi z ludźmi, którzy przeżywają jeszcze większy niż ona kryzys i którzy ją krzywdzą. W "najlepszym" przypadku staje się bezradna i naiwna. Ulega manipulacjom oraz fizycznej, psychicznej i moralnej przemocy. Nie próbuje się bronić. W najgorszym przypadku staje się cyniczna, okrutna, zazdrosna, przewrotna, rozwiązła. Plotkuje, prowokuje, niepokoi. Okazuje się mistrzem w zadawaniu bólu. Staje się groźniejsza od cynicznych i zdemoralizowanych mężczyzn. (...)
Kobiecość nie uznaje przeciętności, gdyż świat osób stawia wyższe wymagania niż świat rzeczy. Mimo wewnętrznych trudności i zewnętrznych zagrożeń, wiele kobiet dorasta do swego geniuszu. Nie ulegają one sloganom, że kobieta jest "warta" nowych kosmetyków, ubrań czy telefonów. Wiedzą, że kobiety są warte czegoś znacznie więcej. Są warte szacunku, wdzięczności, podziwu dla ich uroku, ich sposobu bycia matką, żoną, siostrą, córką, współpracowniczką, dla ich niezastąpionego wkładu w życie rodziny i społeczeństwa. Gdy otrzymują miłość i wsparcie, wtedy dosłownie rozkwitają w swojej kobiecości. Stają się najlepszym przyjacielem i najwierniejszą towarzyszką życia . Postępują jak duchowe księżniczki i wymagają od mężczyzn, by tak je właśnie traktowali. Wiedzą, że nic mniej nie wystarczy kobiecie, by czuła się szczęśliwa i spełniona."
********
Pozwoliłam sobie przytoczyć tu te słowa bowiem dawno nie przeczytałam o kobietach czegoś bardziej wzruszającego, pięknego, pełnego szacunku i ciepła... A tego nam, kobietom, potrzeba...

środa, 14 listopada 2007

JAK ANIOŁA GŁOS, USŁYSZAŁEM JĄ, POWIEDZIAŁA PATRZ

TAK TO ON, NA ROZSTAJU DRÓG STOI DOBRY BÓG

ON WSKAŻE CI DROGĘ

JAK ANIOŁA GŁOS, USŁYSZAŁEM JĄ, POWIEDZIAŁA PATRZ

TAK TO ON, NA ROZSTAJU DRÓG STOI DOBRY BÓG

ON WSKAŻE CI DROGĘ


JUŻ POD KONIEC DNIA WIDZĘ OBRAZ SWÓJ,

WIDZĘ MIEJSCA W KTÓRYCH BYŁEM, WIDZĘ LUDZI TŁUM

JUŻ POD KONIEC DNIA PUSTEJ SZKLANKI DŹWIĘK

TO CHYBA SEN...

JUŻ POD KONIEC DNIA WIDZĘ OBRAZ SWÓJ,

W PUSTEJ SZKLANCE POMARAŃCZE TO DOBYTEK MÓJ

JUŻ POD KONIEC DNIA, PUSTEJ SZKLANKI DŹWIĘK

TO CHYBA SEN...

JAK ANIOŁA GŁOS...

I JUŻ POD KONIEC DNIA WIDZE OBRAZ SWÓJ,

WIDZĘ USTA W KTÓRYCH NIE RAZ SWÓJ TOPIŁEM BÓL

JUŻ POD KONIEC DNIA, SŁYSZĘ CICHY SZEPT

TO CHYBA SEN...

I JUŻ POD KONIEC DNIA WIDZE OBRAZ TWÓJ

WIDZĘ DŁONIE, CZUJĘ SERCE, TO IDEAŁ MÓJ

JUŻ POD KONIEC DNIA, LECZ NIE SAM-

-LECZ NIE SAM!

JAK ANIOŁA GŁOS...

***

Ostatnio przepełnia mnie optymizm. Niczym nieograniczony... I to jest piękne uczucie... Jak Anioła głos szepczący prosto w Serce... Zapomniałam już jak wspaniały potrafi być uśmiech i ciepło z niego płynące. Aż chciałabym się podzielić tym ciepłem z całym światem... a na dworze zimno! W taki dzień jak dziś chciałabym piec ptysie. I faszerować je bitą śmietaną. Dlaczego ptysie? Bo lubię ptysie. Dziś sama czuję się jak ptyś: wielki, słodki i niemożliwie miękko rozpływający się w ustach. A ja się rozpływam w uśmiechu....

środa, 31 października 2007

O dziadach, z którymi czasem trzeba się borykać...

