wtorek, 31 sierpnia 2010

Po prostu bądź...

Planu nadal brak, w głowie pustka, a serce niemal z piersi wyskoczy. Rozum obrażony postanowił nas wszystkich zbojkotować, ale niepomni tego popadamy w stan nirwany absolutnej słuchając Koprucha
Serce odstawia taniec czy jakkolwiek by to coś zwać. Głupia zdzira zachowuje się jakby była non stop pijana. Nie ogarniam jej. Zaczynam pojmować zachowanie Rozumu, który mamrocze pod nosem sensowne argumenty. Zadziwiająco ich dużo. Dzisiaj doszły kolejne. Słucham go sobie z butelką Acodinu na kaszel. Zapalenie gardła ze mną nie wygra. Popijam małymi łyczkami ziołowy syrop i wystawiam głowę na gromki głos Rozumu. Jego argumenty trudno zbyć i podważyć. Przemyślane, logiczne, rozsądne...

Kiwam głową ze zrozumieniem. Naprawdę trudno Rozumowi odmówić słuszności. Serce jak szalona pląsa wokół nas, kompletnie nie zwracając uwagi na logikę. Powtarza ciągle te same słowa...
Idiotka.
Kiwam z politowaniem głową, lecz ona wyzywa mnie od tchórzy. Ma rację.
Nie wiem co robić.


poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Wind of change...

I się porobiło...
Podjęłam decyzję i teraz się z niej nie wycofam. nie wiem czy dobrze robię, ale jeżeli nie podtrzymam jej to będzie kanał.

Wyprowadzam się.
Od połowy września zmieniam adres. Muszę stanąć na nogi i złapać równowagę.
Nie będzie łatwo, ale przecież nie będę sama.

Nie wiem co będzie. Moje życie się skomplikowało ostatnio dość gwałtownie. Zostałam zaskoczona pewnymi słowy. To znaczy część mnie jest szczęśliwa, pozostała zaś czuje się przerażona.
Pierwszy raz w życiu nie mam żadnego planu...

wtorek, 24 sierpnia 2010

Does the pain weigh the pride...?

One, 21 guns...
Może powinnam napisać: one, 21 shots...
Urżnęłam się z Sercem w przysłowiowe "trzy dupy"
Pierwszy raz w życiu.

Wiele głupstw narobiłam i wszystkie one przyszły do mnie dzisiaj, jak sobie Serce rozcinało arterie.

Ciężko biedaczce przyszło zaakceptowanie, że znaczy w sumie tak niewiele.. Rozum spieprzył gdzieś przy Serca 5 hauście. Serce wtedy zaczęło śpiewać. Pięknie wyśpiewało wszystkie bolączki, wszystko to co ją gryzło i bolało od kilku lat. A potem złapała za herbatnik i rozorała sobie arterie. Patrzyliśmy z Rozumem jak się wykrwawiała. On z przerastającym go przerażeniem, ja z dziwaczną fascynacją. Agonia bywa niezmiernie pouczająca.

Nie lubię gdy się mnie okłamuje, nie znoszę gdy się mnie ignoruje i nie cierpię gdy się nade mną lituje.

Łukasz wyłączył mi telefon. Zabrał i wyłączył. A potem Serce urżnięte na amen, słabym głosem od nadchodzącej nicości wyszeptało to, co boli mnie. Miałam ochotę ją zabić, ale nie kopie się leżącego, prawda? Chociaż nikt na to nie zwraca uwagi jeżeli chodzi o mnie. Tylko ja mam jakieś takie popierdolone obiekcje....

Za dużo myślenia, jak zwykle. Powodów mogło być tysiące ale ja musiałam wybrać oczywiście najczarniejszy scenariusz.

Esh...
W zeszłym tygodniu minął miesiąc od czasu, gdy pochowaliśmy dziadka. Nikt nie pamiętał... Dzisiaj to do mnie dotarło, że poza mną nikt nie był zapalić świeczki... Zatęskniłam za kochaną.
Ostatnie dni były próbą sił i nie wyszłam z nich najlepiej. Zbyt wiele wzięłam do siebie i na siebie. Część tego powinnam odpuścić, ale nie umiem. Cholerny altruizm! Pieprzona niewidzialna ręka! Dziadowskie motto: Lepiej cierpieć samemu niż na cierpienie innych patrzeć... Co ja Konrad jestem, który za miliony cierpiał?!

Kudłaty się na mnie wkurzył. Piłam, a ja nie piję bez powodu. True... Nie chciałam powiedzieć dlaczego piłam. W zasadzie nie piłabym gdybym tylko mogła z nim porozmawiać. Wtedy nie dałabym się wciągnąć w te porąbane rozterki Serca. On się na mnie wściekł za to, że nie chciałam mu powiedzieć. Przykro mu. Mnie też. Mnie też było przykro, bo czekałam na telefon. Był zajęty. Tak bywa.
A teraz poszedł... I też jest zajęty. Ok. Też bywa. Powinnam życzyć miłej gry, chyba. Przyzwyczajam się. Serce już mi się nie buntuje bo dogorywa pod stopą. Nadepnęłam na nie niechcący...

Dołożył swój gwoździk do trumienki. Im ich więcej tym lepiej. Będę miała pewność, że to co w niej zamknę nie wstanie, nie wyjdzie i nie wyrwie mi resztek godności w nocy gdy śpię. Albo gdy spać nie mogę.

Nie umiem podejmować decyzji ostatecznych od ręki. Muszę wiele przemyśleć i wiele rozważyć. Dzielę wtedy włos na czworo.
Czy ból przeważył głupią dumę? Nie. Chyba nadal jeszcze nie.....

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Jak dobrze byłoby....

Weekend był jednym z najcudowniejszych w moim życiu. Ogarnięta muzyką nie słyszałam własnego głosu łączącego się z tysiącami innych w równym śpiewie. Emocje, łzy, śmiech... A problemy i wątpliwości gdzieś za mgłą rzeczywistości, daleko ode mnie. Niestety to co dobre zwykło się kończyć dość szybko, także i CLMF dobiegł końca. Trzeba było wrócić do szarego świata.

A powrót okazał się boleśniejszy niż się spodziewałam.

Burczenie na dzień dobry nikomu nie poprawia nastroju i potrafi zepsuć nawet ten najlepszy. Po jeździe w ścisku w pociągu człek chciałby chociaż usłyszeć: "Dobrze, że wróciłaś" albo chociaż "Miło, że już jesteś" A tu nic. Tylko burczenie, warczenie i półsłówka. Poczułam się po pierwsze jakby zeszło ze mnie powietrze, wyparowała cała pozytywna energia, którą skumulowałam w sobie od piątku, po drugie jakby mi ktoś cisnął na piersi 10 tonowy ciężar. Z trudem oddycham.

Nie lubię kłamstwa ale jestem mistrzynią w okłamywaniu samej siebie. Tylko na dłuższą metę to nie wychodzi.

Usłyszałam, że jestem przewrażliwiona, uprzedzona i znów sobie różne rzeczy wymyślam. Ciekawe czy tak jak ostatnio, gdy po niezbyt długim czasie okazało się, że jednak miałam rację... Ale nie czepiajmy się szczegółów. W końcu jako jednostka przewrażliwiona, z pewnością sieję defetyzm i w tym względzie.

Jestem dzisiaj rozdrażniona. Skumulowało się kilka powodów. Wczorajszy wieczór (niech to szlag weźmie), dzisiejszy ranek (szlag niech weźmie ponownie), stres związany z czwartkiem (nie tylko dotyczący tego co usłyszę, ale tego co powiem, jak się do wszystkiego odniosę, co zrobię później - nie lubię czekać), moje własne przemyślenia (pierdolony altruizm i jedynie szczątkowy egoizm.. Czy ja zawsze muszę się przejmować tym jak coś wpłynie na innych? Przecież oni mają to głęboko w d...!)

Przytłacza mnie nadmiar myśli i uczuć. Powinnam znaleźć sobie coś, na czym mogłabym je spożytkować. Najlepszy byłby taniec, ale obowiązki wrzeszczą mi nad głową. Co by to było gdybym zamiast uczyć się do egzaminów albo sprzątać graciarnię, poszła potańczyć? Tragedia i trzecia wojna światowa.

Jak dobrze byłoby wyjechać.
Zacząć od nowa.
Wszystko...

środa, 18 sierpnia 2010

Mrrrrrrau?

Wczorajszy dzień zakończył się niezmiernie miło, mimo drobnego zawirowania, po którym warczałam: Zamorduje...
Spotkanie z Agunią i Łukaszem wyleczyło wszelkie przykrości. Miło jest posłuchać komplementów, nawet jeżeli w głębi duszy trudno w nie uwierzyć. Jednak fakt pozostaje faktem... :D I tego się trzymajmy!