Ostatnio zabrałam się za porządki. I tu nastąpiło bardzo nieprzyjemne spotkanie. Otóż na mej drodze stanął Prior y Ted Zdrówko. Strasznie marudził! Spuściłabym go ze schodów, ale miał miły uśmiech i dobrze mu z oczu patrzyło, poczciwinie. Wpuściłam dziada do domu, co będzie tak przy schodach stał... Nakarmiłam, napoiłam, posadziłam w kuchni i znów się za porządki wzięłam. Ledwo po odkurzacz sięgnęłam - dzwonek do drzwi. Otwieram, a w korytarzu następny dziad stoi. Zaniedbany, obszarpany, nieogolony. Przedstawił się i spojrzał na mnie jak zbita psina. I wpuściłam dziada do domu. Co będzie ten Prioryt Et Zumro na klatce siedział... Posadziłam dziadzinę w kuchni i do zajęć wrócić chciałam. On na mnie spojrzał, okulary przetarł, westchnął i zaczął monolog wygłaszać. Coś o intelektualnym zacofaniu w naszych czasach i analfabetyzmie wstecznym, o upadku wartości i innych problemach... Wzruszyłam ramionami... A czy ja się dziś urodziłam? Z tymi problemami borykamy się nie od dziś. Wróciłam do porządków. Pukanie do drzwi. Zmęłłam przekleństwo w ustach, ale otworzyłam. A za drzwiami cały tłum takich oberwanych dziadów stoi. Nie zdążyłam drzwi zamknąć - już się do mieszkania wpakowali. Przysiedli na krzesłach, fotelach, kanapie. Na półkach, regałach, podłodze. Do wanny się nawet jeden wpakował bezczelny I zaczęli marudzić jeden przez drugiego! Że zaniedbanie nadeszło, że nikt o nich nie dba, że na świecie znieczulica i w samych ludziach też... Tumult powstał i chaos. Siłę w sobie zebrałam i jak na dziadów nie ryknę! Że nie można tak bez zaproszenia do domu czyjegoś wchodzić, że porządek jakiś musi być i ład też. Że ja nie mam czasu by każdego z nich wysłuchać... I porządek zrobiłam z nimi. Niektórych, co z bzdurami przyszli, w niebyt posłałam - bo i na co mi takie dziady co nic w moje życie nie wnoszą, a tylko czas i nerwy zabierają? A resztę ustawiłam w kolejce i teraz dla każdego znajdę czas. Po kolei. W końcu swoich dziadów Priorytetów każdy sam musi w ustawić...

czwartek, 18 października 2007

A ziemia toczy...

Trzeba się będzie wziąć ostro do roboty. Cztery tygodnie laby - pomijając bolesne zastrzyki i ograniczone możliwości ruchowe, były całkiem przyjemnie. Odwiedził mnie Grześ, którego nie widziałam cztery lata. On rzadko bywa w Warszawie, ja do Radomska też niezbyt często zaglądam :) Milutko było :) Pogadaliśmy, upichciliśmy coś, pośmialiśmy się... nie miałabym nic przeciwko częstszym spotkaniom, które mnie ładują pozytywnymi emocjami :) I trzymam kciuki, Grzesiu - może zamiast Poznań wybierzesz kierunek Warszawa? ;)
Laba labą, ale czas najwyższy wrócić do formy - i to szybko. Cały miesiąc zajęć przepadł. Na zajęciach u Moh sporo do nadrobienia, na zajęciach u Jasmin jeszcze więcej - cały układ zaliczeniowy. Dam radę! :)

Układam listę życzeń i plan na kolejny rok, bo listopad zbliża się nieubłaganie. W domu znów zapachnie cynamonem. Taka tradycja. Poza Świętami Bożego Narodzenia w moim domu cynamonem pachnie tak mocno tylko w listopadzie. Cynamonem i goździkami. W listopadowe szare wieczory robimy grzańca i objadamy się jabłkami z cynamonem. Dlaczego? Bo listopad to mój miesiąc :) Mama swój obchodzi w październiku, tata w maju, mój brat w czerwcu, Krzysiek w lipcu.. A listopad jest mój - póki ziemia toczy swój garb uroczy :))))

piątek, 12 października 2007

Nadszedł ten dzień...

Dziś pierwsza wizyta w nowej klinice... Dzień pełen wrażeń. Nie dość, że chodzę jak paralityk (nieszczęsne rozcięgna nadal atakują!) to dodatkowo mam kłopoty z koncentracją... A godzina wyjazdu zbliża się nieubłaganie. Powinnam się cieszyć, a tymczasem... Doszłam do wniosku, że boję się cieszyć... boję się mieć nadzieję... Najnormalniej w świecie boję się tchórzliwym strachem... Jakby ktoś tylko czekał na ten wątły płomyczek - by, gdy tylko się pojawi, ze złośliwym rechotem zdmuchnąć go.

Zastanawiałam się ostatnio, co mnie wkurzało przez cały czas leczenia. Doszłam do wniosku, że była to jedna rzecz. Bynajmniej nie chodzi o ciągłe pytania rodziny i znajomych - dało się z tym żyć. Ale ta ciągle powtarzająca się rada: "Wyluzuj się". Do tej pory zgrzytam zębami gdy usłyszę... Gdy uznajemy niepłodność za chorobę trudno jest zaakceptować takie słowa od lekarza. Czy jakikolwiek chory na cukrzycę, stwardnienie rozsiane czy nowotwór albo chociażby zwykłą grypę, w trakcie leczenia słyszy" Wyluzuj się"? Czy wszyscy zadręczają ich opowiastkami o osobach, które przestały myśleć o swojej chorobie i po wielu latach (ba, nawet dziesięciu!) wyzdrowiały?
A do tego dylemat na tle religijnym. Która z kobiet leczących się w kierunku niepłodności nie słyszała, że może Bóg nie chce żebyśmy miały dzieci? A my się faszerujemy lekami wbrew Jego woli? Której to nie przeszło przez myśl? To nie ułatwia walki i życia, i tak pełnego bólu i cierpienia. Gdy po latach bezsilnej batalii stajemy przed decyzja zapłodnienia in vitro, dowiadujemy się, że popełniamy grzech ciężki nie do wybaczenia. Tak bardzo pragnę mieć dziecko, a gdy robię wszystko co w mojej mocy nie mogę przyjąć komunii? Dlaczego nie mogę walczyć ze swoją chorobą z podniesioną głową, przy wsparciu lekarzy, Kościoła i znajomych? Czy to ciągłe miotanie się moralne i zadręczanie nie wpędza mnie w chorobę jeszcze bardziej?
Są jeszcze inne aspekty - takie objawy niepożądane - składowa leczenia - zupełnie niezależne i przychodzące ukradkiem. Pięknie opisano je w "Charakterach" :