Dzisiaj mam ochotę poocierać się o czyjeś nogi jak kotka dopominająca się pieszczot, a gdy już je dostanie, odchodzi niepomna, że ktoś może zatęsknić za ciepłem i miękkością jej futerka pod palcami.
Mam ochotę przejechać pazurkami po czyimś udzie, delikatnie zaczepiając nimi o materiał spodni, tylko po to by poczuć ustępującą pod tym dotykiem materię.
Mam ochotę otrzeć się o czyjś bok i przeciągnąć powoli całą powierzchnią siebie o jego skórę.
Mam ochotę położyć łapkę na czyimś kolanie i ugniatać ciało delikatną poduszką.
Mam ochotę połaskotać nosem czyjś brzuch tylko po to by zobaczyć jak mięśnie drgają pod skórą.
Mam ochotę otrzeć się pyszczkiem o czyjś policzek, mrucząc przy tym lekko ochryple i leniwie...
Mam ochotę odejść i zwinąć się w kłębek na oparciu fotela, wygrzewać się w plamie słońca.
Mam ochotę fuknąć na kogoś z wyrzutem.
Mam ochotę wśliznąć się komuś do łóżka i ułożyć na poduszce zaraz obok głowy.
Mam ochotę na....


- Mrrau.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Ruda! Wredna! Roztrzepana! Kotka?!

Kolejna noc z małą ilością snu, ale warto było. Burza jest piękna!

Kolejna noc z miliardem myśli, ale warto było. Mózg jest piękny!

Kolejna noc z samą sobą, ale warto było. Ja jestem piękna!

Piękny umysł i piękne serce...
Ciało? A pal je licho!
Piękna, miękka, gładka skóra stworzona do głaskania.
Piękne, kształtne i słodkie usta stworzone do całowania.
Piękne, jędrne piersi o wyraźnych sutkach stworzone do pieszczot.
Piękne, niesforne włosy.... obecnie w kolorze rudym.

Potrzebowałam zmiany.
Radykalnej.
Mocnej.
Intuicyjnej...

Jak zwykle w takich sytuacjach zaczynam od najłatwiejszego - zmiany koloru włosów.
Wróciłam do rudej sprzed lat.
Tej, która mruczała na antenie prowadząc dysputy o relacjach damsko-męskich w nocnych audycjach.
Tej, która czytała erotyki.
Tej, która emanowała sobą.

Czasem potrzeba tak niewiele, małego impulsu, który uświadamia, że jesteś gotowy do przemiany, człowieczku...

Jak ta burza wczorajsza.

Burza elektryzuje, emanuje energią i niebezpiecznym pięknem.
Potrafię być jak burza.
Potrafię być jak wiatr.
Wiedźma.
Kotka.
Ja.

Sama dla siebie.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Kiedy czekolada nie wystarcza...

Przychodzi moment gdy czekolada i tequila nie wystarczają, kiedy podświadomie sięgam po masochizm emocjonalny, a potem wbijam sobie paznokcie we wnętrze dłoni, bo ból fizyczny jest łatwiejszy do opanowania niż ból psychiczny.

Dzisiaj od rana jadę na muzyce Rob'a Dougan'a i masochistycznie tłumionej potrzebie ucieczki w góry Alpy. Albo środek lasu. Właściwie kierunek dowolny, byle daleko.

Czuję się zmęczona i zagubiona. Zupełnie jak ślepiec pozostawiony w miejscu, którego nie zna, w którym nie szepczą do niego żadne kąty. Bez psa przewodnika i białej laski.
Nie wiem sama co mam robić, jedno jest pewne, dalej być tak nie moze. A dlaczego? Bo zwariuję.
Tracę po kolei moje zapasowe wentyle bezpieczeństwa i jestem już bliska wybuchu. Brak snu też nie pomaga...

Moje zawody ze snem w ciągu ostatniego tygodnia wyglądają następująco:
Sen: 0 Ja: 4
Prowadzę!

czwartek, 12 sierpnia 2010

Życie nigdy nie bywa proste...

Życie nie jest proste ani łatwe. I takież same są wybory czy próba wykazania się konsekwencją. Nikt nie obiecywał, że będzie miło, lekko i przyjemnie. Na każdym kroku muszę się upominać i powtarzać sobie to, co dyktuje Rozum: "Podjęłaś decyzję to tego się trzymaj." Serce się obraziło i milczy uparcie odwracając się do mnie tyłem.

Jest ciężko. Nie myślałam, że będzie aż tak...

Tęsknię.

Życie ma makabryczne poczucie humoru i zupełnie nieodpowiednie. Po prostu jestem na nie!
Jak mam zapomnieć w tempie ekspresowym o czymś co wrosło we mnie zupełnie niezauważalnie i rozkwitło nagle? A korzenie zapuściło głęboko...

Życie mnie nie rozpieszcza.

Tęsknię...
Chociaż to jednostronne i bez sensu...

piątek, 6 sierpnia 2010

Dając całego siebie, nie zapomnij zdjąć buty...

Powrót z Hiszpanii był jak zderzenie z rozpędzonym pociągiem. Nagle wszystko od czego odpoczywałam i uciekałam walnęło mnie jednocześnie, następnego dnia po przylocie. Niektóre z tych meteorów niosły za sobą coś miłego w efekcie.

Tydzień na Teneryfie był obłędny. Dużo zobaczyłam, chodziłam w chmurach (literally!), zanurzyłam stopy w piasku z Sahary (ha!)... i miałam mnóstwo czasu na przemyślenia. Do niektórych spraw się zdystansowałam (skutecznie!), inne przemieliłam umysłem na drobne kawałki i porządkuję je sobie powoli jako ze nie wymagają reakcji natychmiastowej. Jedyne czego mi brakowało tam, to byli moi przyjaciele. Patrząc w dół z wulkanu, na iście księżycowy krajobraz myślałam, że spodobałoby się to Aguni. Siedząc na redzie i zerkając na ostre krawędzie Gigantów żałowałam, że Kudłatego nie ma ze mną. Byłby zachwycony. Spacerując brzegiem oceanu po gorącym pustynnym piasku wspominałam Lwiczkę. W Masce, spoglądając na wąwóz przemknęła mi przez myśl Ponura z aparatem.... Takich momentów było wiele.

Wróciłam.

I następnego dnia pełna stresu wsiadłam w autobus via wioseczka Kudłatego z przystankiem u Lwiczki. Z uśmiechem myślałam o weekendzie dwa tygodnie później bo w końcu pojechałabym do Ponurej. Obecnie troszkę się pozmieniało, ale przecież nie będę się cięła tostem z tego powodu...

Pobyt u Lwiczki był cholernie przyjemny i wesoły. Stęskniłam się za babą jak diabli :D:D:D:D Ale i tak stres mnie nie opuszczał. Miałam poznać rodzinę Kudłatego... a pamiętając jazdy z rodzinką Lwiczki, byłam bliska obgryzienia sobie palców... Całą drogę Kudłaty żartował sobie ze mnie i straszył... Niepotrzebnie. Bogusia, pełna humoru kobieta jest człekiem do rany przyłóż. Kudłaty nieco mnie podczas pobytu olał, ale dzięki jego mamie i kilku ekspresowych rozmowach z braćmi nie oszalałam. Nie to, żeby było nudno, ale po prostu nieswojo się czułam zostawiona sama sobie w obcym miejscu. Jednak ze wszystkiego idzie nauka, teraz już wiem, ze następnym razem nie będę się litować. Ściągnę lenia z wyra i każę się dopieszczać mentalnie i estetycznie ;-D jakimś spacerem albo czymś podobnym. W każdym razie przyjechałam do domu bogatsza o kilka pięknych widoków, ogromną sympatię dla rodziny Kudłatego i kilka tajemnic kulinarnych Bogusi.
I mając Kudłatego za towarzysza.