"Owulacja palce lizać, plemniki jak pershingi - cieszy się ginekolog patrząc w ekran monitora - no to dziś wieczór do roboty. A za dwa tygodnie ciąża jak malowana. Mówi tak już od pięciu lat, odkąd Anna i Marek leczą się z powodu niepłodności. Anna przez rok mierzyła codziennie temperaturę. Każdy miesiąc to nowa szansa na dziecko. Lata lecą, oni już niemłodzi, trzeba dostosować się do rytmu leczenia i ciągle pilnować, kiedy jest ten najlepszy moment.
Niepłodność dotyka w Polsce co piątą parę. Rodzi depresję, lęk, wstyd, czasem wzajemne obwinianie się partnerów. Poddaje trudnej próbie życie seksualne. Wiele par skarży się: nie mamy już ochoty na seks.
Anna i Marek wychodzą od lekarza i już w samochodzie dochodzi do sprzeczki. "Właściwie nie wiadomo o co, o jakąś bzdurę." "Jest w tym jakaś prawidłowość' - myśli Anna.- To pewnie dlatego, że znowu przez dwa tygodnie będziemy żyć nadzieją" Wracają do domu. On włącza telewizor, ona zamyka się w kuchni. Oboje odwlekają moment pójścia do łóżka. Na seks nie mają kompletnie ochoty. Bo trzeba zrobić "na gwizdek". Ale muszą się przełamać, bo inaczej kolejny miesiąc zmarnowany. Anna nie pamięta, kiedy robili to z ochotą. A przecież kiedyś było inaczej. Seks sprawiał im tyle przyjemności. Marek zasypia przed telewizorem. Anna budzi go, z udręką w głosie mówi: chodź, musimy to zrobić.
Następnego dnia zwierza się przyjaciółce, jak bardzo oddalili się z mężem od siebie. Pożądanie stało się dla nich pustym słowem. Kiedy nie muszą współżyć, nie mają na to kompletnie ochoty. Czasem czuje, jakby nie byli w łóżku sami. Złości ją, że ktoś im mówi, kiedy się mają kochać. I podaje się, bo przecież chcą mieć dziecko.
Seks w służbie zajścia w ciąże rujnuje niejedno małżeństwo. Leczenie niepłodności ingeruje w pożądanie i intymność pary. Poczucie przymusu rodzi wściekłość, upokorzenie i bunt, że ktoś obcy ma kontrolę nad współżyciem. Pacjentki często mówią: wiem od początku, że nic z tego nie będzie, a jednak robię to. Ale organizm też buntuje się wobec przymusu.
Pomocy psychologiczna i terapia dla osób leczących się z powodu niepłodności ma na celu między innymi odbudowanie często zrujnowanego życia seksualnego, tak, aby przestało być traktowane jedynie jako sposób na posiadanie dziecka. Nieprzypadkowo do poczęcia dochodzi często podczas wakacji, albo wtedy, gdy para rezygnuje z walki o posiadanie dziecka, a seks odzyskuje swoje dawne znaczenie.
Krystynę od miesięcy prześladuje ten sam sen. Śni jej się, że idzie ulicą i zatrzymuje się przed wystawą z napisem "Drzewa owocowe". Przez szybę dostrzega swojego męża. On nie zauważa jej wpatrzony w młodą, uśmiechniętą kobietę. Kobieta, w przeciwieństwie do Krystyny, ma szerokie biodra, duże piersi. I Krystyna wie, że on właśnie wybrał tę kobietę na matkę swojego dziecka. I budzi się z krzykiem.
Od sześciu lat są małżeństwem. Pobrali się dwa lata po studiach. Wspólnie podjęli decyzję, że poczekają z dzieckiem. Wyjechali za granicę, by zarobić na własne mieszkanie. Po powrocie okazało się, że Krystyna nie może zajść w ciążę i czeka ją długie leczenie hormonalne. To był wstrząs. Nigdy nie należała do osób śmiałych i pewnych siebie. Teraz popadła w stan przygnębienia i apatii. Czuła się winna. Nigdy też nie była ulubienicą teściowej. Ta zarzucała jej zwlekanie z urodzeniem dziecka. Dawała tez do zrozumienia, że przy jej szczupłej sylwetce może nie być płodna. "Suche drzewa, które nie dają owoców, należy ścinać" - często powtarzała. Ten motyw pojawił się we śnie.
Krystyna nie czuje się w pełni kobietą, odkąd wie, że może nie być matką. Wszystko zaczęło ją drażnić, wybucha złością, albo potrafi przepłakać cały wieczór. Przestała spotykać się z koleżankami, zwłaszcza z tymi, które już są matkami. Obsesyjnie myśli o tym, że jest gorsza od innych kobiet, mało kobieca, zbyt chuda. Boi się, że maż ją opuści, bo nie urodzi mu dziecka. Mimo, że nigdy nie zarzucał jej tego, wręcz przeciwnie, troszczył się i współuczestniczył w leczeniu. Stała się wobec niego agresywna i odrzucająca. Na propozycje współżycia reaguje niechęcią albo złością. Zarzuca mu, że robi to z litości. Przecież bezpłodna kobieta nie może budzić pożądania. Jest pewna, że chciałby ją zostawić. Wcześniej ich życie seksualne układało się dobrze. Byli dobrana parą.
U kobiet, leczących się z powodu niepłodności, często zmienia się obraz ciała. Wydaje im się, że są mało kobiece, mniej atrakcyjne od innych kobiet i nie budzą już pożądania. Wierzą, że inni tak właśnie je spostrzegają. I zgodnie z tym wyobrażeniem zachowują się wobec partnera. Odrzucają go również seksualnie. Zdezorientowany partner często wycofuje się, co potwierdza obawy kobiety, że nie jest już atrakcyjna. Dopóki kobieta nie oddzieli sfery seksu i obrazu siebie jako kobiety od niemożności zajścia w ciążę, narażona jest na negatywne emocje, a w konsekwencji obniżenie popędu seksualnego.(...)
Pary leczące się z powodu niepłodności narażone są na pułapkę zniechęcenia seksem, traktowanym instrumentalnie. Niepłodność jest chorobą, a nie wyrazem braku kobiecości lub męskości."

Czy ktoś nas na to przygotował? Czy ktoś o tym mówił? Przez lata ten temat był tabu. Nawet próba rozmowy z własną rodziną bywa kwitowana: " a co ty opowiadasz? jesteś jeszcze młoda, masz czas... wyluzujcie się" i kółeczko się zamyka.

Tylko, że ja się nie chcę wyluzować... Ja najzwyczajniej w świecie chcę być matką... Jak mam sobie powiedzieć po latach nadziei i wiary, która gaśnie co miesiąc, że może warto zająć się czymś zupełnie innym?

czwartek, 27 września 2007

Uziemiona...

Ostatnio narzekałam, że nie zdołałam odpocząć w tym roku, że urlopu porządnego nie miałam... i tego typu gadanie... I wykrakałam sobie...
Zostałam uziemiona - na dzień dobry do 10 października... Mam zmienić tryb życia z aktywnego na kanapowy, fotelowy czy inny nie wymuszający chodzenia. Chyba uświrknę przez ten czas...
Niewłaściwe rozgrzanie i rozciągniecie mięśni i ścięgien przed ostatnim maratonem treningowym zaostrzyło stan zapalny rozcięgna, który rozwijać się musiał w piętach już od kilku miesięcy... I czeka mnie teraz terapia zastrzykowa (czy wspominałam, ze NIENAWIDZĘ igieł?), leżenie i fizykoterapia (laser, ultradźwięki i inne przyjemności)...
I co najgorsze - przerwa od tańca... to boli chyba najbardziej...

wtorek, 18 września 2007

Nowa siła :))))

Wczoraj na zajęciach u Jasmin dotarło do mnie, że świadomość własnego ciała mam... żadną ;))))))) No może prawie żadną :D:D:D:D I super! Kolejne wyzwanie! Se.. se.. se... :D:D:D:D Wszystko mnie boli, łącznie z koniuszkami palców u dłoni, ale gęba mi się cieszy :D:D:D:D:D I znów mam ochotę tańczyć, tańczyć, tańczyć... :D Właściwie już się nie mogę doczekać dzisiejszej próby i jutrzejszego pokazu :D:D:D:D:D:D
Zajęcia u Jasmin są inne od tych u Moh. Moje pierwsze wrażenie z nich - przerażenie, gdy zaczęła mówić czego będzie wymagać. Pierwsze wrażenie zatarła lekcja - było super. Podobało mi się ćwiczenie koordynujące biodro - rękę - głowę. I możliwość uświadomienia (bolesnego) sobie, że mam dwa pośladki, a każdy z nich stanowi odrębny mięsień :D Przypomniały mi się jedne z pierwszych zajęć u Moh - że mam dwa biodra i one potrafią się ruszać :D:D:D:D W zasadzie obiektywnie muszę stwierdzić, że moja fascynacja tańcem brzucha rozwija się zdrowo na świetnej pożywce jaką jej funduję. I gdyby fundusze pozwoliły a doba trwała dłużej, ganiałabym na taniec 5 razy w tygodniu :D:D:D Niestety czas (niedobry on!) nie chce nagiąć się troszeczkę a pieniądze (wstrętne złośliwce!) nie chcą się rozmnożyć - zostaje mi ćwiczenie w domu :)))

Humor dodatkowo poprawił mi e-mail od Kamili :))))) He he :))))) Znalazłam prezent urodzinowy dla siebie :D:D:D W dodatku Pan Mąż i Przyjaciele zgodzili się go sponsorować :D:D:D Będzie małym (no troszkę większym) cudem :D Jedyny w swoim rodzaju i pasujący na mnie! :D:D:D:D Będzie boski jak i ja będę w nim boska :D :D:D:D

Hmm.. Chyba przegięłam z tą boskością :D:D:D hahahahaha

poniedziałek, 17 września 2007

Marzenia też umierają...

Przez weekend robiłam porządek ze zbędnymi marzeniami. Za zbędne uznałam te bez żadnej możliwości spełnienia, czasem człowiek musi przestać się łudzić... Tylko czy to, co zostało można nazwać marzeniami?

****************


sobota, 15 września 2007

Cudów nie ma, ale...

Podsumujmy wczorajszy dzień. Cudów nie ma, ale... na tym świat się nie kończy.

piątek, 14 września 2007

Bez tytułu...

Ranek straszny... Po w zasadzie nieprzespanej nocy... Wróciły koszmary... To chyba wszystko przez nerwy przed snem.. przez oczekiwanie na wyniki badań... i przez wspomnienie Marka... Hmm... Jeden demon wymknął się na wolność... Jeden gest... jedno słowo... tyle przykrości... I tak naprawdę po co? By poprawić sobie nastrój? By nakłonić kogoś do własnej wizji widzenia świata? By rozgrzeszyć się za błędy? Ech... Czy ja wspominałam, ze chciałabym by ktoś wymazał mi część wspomnień, część myśli? Chciałabym! I chciałabym, żeby wreszcie wrócił skąd przyszedł. Ten demon. I nigdy, przenigdy, nie pojawiał się już przed moimi oczami. A kysz!