Kolejne dni minęły jak z bicza strzelił. Za szybko. I zbyt nerwowo. Kudłaty się alienował, ale powiedzmy, że tłumaczyłam to sobie jego środowym spotkaniem. Trzymałam nerwy w wodzach, żeby nie wybuchnąć. Dość skomentować, że płaczliwy poranek był na porządku dziennym. Byłam wściekłą i rozżalona ale za bardzo idiotę kocham, żeby mu nie wybaczyć ;-) Bo jakże nie kochać Przyjaciela?
Chciałam mu pokazać wszystkie moje ulubione miejsca w Warszawie. Ja wiem, że tego się nie da zrobić za jednym razem - jest ich zbyt wiele. Nie wiem sama, bałam się, ze nie będzie miał czasu gdy przyjedzie następnym razem na włóczenie się ze mną... Głupie, ale to wszystko przez ten niepokój, który do mnie przylgnął.
Wtorek zepsuła mi P... Nie znam jej ale trudno byłoby mi ją polubić. Dlaczego? Po prostu jak widzę co wyprawia i jak mi to na Połówkę Duszy wpływa, to mi się nóż w kieszeni otwiera i zwierzę we mnie wyje. Ech... Jak można się tak bawić ludźmi? Tak manipulować? Tak mało dbać o uczucia kogoś kogo rzekomo się kocha? Właściwie popsuła nastrój i chęci. Moja Intuicja była bezlitosna widząc w tym wszystkim celowe działanie.. Cóż... Sprzeczać się nie zamierzam, bo przecież to jedynie poszlaki i domysły mojego Rozumku. Serce już dawno wydało wyrok. Ale nie należy się uprzedzać, prawda? W końcu ja się również mylę, jestem jedynie człowiekiem.
Środa była dziwna, najlepiej ją wyciąć i potraktować oddzielnie, zamknąwszy za kratkami, w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Jedyny komentarz, jaki mi się nasuwa jest następujący:
Dając całego siebie, nie zapomnij zdjąć buty... inaczej Ci nimi niemal na śmierć, boleśnie dokopią.
Tyle na ten temat.
Czwartek mimo lekko wisielczego nastroju upłynął przyjemnie, mam nadzieję, że obu stronom. Nie chciałam być nachalna i się naprzykrzać więc starałam się trzymać język w karbach by nie wyskoczyć z jakąś nieprzemyślaną głupotą. Chyba się udało, bo wyjeżdżając wydawał się zadowolony z pobytu w ostatecznym rozrachunku. A to mnie cieszy. Ciężko mi patrzeć jak się smuci, Serce mi się wówczas buntuje i drze na mnie aortę.

Najbardziej pamiętna chwila? Patrzenie w ciszy na obraz Leonarda da Vinci. Piękny, cudownie skontrastowany, wspaniale nieidealny ze swoimi pociągnięciami pędzla i pęknięciami widocznymi na powierzchni. Doskonały!

Żałuję, że był tak krótko...
Następnym razem zabiorę go na piknik w Łazienkach. W końcu zapowiedział, że przyjedzie ;-)
Oczywiście mam na myśli Kudłatego, a nie obraz. Da Vinci'ego mogę oglądać do września. ;-)

czwartek, 15 lipca 2010

Rachunek sumienia..

Ostatni raz spowiadałam się z Rozumu, gdy Serce mi stanęła po raz pierwszy. Kochana zabrała moje słowa ze sobą, uniosła aż do nieba.
Od wczoraj rozliczam Rozum z poczynań, Serce z uczuć i nijak nie mogę do ładu dojść z tym swoistym rachunkiem sumienia.
Pan Rzeczywistość się wypiął i zerka nieprzyjaźnie z balii pełnej chłodnej wody. Panna Melancholia poddała się po kilku pierwszych wyznaniach. Panna Rozpacz z rozpaczliwym krzykiem uciekła gdzieś za Tatry. Nie rozumieją. A we mnie pełno jest żałości. Haruki Murakami pisał "jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy". I na moim Sercu osiadł właśnie taki. A Serce mi marznie, kurczy się od chłodu tego smutku. Słyszę jak błaga i woła o zrozumienie, ale nie ma pomocy, nie ma rady... Rozum markotny drapie się po neuronach i kręci szarymi komórkami. Nie umie nic wymyślić. Radzi Sercu, żeby była silna.
Pffff....
Silniejsza osobowość - silniejsze cierpienie, straszniejsze upadki, większa amplituda przeżyć. Być silnym - to boli. - bezgłośnie powtarzam za Kamieńską. A jednak sama uparcie wpieram sobie i Sercu, że obie musimy być silne. Tylko po co?
Z tego parszywego rachunku sumienia wychodzi, że powinnam się rozpaść już tydzień temu a Serce powinna przestać bić przed dwoma miesiącami. Rozum wychodzi jako jedyny obronną ręką. Jego niedawna utrata świadomości jest niczym. Patrzymy obie z Sercem na świstek papieru, na którym kaligrafowałam wszelkie przewiny i zerkamy na siebie. Mamy to samo zdanie.
Spopielam papierzysko jednym gestem i obejmuję Serce za aortę, Rozum protestuje ale straszę go, że jego też spopielę. Obrażony odchodzi dwa kroki i siada tyłem do nas. A Serce i ja marzniemy teraz razem w tym smutku co jak śnieg opadł. Po tej spisanej na pergaminie spowiedzi, jakby się go więcej zrobiło.
Niech szlag trafi Rachunki Sumienia!

środa, 14 lipca 2010

Zamknięte koło...

Wróciłam do siebie sprzed Pana X.
Tyle, ze już nie mam tak niezłomnych zasad, ale nie o ten aspekt mnie samej mi idzie.
Wróciłam do samej siebie w skórze dobrego kumpla. I tyle.
Nie ziębi mnie to ani grzeje. Schowałam się za ścianę koleżeńskości i nie chcę wyjść. Pewnie schowałabym również do szafy sukienki, ale jakoś je polubiłam.
Przestałam patrzeć na siebie z głupią nadzieją, że z dnia na dzień coś się zmienia.
Prawdę mówiąc, przestało mnie to obchodzić i przestało mi zależeć.
Mam dość walki z wiatrakami i samą sobą. Historia i tak pokazała, że to bez sensu, więc po co tracić energię na coś czego zmienić się nie da? Lepiej przeznaczyć ją na coś innego, nieprawdaż?

Czuje się jak w klatce, ograniczona samą sobą.
Zamknięte koło własnego Ja.

wtorek, 13 lipca 2010

Ktoś....

Czas gna nieubłaganie a ja duszę się ilością spraw do załatwienia. I nerwami...
Póki co staram się trzymać, ale znam siebie i wiem, że niedługo tama opanowania puści i się posypię. I że stanie się to w najmniej odpowiednim momencie, to znaczy wówczas, gdy nie będzie nikogo kto mógłby pomóc mi się pozbierać. Wiecznie obowiązujące Prawo Murphy'ego...

Wychodzę z domu, bo muszę. Najchętniej zaszyłabym się w czterech ścianach i wcisnęła pod łóżko. Z dnia na dzień ta potrzeba staje się coraz silniejsza.

Rozmawiam z ludźmi, bo muszę. Błogosławię te chwile ciszy, które są mi dane. Ludzie mnie drażnią. Nie lubię litości, a niektórzy zachowują się jakbym nagle stała się nieporadnym pięcioletnim dzieckiem, któremu muszą wytłumaczyć, że wszyscy ludzie kiedyś umrą. Największą agresję wzbudzają we mnie słowa: "Jak się nad tym zastanowić, to przynajmniej nie cierpiał długo. Dobrze, że odszedł szybko.." Czy oni myślą, że ja tego nie wiem? Wiem, do cholery!
Drażnią mnie zdawkowe poklepywania po plecach. Obecny czas spędziłabym najchętniej w obecności najbliższych przyjaciół, którzy nie wymagaliby ode mnie rozmowy o pogodzie, którzy zrozumieliby, że czasem po prostu nie chcę rozmawiać. Wolę milczeć.
Potrzebuję tego by ktoś mnie przytulił bez słów. Nie chcę słyszeć tego, że będzie dobrze, że dziadek nie cierpi, że dam sobie radę. Wiem to wszystko.
Potrzebuję ramion, które chociaż na chwilę odgrodzą mnie od tych wszystkich ludzi. Potrzebuję cichego, spokojnego oddechu, z którym będę mogła zrównać własny. Potrzebuję ciepła, które przekona mnie, że nie jestem sama. Potrzebuję kogoś przy kim będę mogła na chwilę opuścić gardę i pozwolić sobie na chwilę kruchości. Kogoś, kto nie sprawi, że poczuję się zagrożona...
Bez słowa.
Tyle wystarczy.

Tymczasem znów, z maską opanowania robię krok za próg...

sobota, 10 lipca 2010

...

Zdążyłam się pożegnać...

piątek, 9 lipca 2010

Przeraża mnie cisza...

Bezsilność...
To czuję przez ostatni tydzień.
Wiem, miało być optymistycznie, ale mój własny optymizm jakoś mi przez gardło nie przechodzi ostatnio...
Dzielę swój czas pomiędzy pracę, dom i szpital. Wychodzę rano do szpitala, potem gnam do pracy, wracam do szpitala, dom traktuje bardziej jak hotel, w którym padam na łóżko błagając o sen... I śpię... Snem bez snów, bez koszmarów, takim jak czarna otchłań nie dająca wytchnienia... Budzę się bardziej zmęczona niż przed tym bezdennym snem.
W nocy jest cicho...
Zupełnie jakby otoczyła mnie jakaś bariera odgradzająca mnie od zwyczajowych odgłosów: chrapania, szumu samochodów, bzyczenia komarów.
Po prostu cisza...
Taka martwa...

Dzisiaj rozmawiałam z lekarzem. Rokowania? Spojrzał na mnie dziwnie..
"Cud... Wszystko w rękach Boga"
Znam go na tyle długo i dobrze by wiedzieć co oznaczają takie słowa w jego ustach.
Tyle co: "Kwestia godzin,... przygotujcie się..."

Nie jestem gotowa by go pożegnać. Do cholery, nie jestem!

Wczoraj ledwie oddychał. Nienawidzę siebie za to, co czułam siedząc przy jego łóżku. Trajkotanie ciotek za plecami.. Miałam ochotę je pozabijać. Pieprzenie o wakacjach Andrzejka, o wypadzie w góry, o tym, ze Aśka zabierze babcię do siebie... O pogodzie, cudownych znachorach i pustej gadce, co dla dziadka jest teraz najlepsze...
Nie mam siły...
Czuję się jakby rdzawa mgła zachodziła mi oczy gdy patrzę na niego i słyszę takie rzeczy.
Nakryły go po uszy... W tej sali duszno i gorąco, bo pozamykały okna, on spocony.
Mówię, ze gorąco mu, żeby dały mu spokój, żeby go tak nie nakrywały bo to gorzej, ale co ja wiem, prawda? Nie słyszą. Robią swoje. Wiedzą lepiej, bo są starsze ode mnie. Dziadek nie ma już nawet siły by się odkryć.
Chce mi się wyć. Okropny, straszliwy, rozpaczliwy ryk kłębi mi się w trzewiach gotowy do wyrwania się na wolność. Nie mogę go wypuścić. Nie mogę bo rozniósłby ich, porwał na strzępy.
Patrzę na dziadka i widzę Kochaną sprzed lat. Nie mogę płakać.
Nie na sali. Nie przy nich... Przede wszystkim nie przy nim... Może otworzyć oczy w każdej chwili a ja nie chcę by widział moje łzy. Chcę by pamiętał uśmiech.
Paradoks....
Przecież to ja będę pamiętać. Jego już nie będzie. Odejdzie...

Leży nieprzytomny. Nie ma odruchu połykania. Ona mu wlewa wodę łyżeczką przez otwarte usta, wprost do gardła. On się krztusi. Ona nadal wlewa mu tą pieprzoną wodę. Zupełnie nie reaguje na to, że on się krztusi...
Mam ochotę wyć. Nie płakać. To raczej skowyt.
Mam ochotę wyrzucić ją z sali.
Nie mogę. To przecież moja babcia... Kocha go, prawda?

Nie wierzę w cuda. Już dawno przestałam. Od odejścia Kochanej... Tymczasem okazuje się, że odrobina tej wiary by się przydała. Nie umiem jej w sobie znaleźć.
Pomożesz mi?

środa, 23 czerwca 2010

Księżycowe dni...

Nadeszły...
cichcem...
jak zwykle...

Panna Melancholia zmyła się niepyszna, wszyscy moi towarzysze pochowali się taktycznie, a Pan Rzeczywistość od czasu do czasu troskliwie przynosi mi do łóżka kubek herbaty ziołowej.

Lubię być rozpieszczana w Księżycowe Dni... to sprawia, że przestaję czuć się jak kilkutonowa słonica z obrzękiem mózgu i wielkim węzłem zamiast mięśni brzucha. I kilkoma luźnymi klepkami.
Pan Rzeczywistość mocno się stara mimo dziwnych zapędów Krisa by zniweczyć jego działania.
Mój szanowny małżonek genialnie rozpoznając ciężki dla mnie czas (hmmm.... czy ja mu sama przypadkiem o tym nie wspomniałam przypadkiem?), znalazł sobie dziewczynkę do krzyczenia i wylał na mnie wszystkie (nieuzasadnione!) żale, począwszy od pogiętego widelca (O__o)
Z początku patrzyłam na niego jak na kosmitę, ale nerwy nadwerężone upierdliwym i nieprzemijająco bolesnym dyskomfortem puściły. Nie znoszę wybuchać w takich momentach, bo trudno mi się zatrzymać. To z kolei wywołuje ciąg niezbyt przyjemnych zdarzeń zapoczątkowanych gwałtowną wymianą zdań. Zazwyczaj wychodzę wyrzucić śmieci po to by zatrzasnąć za sobą drzwi zsypu i osunąć się po ścianie. Tam przynajmniej nikt nie widzi łez jak grochy... Jak już się wypłaczę jestem gotowa wrócić i stawić czoła choćby rozjuszonemu nosorożcowi... Przynajmniej taka jest teoria. W praktyce różnie bywa. Najczęściej mam ochotę zbić całą zastawę, ale skubana jest z nietłukącego się szkła. Nie na moją siłę. A tej biało-czarnej mi szkoda... polubiłam ją...
Jak już się Pan Mąż wykrzyczał zapytałam o co chodzi naprawdę. Odpowiedź wybiła mnie całkowicie z orbity... Zazdrość....
Jeżeli wszyscy zazdrośni mężczyźni postępują w ten sposób... Boże, chroń kobiety!
Ja również jestem zazdrosna, ale nie wydzieram się z tego powodu na obiekt mojej zazdrości. Raczej cierpię w milczeniu planując zimną zemstę... Jestem wredna. Ot co.

Udało mi się usnąć.
Hurra!
Obudzono mnie...
mój brzuch znów spiął się w nierozerwalny gniot mięśni...

Nocna rozmowa...
Kudłaty...
Po głosie było od razu znać, że coś jest nie w porządku. Na szczęście nie pokłócił się z P. To dobra wiadomość, chociaż ta dziewczyna mnie odrzuca. Nie znam jej i nie zwykłam oceniać ludzi, których nie znam,a le w jej wypadku... Nęka mnie jedno z tych moich głupich przeczuc, które lubią się sprawdzać. Pierwszy raz mam nadzieję, że się mylę (chociaż nienawidzę się mylić!) Jedyne co mi przychodzi na myśl kiedy słucham o tym ich dziwacznym związku to "toksyczna miłość". Taka w najgorszym wydaniu. Nie wtrącam się, nie komentuję, wnioski i uwagi zachowuję dla siebie, ale to mój najlepszy przyjaciel i chciałabym widzieć w jego oczach radość a nie wieczną melancholię. To coś co mnie dobija czasem.. Kudłaty nawet jak się śmieje, ma smutne oczy... To mnie boli. Czasem boli tak bardzo, że mam ochotę wyć, ale nie mówię nic. Po prostu jestem i nadal jak Syzyf próbuję poprawić mu nastrój. Wiem, dziwna jestem. I za cholerę nie zamierzam się poddać. Może walka z wiatrakami to moje przeznaczenie?

wtorek, 22 czerwca 2010

Truskawki w czekoladzie i są powody do mruczenia....

Dzień upłynął mi pod znakiem wszechobecnego lenia. Z pracy urwałam się niemal godzinę wcześniej i pognałam do Raga z 1,5 kg truskawek na wieczór.
Mieliśmy zagrać w Płatki ale Drid wolał rozegrać wszystko z Never w cztery oczy. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że już to zrobili wcześniej, ale nic to...
Wieczór zdecydowanie należy do bardzo udanych i marzy mi się powtórka.
Spłakałam się ze śmiechu, bolała mnie szczęka i brzuch ale dawno nie miałam tak cudownego nastroju. Cieszy mnie to, bo ostatnimi czasu mój humor wydawał się wyciekać przez dziury, które tworzył Pan Rzeczywistość. Właściwie to działo się odkąd Kudłaty przyznał się do założeń, które poczynił na początku naszej znajomości. Przez nie poczułam się potraktowana nieco przedmiotowo i zrobiło mi się jakoś niesmacznie. To zrewidowało moje spojrzenie na nasze dotychczasowe relacje i obraz ten, w tym nowym świetle, nie wyglądał zbyt uroczo. To zabolało, sprawiło przykrość i lekko zachwiało moje zaufanie w to co robił i mówił. Właściwie... zasiało wątpliwości i wzbudziło chęć schowania się w sobie. Na szczęście udało się to powstrzymać (dziękuję Wredny Typie za mentalnego kopniaka:P). A jak wszem i wobec wiadomo najlepiej endorfiny uwalnia czekolada... hmmm....

Nakarmiłam się truskawkami w czekoladzie... MRRRRRRRRRRRRRRRR MRRRRRRRRRRRRRRRR MMMMMMRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRR
MRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRR MMMRRRRRRRRRRRRRRRRRRR

*spogląda wielkimi oczkami jak kotuś ze Shreka w stronę Raga i szepcze* Rób je częściej...