*************

Dziś wyniki pierwszych badań. A może stanie się cud. Może wszystko będzie inaczej... Nerwy w strzępach.

*************

Cudów nie ma....


czwartek, 13 września 2007

Dzień dobry. Jestem uzależniona...

Dzień dobry. Mam na imię Justyna i jestem uzależniona. Od 27 lat. Jestem uzależniona od samej siebie. Od życia. Od tego świata i tamtego drugiego też. Od ziemi, po której chodzę. Od powietrza, którym oddycham. Od bujnej wyobraźni. Od emocji, które mną kierują. I przede wszystkim jestem uzależniona od myślenia.
Czy można coś na to poradzić? Czy można mnie wyleczyć?
Czasami chciałabym nie myśleć. Wyłączyc proces kojarzenia faktów. Zamknąć połączenia nerwowe w moim mózgu. Czasem przeraża mnie myśl (o proszę, znowu!) o świadomej kreacji rzeczywistości. "Zostaliśmy uwarunkowani aby uwierzyć... że świat zewnętrzny jest bardziej rzeczywisty niż świat wewnętrzny. Nowy model nauki mówi coś zupełnie przeciwnego Mówi, że to, co się dzieje w nas kreuje to, co się dzieje na zewnątrz". Co jakis czas powtarzam seans "What the bleep do we know?"(dziękuję, M., za pokazanie mi tego zjawiska) zaspokajając swój głód. Czym tak naprawdę są myśli? W jaki sposób nasze uprzedzenia i stereotypy zakodowane w mózgu upośledzają nasze postrzeganie świata? Szukam odpowiedzi na te pytania... I myślę, wciąż myślę... bez ustanku...
*************

Stałam się dumną posiadaczką jednej bluzki (ale za to z klasą), dwóch par kolczyków i bransoletki z dzwoneczkami. Przeszło 90 zł przeminęło z wiatrem.

**************

Jutro chyba poszaleję. Miałam usiąść nad maszyną, ale Monika namówiła mnie jednak na imprezę. Żebyśmy m wpadły choć na chwilę... Może i słusznie, odpocznę sobie od tego wszystkiego.

**************

Dziś uświadomiłam sobie jak łatwo jest pozornie kogoś wyrzucić ze swojego życia. Wystarczy usunięcie z kontaktów na liście gg, usunięcie nr telefonu z komórki - ewentualnie wpis na listę ignorowanych. Żeby jeszcze tak łatwo było wymazać kogoś z pamięci. Tylko co zrobić z kimś kto wcale nie chce by o nim zapomniano?

wtorek, 11 września 2007

Pozwól mi zatonąć...

Dziś jest odpowiedni dzień na emocjonalny spacer wgłąb siebie...
Kolejna faza księżycowa... Tym razem jakoś niezauważona, bez zbędnych emocji. Bez złości, żalu, płaczu. Może to kwestia ostatnio podjętej decyzji, by znów spróbować - od początku... Obudziłam w sobie nową nadzieję i pod wpływem chwilowego kaprysu podjęłam postanowienie, że będę ją pielęgnować. Ot tak... Przecież nie zaszkodzi... Wizyta w klinice dopiero za miesiąc... Powtarzam sobie, że to ostatnia próba, że więcej nie zniosę... Śmieję się w duchu - wiem, że to kłamstwo, i tym razem nawet powtarzane 100 000 000 razy nie stanie się prawdą - zniosę i sto takich prób. Gasnąc z każdą z nich... I po co?! By w końcu mieć PEWNOŚĆ, że nic się nie zmieni... Wtedy zacznę mozolny proces odbudowy zburzonego świata i nauczę się żyć od nowa - w niebycie... Albo wręcz przeciwnie. W efekcie którejś próby poczuję jak serce wypełnia radość, w ciało wstępują nowe siły, a w głowie kołacze się szaleńcza myśl: UDAŁO SIĘ! I to, co do tej pory tak bolało przestanie istnieć i mieć znaczenie...
Dla tej właśnie chwili znów zagryzam wargi, chowam dumę i godność do kieszeni, i czekam jak pies pod progiem... Zaczynam odliczanie... Do dnia, w którym Los, jak Cezar, zdecyduje wedle kaprysu - każąc mi zabić bądź ocalić Nadzieję...
Wytrwam... Obiecałam sobie, że wytrwam...

*********


Krzysiek znów wyjeżdża. To Anglia, to Słowacja, to Lublin... a Luniaka nadal nie ma... Gdyby był mogłabym wytulić tę moją tęsknotę w jej miękkie i ciepłe futerko. Ale Luniak jest teraz matką pełną gębą z dwójką dzieci do wykarmienia. Ma ważniejsze sprawy na głowie niż tęsknociki swojej pani.

**********

Nie chcę pamiętać o tamtym 11 września... Poza kolejnymi urodzinami M., nie ma dla mnie w tym dniu nic miłego i ciekawego... Zamykam tę datę w okutej skrzyni. Razem z innymi, o których nie chcę pamiętać...
**********

Postanowiłam, że każdego dnia będę sobie mówiła co mi się we mnie podoba, co w sobie lubię. Każdego dnia wybiorę inną rzecz, inny aspekt, inną część mnie...
Zaczynam:
Lubię swoje oczy. Bo są zwierciadłem duszy, bo zmieniają kolor w zależności od mojego nastroju, bo widzą więcej niż bym chciała widzieć... bo widzę, że są smutne... to dlatego, że zimno na dworze... zmarzły...

*********

"Orgazm to nic innego jak zatapianie mózgu endorfinami..."
Pozwól mi zatonąć...

niedziela, 9 września 2007

Jakoś mi tak...

Jakoś mi tak tęskno...
Dom wydaje się jakiś pusty...
Moje emocjonalne zapotrzebowanie na przytulenie zwierzaka muszę chwilowo zaspokajać głaskaniem kota Agi. Bo Aga wyjechała. Teraz maszeruje gdzieś po tunezyjskiej ziemi. A kotem ktoś się musiał zająć... Nie żebym miała coś przeciwko, ja Tygryska lubię... i lubię go miziać za uszkiem... Ale jakoś mi tęskno za Luniakiem...

piątek, 7 września 2007

Nie patrz na to miła....

"Świat jest taki, a nie inny
i zapewne się nie zmieni -
ogłosili wczoraj słynni dwaj uczeni,
a w przypadku słynnych ludzi
każda myśl jest całkiem dobra,
więc ci goście otrzymali zaraz Nobla.
Mieli rację - jest jak było,
czyli całkiem nieciekawie,
w rowie leży pierwsza miłość po zabawie.
Jak się bawić - to się bawić.
Krzyż na szyi, w dłoni "seta",
i na niebie czasem zjawi się kometa.

Zamknij oczy, nie patrz na to moja miła,
pod powieką znacznie lepsze są obrazy,
i w tym nasza siła,
i w tym nasza siła,
że umiemy jeszcze czasem marzyć.

Jak się bawić - to się bawić,
a tu biedy coraz więcej,
i ważniejszy jest karabin - niźli serce.
Tutaj się zabawą żyje,
za to tępe rządzą głowy,
a czasami kretyn z kijem bejsbolowym.
Nie patrz miła na to wszystko,
człowiek musi się szanować,
niech nie schyla się za nisko twoja głowa.
Lecz na chwilę - moment jeden,
za to z góry ci dziękuję,
otwórz oczy tylko, kiedy mnie całujesz.

A na resztę zamknij oczy moja miła..."

Przychodzą dni, kiedy chce mi się tylko wyć... Ratuje mnie wtedy ta piosenka "Pod Budą". Właściwie Sikorowski ma odpowiednią, taką kojącą barwę głosu... Gdy nie pomaga pisanie i płacz, wtedy sięgam po ich płyty... Dziś słucham tego kawałka w kółko...

czwartek, 6 września 2007

Whatever happens...

Whatever happens - sometimes shit happens...

Prawda stara jak świat i zawsze aktualna. Po koszmarnym początku tygodnia i wczorajszym dołeczku zaczynam dochodzić do siebie. Dzięki za linkę i windę - cholernie się przydały XD i co najważniejsze: ZADZIAŁAŁY!

Wszystko strasznie pędzi - sama przestaję nadążać. Zmiany przewijają się przez moje obecne życie z prędkością nadświetlną - zanim zdążę zastanowić się nad skutkami jednych, już przed oczami mijają następne...

I to mnie dobija troszkę...

piątek, 31 sierpnia 2007

Dwa razy pod obojczyk...