Pal licho, że to podobno afrodyzjak. W dni takie jak ten lubię się rozpieszczać, a ten deser nadawał się do tego wręcz idealnie. :-P

Byliśmy już w całkiem zabawnych nastrojach gdy dołączył do nas Kristof. Zupełnie nie wiem czemu uważa, że towarzystwo się przy nim spina. Przewrażliwiony jest. :-) W każdym razie wydawał sie bawić równie dobrze, zaś przy "sandałach z masłeeeeem" poległ jak my wszyscy.
Dlaczego?
Cóż....
Oto powód.
I wszystko jasne :D

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Koktajl owocowy, Arkham Horror i zasypianie podczas mówienia (?)

Spałam zbyt krótko.... Czy można spaniem nazwać dwugodzinną drzemkę o 6 nad ranem?
Ogarnęłam mieszkanie po tajfunie jaki przeszedł w dniu wczorajszym. Czy przygotowania do wyjścia na ślub muszą nosić znamiona klęski żywiołowej?
Szybka wizyta w sklepie mająca na celu uzupełnienie zapasów zakończyła się przytachaniem do domu dwóch wielkich toreb. Myślałam, że ręce mi odpadną, ale przecież liczył się efekt a nie droga do celu. W planach obiad na 5 osób, wraz z deserem...
Rag zjawił się w odpowiednim momencie by pociachać mięso, Zuza pomagała mielić... Oboje marudzili, że mogłam powiedzieć to kupiliby mielone i byłby spokój. W głębi duszy przeklinałam siebie za to, że nie kupiłam mielonego od razu, ale wyglądało tak obrzydliwie, że... brrrrr...
W każdym razie udało się. Drid i Kris zjawili się niemal w tym samym momencie.
Obiad wyszedł pyszny dzięki przyprawowym siłom sprzymierzonym.
Po nieco zbyt długim czasie zaczęliśmy grać w Descenta. Zuza nas opuściła, więc poprowadziłam jej postać. Dlugo to nie trwało... Krzyś rozgromił nas na amen. Podjęliśmy długą próbę i niemal, niemal nam się udało... ale niestety wredny Pan Podziemi (kopnę Cię za to!) spuścił nam łomot...
Gra była przyjemna, komentarze i żarty przy niej jeszcze lepsze :-))))
Kristof zniknął spać a nasza trójka porwała się na Arkham Horror. Nieprzespana poprzednia noc dała mi się we znaki, bo zaczęłam przysypiać.
Skończyliśmy grę wygrywając co podniosło nas na duchu. A potem zaczęłiśmy rozmawiać i śmialiśmy się tak do 5 nad ranem... Pożegnałam chłopców i padłam na łóżko jak nieżywa... na całe dwie godziny :P I tak warto żyć :D

niedziela, 20 czerwca 2010

Ulice są przeciwko mnie!

Sobota minęła pod znakiem: Nie-podchodź-do-mnie-bo-gryzę-a-jak-ugryzę-to-będziesz-cierpieć. Przynajmniej do popołudnia.
Rano zaspałam.
Biegusiem pognałam do fryzjera.
Czesanie.
Założyłam okulary, zerknęłam na zegarek i ponownie spojrzałam w lustro skrupulatnie ukrywając przerażenie.
Wróciłam do domu.
Wsadziłam głowę pod kran.
Uczesałam się sama.... Dziękuję...
Wieczorowy makijaż na mamie
Manicure, pedicure... mamy...
A ja? Jak zwykle w lesie.
Błyskawicznie nakręcone na wałki włosy i pośpiesznie robiony make-up.
Szybka jazda na Ursynów.
Makijaż panny młodej (hmmm.... )
Powrót w korkach...
45 minut na dokończenie robienia się na bóstwo i wyjście.
Szaleńcza jazda na Ursynów..
Dotarliśmy...
Odetchnęłam...
OD tej chwili moje życie nabrało barw. Kieliszek wina, pyszne jedzenie, przyjemna muzyka, świetne towarzystwo... Przyjęcie weselne wypełnione śmiechem i zero kłopotów. Uśmiech nie schodził mi z ust, aż mnie szczęka rozbolała. Wróciłam późno, z przyjemnym szumem w głowie i doskonałym humorem. Palcami musnęłam płatki róż z bukietu, który ofiarował mi Kris. Pachniały domem...
Tak samo i łóżko...
I on....

piątek, 18 czerwca 2010

Jak można kochać kogoś takiego jak ja?

Kochać, znaczy tworzyć, rzeźbić miłość w barwach jutrzenki.
Kochać, znaczy być, chcieć być tylko po to, aby być z nim.
Kochać, znaczy miłować, miłować nad wszystko
co skończone i nieskończone.
Kochać, znaczy po prostu kochać...


Ostatnio przyjaciel zapytał mnie jak można czuć coś więcej do kogoś takiego jak on. Następnie wymienił mnóstwo negatywnych epitetów...
Nie wiem czego oczekiwał. Że zaprzeczę, powiem iż wcale taki nie jest?
Ależ jest...
Co prawda dla innych, nie dla mnie... ale jest... Na takiego się kreuje, taką im pokazuje twarz...
A za tym murem złośliwości, niedojrzałości, nieufności i zamknięcia czai się wrażliwy, czuły i przyjacielski facet, który przejmuje się ludźmi. I cóż z tego skoro postanawia w kółko udowodnić wszystkim jakim to dupkiem jest? I niestety większość ludzi z jego otoczenia nabiera się na wizerunek zimnego drania jakim ich karmi.
Można go kochać, nawet bardzo prosto... tyle że trzeba się wykazać niespożytymi pokładami cierpliwości i bardzo twardym siedzeniem ;)

******

Miłość jest piękna, uskrzydla... lecz bywa strasznie trudna. Nikt oczywiście nigdy nie twierdził, że to uczucie jest jasne, łatwe i zawsze nieskalane cieniem.
Czasem gdy tracę cierpliwość miałabym ochotę trzasnąć ją płazem miecza i wysłać do wszystkich diabłów. Czasem to robię. Jednak ona nigdy nie słucha. Jest jak kot, który chodzi własnymi ścieżkami....
A bez niej robi się tak... szaro, pusto, nijak...

*******

A jak można kochać mnie? Mnie, jaką jestem w środku i naprawdę a nie tą, którą pokazuję na zewnątrz.
Ludzie mają mnie często za ciepłe kluchy i kogoś kto jest naiwny, miły i nikomu nie wadzi. Tymczasem niewiele osób wie jak silna być potrafię i jak bardzo to może przeszkadzać. Jestem uparta i złośliwa, nie zawsze konsekwentna, obdarzona czarnym humorem i zbyt dobrą pamięcią. Bywam mściwa, nieufna i zamknięta w sobie. Sprawiam wrażenie otwartej ale czy to nie pozory? To fakt, umiem się dogadywać z ludźmi i robię to, jestem lubiana, ale na ile jestem to prawdziwa ja a na ile ktoś kogo wykreowałam bo był mi potrzebny?
Kto zna moje humory? Kto zna moje prawdziwe myśli? Kto zna skutki i doświadczył efektów mojej chorobliwej niemal zazdrości, z którą wcale nie chcę walczyć?
Takich ludzi na palcach jednej ręki można policzyć.
Kto może być pewien, że jego przyjaźń jest odwzajemniona, a kto nigdy tej pewności mieć nie będzie?
Jak można mnie kochać skoro ja sama miłością do siebie nie pałam?

*********

Rozum: - Czemu mu nie powiesz, że go kochasz?!
Serce: - Bo nie chcę tego.
Rozum: - Czego nie chcesz?! Miłości...?
Serce: - Co Ci przyszło do głowy?! Nie chcę, by znów odeszła bez wyjaśnienia.
Rozum: - Skąd wiesz, że odejdzie?
Serce: - Zawsze odchodzi.
Rozum: - Nie zawsze.
Serce: - Zawsze, kiedy jej najbardziej potrzebujemy.

czwartek, 17 czerwca 2010

Mickiewicz musi zginać... c.d.

"Emocjonalna pustka” jest określana przez psychiatrów mianem aleksytymii (a – brak, lexis – słowo, thymos – emocja). Osobom takim brak słów na określenie tego co czują. Do charakterystycznych dla aleksytymików cech klinicznych należy trudność jaką sprawia im opisanie własnych uczuć lub uczuć innych osób oraz bardzo ograniczone słownictwo dotyczące emocji. Co więcej mają kłopoty z odróżnianiem uczuć jak również doznań emocjonalnych od somatycznych.