"Palce wskazujące obu rąk dwa razy pod obojczyk. Potem dwa razy w kierunku rozmówcy. To takie proste. "Kocham Cię". Dwa razy pod obojczyk... "

"Słowami też można dotykać, nawet czulej niż dłońmi"


Dzisiejszego wieczoru odbyłam swój "spacer w przeszłość". Lampka wina, blask świec, chwila ciszy... mnóstwo przemyśleń... Przypomniałam sobie, że "jest taki moment, kiedy ból jest tak duży, że nie możesz oddychać. To jest taki sprytny mechanizm. Myślę, że przećwiczony wielokrotnie przez naturę. Du­sisz się, instynktownie ratujesz się i zapominasz na chwilę o bólu. Boisz się na­wrotu bezdechu i dzięki temu możesz przeżyć. " ... Że czasem "mam takie niesamowite myśli na myśli, że nawet moja podświadomość się rumieni"... Że " nalezy ulegać swoim pragnieniom wtedy, kiedy nadchodza, i nic nie odkładać na później "... Że "zeby przy kims zasnac, trzeba nie bac sie poranka i juz, wtedy przed zasnieciem cieszyc sie na nastepna noc"... i wiele innych...
Odbyłam spacer w S@motność... Mój egzemplarz leży teraz u M. i D. na półce, albo gdzieś na podłodze, a może na biurku.. a może myszy go zjadły ;))) Ale by odbyć ten spacer nie potrzebuję książki - te wszystkie słowa mam wyryte w sercu...
Rozum powiedziałby: Ty się, Serce nie wywyższaj...
Serce odcięłoby się: Ty Rozum i tak tego nie pojmiesz...
I toczyliby zaciętą dyskusję o życiu ;)

Do rozkoszowania się (tak, tak: rozkoszowania się) tym spacerem brakuje mi jedynie tak prozaicznej rzeczy jak kominek. Po pierwsze dlatego, ze jest mi zimno :) Po drugie, bo zawsze chciałam mieć kominek... Po trzecie, bo pasuje mi jakoś do tych moich spacerów w przeszłość...

Usiadłabym na miękkim chodniczku przed kominkiem, oparła plecami o fotel, wyciągnęła stópki w stronę ognia i powolutku sącząc czerwone wino uśmiechałabym sie na wspomnienie słów:
"(...) orgazm to nic innego jak zatapianie mózgu endorfinami."

Zamyśliłabym sie nad: "chociaz nie odważył się jej o to zapytac, byl pewien ze sie masturbuje. Była zbyt inteligentna, aby tego nie robić.
Tylko kobiety które sie masturbują dobrze wiedzą co je podnieca i umieja o to poprosić. Ponadto akt masturbacji jest jedynie dodatkiem do prawdziwego aktu, który ma miejsce w mózgu. Podbrzusze jest tylko sceną, na której sie to rozgrywa.
Był pewien że ona masturbuje sie, myśląc o nim. Tak, to była właśnie ta wyłączność: być w jej mózgu i w jej palcach - w takim momencie..."

I przeciągnełabym sie z uśmiechem przy: "Nigdy nie szukał erogennych miejsc na moim ciele. Założył, że kobieta jest erogennym miejscem jako całość, a z tej całości itak najbardziej erogenny jest mózg."

Właściwie ilekroć wracam do S@motności, tyle razy odkrywam w niej coś nowego. Kiedyś nie umiałam czytać jej nie rycząc jak bóbr - poruszała struny we mnie, o których wolałam zapomnieć. Ale czy warto zapominać? Przecież " przeżycia są najważniejsze. Tylko dla przeżyć warto żyć. I dla tego, by móc je komuś potem opowiedzieć." Każdego dnia życie dostarcza nam nowych, nie rozgranicza na te przyjemne i te naprawdę paskudne. Ale każde z nich coś w nie wnosi, coś z czego mozemy wyciągnąć wnioski, coś, dzięki czemu możemy lepiej zrozumieć siebie lub innych. Czy warto więc o nich zapominać?

Ten powrót do S@motności był spokojny - bez płaczu, bez zbędnego myślenia o osobie, od której książkę dostałam... Ten różnił się od innych powrotów - był... w pewnym stopniu oczyszczający... jak sen...

Może czas sprawdzić czy rzeczywiście "Sen, każdy sen, jest jak psychoza. Ze wszystkim, co do niej należy: pomieszaniem zmysłów, szaleństwem, absurdem. Taka krótkotrwała psychoza. Nieszkodliwa, wprowadzana za zgodą i kończona z własnej woli poprzez przebudzenie. Oczyszczająca." ?
Zasnę ze świadomością, że:

"Słowami też można dotykać, nawet czulej niż dłońmi"
a
"Palce wskazujące obu rąk dwa razy pod obojczyk. Potem dwa razy w kierunku rozmówcy. To takie proste... "