Można być intelektualnie sprawnym, ale nie mieć wyczucia wagi spraw. Silne uczucia potrafią zmącić tok myślenia lecz ich brak działa równie destrukcyjnie. Dla kilku wariantów tego samego można znaleźć za i przeciw. Bez emocji nie będzie możliwy wybór żadnego wariantu. Kluczem do podejmowania bardziej rozsądnych decyzji w naszym życiu osobistym jest dostrojenie się do naszych uczuć.

Jak wykazał Freud, życie emocjonalne jest w dużej wierze nieświadome, kłębiące się uczucia nie zawsze przekraczają próg świadomości. Ten psychologiczny aksjomat został empirycznie zweryfikowany przez eksperymenty z emocjami, których nie jesteśmy świadomi, takie jak te które doprowadziły do doniosłego odkrycia, że ludzie nabierają upodobania, do rzeczy, które widzieli, nie zdając sobie sprawy z tego, że je widzą.
Np. jeżeli osobom, które boją się węży, pokazuje się obrazki przedstawiające te stworzenia, to umieszczone na ich skórze czujniki rejestrują wydzielanie się potu, mimo, że osoby te twierdzą, że nie czują w ogóle lęku. Pot pojawia się nawet wtedy, kiedy obrazki węża wyświetla się tak szybko, że nie da się tak szybko, że nie da się ich zarejestrować na poziomie świadomości. Kiedy nieświadome emocje nadbudowują się przenikają do świadomości.

Sztuka uspakajania się jest podstawową umiejętnością życiową. Zgodnie z tą teorią emocjonalnie zdrowe dzieci uczą się uspokajać i uśmierzać swoje emocje, traktując się w taki sam sposób w jaki traktują je ich opiekunowie, dzięki czemu staja się bardziej odporne na wstrząsy. Ogólnie mamy ograniczoną kontrolę nad tym kiedy i jaka emocja nas ogarnia. Mamy jednak wpływ na czas jej trwania. Nie chodzi tu o zwykły smutek czy zmartwienie. Kiedy bardzo intensywne emocje utrzymują się zbyt długo, to przybierają krańcową nieprzyjemną postać chronicznego niepokoju, niepohamowanej furii czy depresji.

Załóżmy, że na szosie wyprzedza cię inny samochód i wciska się przed ciebie tak niebezpiecznie, iż musisz przyhamować, aby się z nim nie zderzyć. Jeśli nasuwa ci się automatycznie myśl „Ten sukinsyn!”, to trajektoria twojej wściekłości zależy w dużym stopniu od tego, czy po tej myśli pojawią się inne, pełne oburzenia i chęci zemsty: „Mógł mnie walnąć! To skurwiel – nie ujdzie na sucho!” Ściskasz kierownice tak silnie, że aż bieleją ci kostki palców – jest to namiastka duszenia owego kierowcy za gardło. Twoje ciało mobilizuje się nie do ucieczki, ale do walki – trzęsiesz się, na czole występują ci krople potu, serce wali jak młot, mięśnie kurczą się w groźnym grymasie. Chcesz zabić tego faceta. Jeżeli w tym momencie zatrąbi kierowca jadący za tobą, bo przecież zwolniłeś, możesz wybuchnąć wściekłością także na niego. Tak wygląda stan wzmożonego napięcia, który prowadzi do nieostrożnej jazdy, a nawet strzelaniny na szosach.
Przeciwstawmy temu stopniowemu narastaniu wściekłości bardziej życzliwą dla kierowcy, który zajechał ci drogę linię rozumowania: „Może mnie nie zauważył, a może do takiej szaleńczej jazdy zmusza go konieczność, na przykład jak najszybsze dostarczenie chorego do lekarza.”. Przyjęcie takiej możliwości łagodzi gniew ponieważ wyzwala w nas poczucie litości czy miłosierdzia oraz pozwala na spokojniejszą ocenę sytuacji.
Ze wszystkich rodzajów nastrojów jaki pragniemy unikać najbardziej nieustępliwa jest złość. W odróżnieniu od smutku złość dodaje nam werwy i animuszu. Ciąg gniewnych myśli, który podsyca złość, jest także potencjalnie kluczem do jej stłumienia: poddawanie w wątpliwość i nadwątlanie przekonań rozpalających złość jest najlepszym sposobem na opanowanie jej. Przedstawienie sobie innego obrazu sytuacji wywołującej złość jest jednym z najskuteczniejszych sposobów jej stłumienia.

Czynnikiem wyzwalającym złość jest poczucie zagrożenia. Zagrożenie może sygnalizować nie tylko bezpośrednia groźba ataku fizycznego, ale również co zdarza się częściej symboliczne naruszenie poczucia godności własnej: niesprawiedliwe lub grubiańskie potraktowanie nas przez kogoś, obraza albo poniżenie, udaremnienie prób osiągnięcia własnego celu. W tych sytuacjach układ limbiczny reaguje dwojako: z jednej strony powoduje wydzielanie się katecholamin (adrenalina, noradrenalina), które wyzwalają szybki, krótkotrwały przypływ energii wystarczający do „jednej dynamicznej akcji”. Ten przypływ trwa kilka minut, podczas których w zależności od tego jak mózg emocjonalny oceni szansę każdego z tych działań, ciało przygotowuje się do gwałtownej walki albo szybkiej ucieczki. W tym czasie inny strumień wysyłanych przez ciało migdałowate stymuluje centralną reakcję kory nadnercza wytwarzając stan podwyższonej gotowości do akcji. To pobudzenie może trwać kilka godzin do kilku dni. Tłumaczy to dlaczego osoby, które zostały wcześniej sprowokowane tak łatwo wybuchają gniewem na kogoś innego.

Kiedy ciało znajduje się w stanie napięcia i coś wyzwoli reakcję zwaną porwaniem emocjonalnym to następna emocja bez względu na to czy jest to złość czy niepokój jest niezwykle intensywna.
Fale złości nawarstwiają się. Druga fala nadchodzi zanim ustąpi pierwsza itd. Myśli w trakcie nawarstwiania się wywołują dużo większy gniew niż te, które pojawiły się na początku. Jeżeli stanu tego nie będzie hamował rozsądek może dojść do przemocy. W tym momencie jesteśmy bezlitośni, nie trafiają do nas żadne argumenty. Zemsta, brak myśli o konsekwencjach.

Są dwa główne sposoby radzenia sobie z wściekłością:
1) Uchwycenie myśli wywołujących złość i przeciwstawienie się im. Ważny jest moment kiedy się na to decydujemy. Im wcześniej tym skuteczniej. Złość można nawet całkowicie zablokować, jeżeli informacje korygujące dotrą odpowiednio wcześnie. Łagodzące informacje, pozwalają na ponowną ocenę zdarzeń tylko przy mały poziomie gniewu. W chwilach wielkiej złości „nie myślimy zbyt jasno”.
2) Drugi sposób uśmierzenia złości polega na odzyskaniu równowagi fizjologicznej. Najlepiej przeczekać przypływ adrenaliny w otoczeniu w którym mało prawdopodobne jest znalezienie się w następnej sytuacji wywołującej złość. Oznacza to, że dla zakończenia sprzeczki trzeba się na chwilę odizolować od drugiej osoby.
Dobrym sposobem jest też rozrywka, ponieważ trudno być złym spędzając przyjemnie czas. Oto kilka taktyk:
• Wyjście dla ochłonięcia
• Długi spacer
• Ruch i wysiłek fizyczny
• Głębokie oddychanie i rozluźnianie się
Niepowodzeniem kończy się wyciszenie, jeżeli przeżuwamy swoją złość.

Pogląd jakoby katharsis – danie upustu złości było w stanie uśmierzyć złość jest znany od dawna. Nie jest on jednak zgodny z prawdą. Wyładowanie złości wcale jej nie zmniejsza a może nawet potęgować. Upust złości jest złym rozwiązaniem ponieważ mózg emocjonalny jest wówczas pobudzony i sprawia, że jesteśmy jeszcze bardziej pobudzeni. O wiele bardziej konstruktywna jest rozmowa po ochłonięciu i wyciszeniu.

Niepokój jest w pewnym sensie analizowaniem sytuacji i zastanowieniem się nad tym co może się nie udać i jak mamy sobie z tym poradzić; celem niepokoju i martwienia się jest wynajdowanie sposobów wyjścia z zagrożeń. Kłopot zaczyna się wtedy gdy mamy doczynienia z chronicznym niepokojem z chronicznym niepokojem. Dokładna analiza wykazuje, że ma on cechy porwania emocjonalnego o niskim nasileniu. Jeśli ten cykl nasila się i utrzymuje to stopniowo przeradza się w pełno objawowe zespoły zaburzeń lękowych, które mogą przybrać postać fobii, nerwicy natręctw czy ataków lękowych.

Smutek wywołany stratą objawia się zawsze ucieczką od zainteresowania rozrywkami i przyjemnościami, skupiając uwagę na tym co straciliśmy i brakiem energii do podejmowania nowych przedsięwzięć. Mówiąc krótko, zmusza nas do zaprzestania pogoni za wszystkim, oderwanie się od pochłaniających na co dzień spraw i do refleksji abyśmy mogli opłakać stratę i przystosować się do nowej sytuacji i poczynić nowe plany. Kiedy czujemy się przygnębieni chętnie szukamy samotności, ale bardzo często skutkiem tego jest poczucie opuszczenia. Ogarnięte depresją kobiety są znacznie bardziej skłonne do przeżuwania myśli niż mężczyźni.

Wyobraź sobie, że jedziesz w gęstej mgle nie znana ci stromą i krętą drogą. Nagle zaledwie parę metrów przed tobą wyjeżdża z pobocza inny samochód. Jest zbyt blisko, abyś mógł się zatrzymać. Wciskasz w podłogę pedał hamulca i wpadasz w poślizg, a twój samochód uderza w bok tamtego. Tuż przed hukiem, brzękiem tłuczonych szyb i zgrzytem metalu trącego o metal postrzegasz, że w tamtym samochodzie jest pełno maluchów jadących do przedszkola. Potem w nagłej ciszy, która następuje po zderzeniu słyszysz płacz i krzyki. Podbiegasz do tamtego samochodu i widzisz, że jedno z dzieci leży w bezruchu. Ogarniają cię wyrzuty sumienia i smutku z powodu tej tragedii...

Według jednej z teorii płacz może być naturalnym aparatem obniżenia poziomu związków chemicznych w mózgu, które powodują uczucie przygnębienia. Teza o oczyszczającym działaniu płaczu jest bałamutna ponieważ płacz wzmacnia skłonność do przeżuwania myśli i przedłuża niedolę.
Elektrowstrząsy są bardzo skuteczne w leczeniu najostrzejszych form depresji gdyż powodują utratę pamięci krótkotrwałej, dzięki czemu nie pamiętamy dlaczego jesteśmy smutni.
Innym antidotum jest dodawanie sobie otuchy i przyjemności zmysłowych od gorących kąpieli po słuchanie muzyki i uprawianie seksu. Bardzo skuteczną metodą podniesienia sobie nastroju jest zapewnienie sobie łatwego zwycięstwa albo niewielkiego sukcesu. Porównanie się z kimś kto jest w gorszej sytuacji ma zaskakująco dobry wpływ na poprawę naszego nastroju.
Skutecznym sposobem jest również pomaganie innym w potrzebie. Ponieważ depresja żywi się przeżuwaniem myśli i zaabsorbowaniem własną osobą – pomaganie innym zmniejsza to zaabsorbowanie.

„Kopnął kolegę z pokoju w brzuch...” Tak zaczyna się zdanie. Kończy się zaś: „...ale chciał po prostu zapalić światło”.

Wypieranie uczuć nieprzyjemnych jest pewnego rodzaju podnoszeni się na duchu, pozytywnym rozszczepieniem oraz – być może – jakąś wskazówką co do charakteru poważniejszych stanów rozszczepienia, które występuje powiedzmy, we wstrząsie pourazowym. Jeśli wynikiem tego jest po prostu spokój ducha to wydaje się, że to jest dobra strategia dla osiągnięcia samoregulacji emocjonalnej, aczkolwiek koszt jaki płaci za to samoświadomość jest nieznany.

Wyobraź sobie, że masz cztery lata i ktoś robi ci taką oto propozycję: jeśli zaczekasz, aż załatwi on(a) jakąś ważną sprawę, to dostaniesz za to dwa cukierki, jeśli natomiast nie zdołasz spokojnie poczekać do tego momentu, to dostaniesz tylko jeden, ale za to od razu.

Jest to wyzwanie, które na pewno wystawi na ciężką próbę charakter każdego czterolatka, mikrokosmos odwiecznej walki między impulsem a hamulcem, id i ego, pożądaniem i samokontrolą, nagrodą i odłożeniem jej w czasie. Wybór, którego dokona dziecko ma wymowne znaczenie – pozwala nie tylko przekonać się jaki ma charakter, ale również przewidzieć, jaką prawdopodobnie obierze drogę życiową.
Ludzie, którzy w dzieciństwie potrafili zapanować nad emocjami wykazują się dużo większymi umiejętnościami życia w społeczeństwie, osiągają sukcesy osobiste, są pewni siebie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Bardziej odporni na załamanie i apatię. Podejmują wyzwania, mają wiarę we własne siły oraz są godni zaufania.
Natomiast ci co „chwycili za cukierek” zdradzali inny portret psychologiczny: nieśmiali, stroniący od ludzi i kontaktów towarzyskich, łatwo wpadali w przygnębienie, w sytuacjach stresowych tracili zdolność działania, byli skłonni do zazdrości i zawiści. Ich reakcje były niewspółmiernie gwałtowne do sytuacji, które je wywołały.

Niepokój obniża sprawność intelektualną. Przy złożonych, wymagających dużego wysiłku umysłowego i stwarzającego znaczne obciążenie psychiczne zadaniach takie jak np. stojące przed kontrolerami ruchu powietrznego, utrzymujący się stale silny niepokój jest niemal stuprocentowo pewnym prognostykiem do popełnienia błędu.
Ponadto osoby skłonne do martwienia się są gorszymi uczniami, niezależnie od tego jaki test przeprowadzimy. Kiedy daje się osobom z tendencją do martwienia się proste zadanie umysłowe, na przykład podział mających niewyraźne kształty albo niesprecyzowaną funkcję przedmiotów na dwie kategorie, prosząc je by relacjonowały, co dzieje się w tym czasie w ich umysłach, to okazuje się, że proces podejmowania decyzji zakłócają u nich najczęściej negatywne myśli – „Nie potrafię tego zrobić”, „Nie jestem dobry w tego rodzaju testach”.
Dobry nastrój zwiększa zdolność elastycznego i złożonego myślenia, ułatwiając tym samym znajdowanie rozwiązań problemów zarówno intelektualnych jak i interpersonalnych. Wynika stąd, że jednym ze sposobów udzielania komuś pomocy w przemyśleniu jakiegoś problemu, jest opowiedzenie mu dowcipu. Śmiech podobnie jak nastrój uniesienia wydaje się pomagać nam w ogarnianiu myślą szerszych horyzontów. Osoby w dobrym nastroju mają nastawienie percepcyjne wyzwalające większą odwagę i wiarę w powodzenie podczas układania planów i podejmowania decyzji.

Nadzieja jest silnie skorelowana z ilorazem inteligencji, tak więc dla ludzi o tych samych zdolnościach intelektualnych czynnikiem decydującym o różnicach ocen jest nadzieja.
„Nadzieja” – jest to przekonanie, że ma się zarówno wolę, jak i możliwość osiągnięcia zamierzonych celów, bez względu na to na czym one polegają.

Optymizm, podobnie jak nadzieja, oznacza silne oczekiwanie, że mimo porażek i niepowodzeń wszystko ułoży się dobrze. Z punktu widzenia inteligencji emocjonalnej optymizm jest postawa uodparniająca nas na popadanie w apatię, utratę nadziei i pogrążanie się w depresji w obliczu trudności i kłopotów. Optymizmu i nadziei – tak jak bezradności i przygnębienia – można się nauczyć. U korzeni obu tych postaw leży pewien pogląd , który psycholodzy nazywają wiara w siebie.

Zdolność osiągnięcia stanu „uskrzydlenia” jest szczytem inteligencji emocjonalnej, jest najdoskonalszą postacią okiełznania emocji i zaciągnięcia ich w służbę osiągnięć w pracy i nauce. W stanie tym emocje są nie tylko powściągnięte i ujęte w jeden strumień, ale też opatrzone znakiem dodatnim.
Jeżeli wymagania są zbyt małe to jesteśmy znudzeni. Jeśli są zbyt duże to zaczynamy się niepokoić. Uskrzydlenie występuje w tej subtelnej strefie, która oddziela znużenie od niepokoju. Kiedy wykonujemy czynności, które przyciągają i pochłaniają naszą uwagę bez żadnego wysiłku, nasz mózg „uspokaja się” w tym sensie, że zmniejsza się pobudzenie jego kory.

Empatia wyrasta ze samoświadomości; im bardziej jesteśmy otwarci na nasze własne emocje, tym wprawniej odczytujemy uczucia innych osób.
Niemożność odbioru uczuć innych ludzi wręcz tragicznie upośledza poczucie człowieczeństwa ponieważ wszelkie cieplejsze stosunki z innymi, które leżą u podstaw troski o innych. Brak empatii zwykle występuje u psychopatycznych przestępców, gwałcicieli i osób nagabujących dzieci.
Do korzyści płynących z umiejętności odczytywania emocji z sygnałów niewerbalnych wyróżnia się: lepsze dostosowanie się emocjonalne do innych, większa popularność i otwartość oraz większa wrażliwość. W istocie rzeczy, kiedy słowa nie zgadzają się z tonem jej głosu, gestami czy innymi sygnałami niewerbalnymi, na jej prawdziwe emocje wskazuje nie to co mów, ale jak mówi. W badaniach nad komunikacją stwierdzono, że 90% lub więcej przekazywanych emocji nadaje się kanałami niewerbalnymi.
Korzenie moralności tkwią w empatii ponieważ tym co popycha nas do pomagania innym ludziom jest utożsamianie się z potencjalnymi ofiarami – osobami pogrążonymi w bólu, ludźmi, którym coś odebrano albo którym zagraża niebezpieczeństwo.
Empatia leży u podłoża różnych aspektów ocen i działań moralnych. Jednym z takich aspektów jest „gniew empatyczny”, który można opisać jako „naturalne uczucie odwetu wywoływane przez intelekt i współczucie odnoszące się do tych krzywd, które ranią nas przez to, że ranią innych”. Innym przypadkiem, w którym empatia prowadzi do podjęcia działania moralnego, jest sytuacja, w której postronny obserwator wkracza do akcji w obronie ofiary, przy czym badania dowodzą, że im większą empatię ów obserwator czuje do ofiary, tym większe jest prawdopodobieństwo jego interwencji.

Umiejętność wpływania na emocje innych osób – wspaniała sztuka współżycia – wymaga opanowania dwóch innych umiejętności emocjonalnych: panowania nad sobą i empatii.
Na tej podstawie tworzą się i rozwijają umiejętności obcowania z ludźmi. Są to owe umiejętności społeczne, które stanowią o skuteczności w naszych stosunków z innymi; braki w tej sferze prowadzą do niedostosowania się do społeczeństwa albo powtarzających się niepowodzeń w relacjach interpersonalnych. To właśnie brak tych umiejętności może powodować, że osoby o najwyższej inteligencji nie potrafią właściwie postępować w kontaktach z innymi, jawią się jako ludzie aroganccy, przykrzy, nieznośni i nieczuli.

Umiejętność właściwego obcowania z innymi jest cechą inteligencji emocjonalnej: „lubiany”, „czarujący” są terminami używanymi na określenie osób, z którymi chętnie przestajemy ponieważ ich umiejętności emocjonalne sprawiają, że czujemy się dobrze w ich towarzystwie. Osoby, które pomagają innym opanować, są szczególnie cenionym „towarem”. Są owymi „dobrymi duszami” do których zwracają się inni w chwilach największej potrzeby.

W wieku około trzynastu lat widoczne są różnice w rozeznaniu emocjonalnym chłopców i dziewcząt. Dziewczęta lepiej opanowują metody agresji jak plotki czy zemsta pośrednia, chłopcy nadal dążą do konfrontacji i nie myślą o zakamuflowanych metodach ataku.
Dziewczęta bawią się raczej w małych grupach minimalizując wrogość na rzecz współpracy. Chłopcy natomiast preferują duże grupy i uwypuklają współzawodnictwo. Różnice te widać gdy zabawa zostanie przerwana przez kogoś kto się potłukł, czy zranił. W męskim gronie wszyscy czekają, aż usunie się w bok i przestanie „ryczeć”; natomiast dziewczęta przerywają zabawę aby wspólnie pomóc.
Kobiety i mężczyźni oczekują czegoś zupełnie innego od rozmowy; mężczyźni są zadowoleni mogąc rozmawiać o „rzeczach” podczas gdy kobiety szukają więzi emocjonalnych.

Kryzys zaczyna się od ostrych krytyk i uwag. Pod wpływem złości zbyt często wyraża się emocje w sposób destrukcyjny robiąc uwagi na temat charakteru związku (małżeństwa, przyjaźni, więzi rodzinnych). Stosowanie formy ataku na osobę zamiast na czyny jest dosyć powszechne. Złośliwe docinki, których celem stają się cechy charakteru są o wiele bardziej szkodliwe niż rozsądne uwagi krytyczne.
Gdy uczynimy wymówkę na temat co mnie denerwuje i krytykujemy nie osobę lecz działanie to wykazujemy się inteligencją emocjonalną. Natomiast podczas krytyki na osobę mamy punkt wyjścia do frontalnego ataku. W wyniku tego osoba na którą skierowaliśmy atak raczej podejmie postawę obronną niż działania naprawcze.
Twórcza krytyka jest wtedy gdy mówimy: „Kiedy zapomniałeś odebrać moje ubranie poczułam się jakbym cię w ogóle nie obchodziła” natomiast forma ataku na osobę jest taka: „Zawsze myślisz tylko o sobie”, „Nie mogę na tobie polegać”.
Sposób odpowiedzi na atak wyznaczają dwa bieguny reakcji: „walcz albo uciekaj”. Najczęstsze zachowanie to przeciwstawienie się. Zazwyczaj kończy się to wykrzykiwaniem zniewag i obelg, bezowocna kłótnia. Niestety alternatywa czyli ucieczka za mur milczenia jest jeszcze bardziej zgubna.
Otoczenie się murem milczenia jest ostatecznym środkiem obrony. Unikamy rozmowy i stajemy się obojętni. Na wszystko odpowiadamy bardzo wymownym milczeniem. W 85% przypadków to mężczyźni otaczają się murem milczenia. Jeżeli odgradzanie się wejdzie w nawyk to ma to katastrofalne skutki ponieważ przekreśla wszelkie możliwości złagodzenia i usunięcia nieporozumień.

U podłoża każdej silnej emocji leży impuls do działania; podstawą inteligencji emocjonalnej jest kierowanie tymi impulsami. Szczególnie wyraźne jest to w związkach opartych na miłości. Reakcje wtedy wyzwolone sięgają najgłębszych potrzeb: potrzeby bycia kochanym i szanowanym, lęku przed odrzuceniem albo deprawacją emocjonalną.
Podczas „ostrej dyskusji” w chwili gdy zbliża się zatopienie porwania emocjonalnego najlepiej zrobić sobie przerwę. Rzeczywiste uspokojenie fizjologiczne jest procesem stopniowym i mimo iż wydaje się, że wystarczy nam pięć minut na ochłonięcie, to w rzeczywistości czas ten jest o wiele dłuższy.

Zatopienie początkują negatywne myśli jak: „Nie będę tego dłużej tolerował(a)”, czy „Nie zasługuje na takie traktowanie” są charakterystyczne dla osób, które twierdzą, że są niewinnymi ofiarami.
Terapia kognitywna głosi, że zamiast dać się im ponieść należy im się przeciwstawić. Krokiem pierwszym jest nie dać im wiary, drugim jest poszukanie okoliczności łagodzących. Na przykład kobieta pod wpływem chwilowego zawodu zamiast „on w ogóle nie dba o moje potrzeby – zawsze jest takim egoistą” – mogłaby zakwestionować tą myśl i zmodyfikować jej kształt: „Chociaż postąpił nieładnie i sprawił mi przykrość to przecież czasami okazuj, że zależy mu na mnie”. To drugie rozwiązanie ma jakieś pole manewru, pierwsze podsyca złość i potęguje ból.

Nawet podczas kłótni, w czasie porwania emocjonalnego dobrze jest gdy potrafimy słuchać i słyszeć partnera i reagować na jego pojednawcze gesty. Pomaga w tym potraktowanie negatywnego zabarwienia wypowiedzi małżonka jako sposobu podkreślenia jak ważna jest dla niego ta sprawa. Na przykład: jeśli ona wrzeszczy – „Przestań mi przerywać, do cholery!” to on zamiast riposty może zdoła się opanować i powiedzieć „w porządku, mów dalej”.
Sztuka nie defensywnego mówienia polega na ograniczeniu się do konkretnej skargi czy zarzutu i pilnowaniu aby nie przerodziła się w atak na partnera.: „Kiedy nie zadzwoniłeś aby mnie uprzedzić, że spóźnisz się na obiad, to poczułam się zlekceważona i ogarnęła mnie złość. Chciałabym, żebyś na przyszłość zadzwonił i powiedział, że się spóźnisz”, zamiast: „Jesteś samolubnym sukinsynem, masz wszystko w nosie”.

Z emocjami źle, bez nich równie kiepsko...
I jak tu zatłuc gazetą jak niechcianą muchę tę Mickiewiczowska "Niepewność"?

Może po prostu powinnam poszukać innego remedium... Klin klinem jak to mówią....
Problem polega na tym, ze w moim wypadku to może nie pomóc...