środa, 27 października 2010

A kiedy przyjdzie...

Zmęczona jestem i dojrzałam do porządków w życiu. Tych ostatecznych.

Sprawa z S. mnie męczy bo tak do końca nie wiem o co chodzi. To, co dostaję przez telefon jest jedynie zaczątkiem, trudno się rozmawia nie w cztery oczy, dlatego postanowiłam to wyjaśnić raz a dobrze. Na zawsze. Tak żeby temat został wyczerpany do cna.
I to jest ostatnia tego typu możliwość. Przy kolejnej takiej sytuacji nie będzie dyskusji, nie będzie nic. Po prostu... Tym razem jeszcze znajdę w sobie siłę, żeby rozdrapać to co boli i albo się zagoi, bo znajdziemy WSPÓLNIE sposób na leczenie albo to wytnę. Z nas obojga. Ostatecznie.
Nie poradzę sobie z półśrodkiem. Egoistycznie wyrwę sobie serce, bo perspektywa jednego nagłego i dotkliwego bólu mimo wszystko wydaje się lżejsza niż powolne wykrwawianie. I've been there already - więc wiem że sobie z tym nie radzę najlepiej.
To oczywiście nie oznacza, że zakładam najgorsze. Daleka jestem od tego! Cały czas żyję pełna nadziei. Po prostu znam siebie i wiem, że nie umiem kochać na pół gwizdka. Albo przyjmuję i jestem przyjęta w całości, ze wszystkim co za tym idzie, albo mnie nie ma. Ze skrajności w skrajność... Przecież ja jestem taka sama - ze skrajności w skrajność. I nie wynika to z rozchwiania emocjonalnego ale z osobowości i sposobu bycia, z empatii i tego że uczucia dla mnie są najważniejsze.
Nie wyobrażam sobie takiego nieokreślonego bycia i nie bycia, z otwartą furtką do pieprzenia się z kimś innym, gdy przyjdzie ochota. Albo z kimś jestem i przynajmniej próbuję walczyć ze swoimi słabościami do końca, albo nie. Bo chcę. Dla kochanej osoby. Bo każda chwila z nią jest zadośćuczynieniem za wszelkie poświęcenie i wyrzeczenia. Bo kocham... Co nie znaczy, ze nie ponoszę czasem porażek, ale przynajmniej wiem, ze zrobiłam wszystko by do nich nie dopuścić.

Ja nie wiem jak teraz jest.
Jesteśmy?
Nie jesteśmy?
Czuję się zawieszona w niebycie wspólnego jestestwa.

Dochodzę do wniosku, że powoli pozbywam się oporów przed stosowaniem rozwiązań ostatecznych, ponieważ są przynajmniej jasne i konsekwentne. I trudno się z nich wycofać... W niektórych wypadkach potrzebuję dodatkowego bodźca do wytrwania w ciężkiej dla mnie decyzji, ale myślę, że nie jestem w tym osamotniona. Czasem po prostu trudno wykazać się konsekwencją.

Wczorajsza impreza u D. przyniosła kolejne refleksje. Dobrze się rozumiemy, czasem bez słów. Miewamy podobny tok myślenia. Nie gram z nim więcej w marynarza bo wynik jest identyczny! Ba, nawet alternatywa pozostająca w myślach jest identyczna. To się robi dziwaczne... Przeanalizowaliśmy, co prawda sytuację ze względu na ewentualne powinowactwo, ze skutkiem negatywnym, ale... Zawsze pozostaje odsetek tajemnicy :P Eeeee.... nieeeeee......

Martwię się R. Po prostu. Przyjaciel ma kłopot, jest coś co go męczy, ja nie mogę nic na to poradzic... Boli mnie to. Wiem, ze mam od R. trzymać S. z daleka, bo skończyłoby się to bardzo źle. Myślę, że podobnie gdybym ja spotkała A. Tylko na innych płaszczyznach. On załatwiłby sprawę fizycznie, ja emocjonalnie i psychicznie. Zazdroszczę mu opanowania, mnie dawno już szlag by trafił...

Za bardzo przyzwyczajam się do tego, że podają mi płaszcz i otwierają drzwi. To przerażające jak szybko można do tego przywyknąć, jak szybko docenić takie drobnostki, przyjemności. Jak miło się robi na sercu....

Porządki. Nie cierpię porządków, ale pierwszy raz w życiu wiem, czego naprawdę chcę - porządku i jasności w głowie i uczuciach. Chcę wiedzieć czego mam się spodziewać, czego mam oczekiwać, na czym stoję. Pierwszy raz w życiu pragnę jako takiej równowagi. A kiedy przyjdzie czas na decyzję, podejmę ją pewnie i ostatecznie....

wtorek, 26 października 2010

Cholera...

Jestem słaba.
Gotowa wybaczyć. Gotowa uwierzyć na nowo w te bzdury, które mówił.
Bez sensu...

Bo kocham...
Wbrew wszystkiemu kocham.

Zostawiłam obrączkę ze smokiem w domu. To dziwne, ale na palcu mam ślady od niej, zupełnie jakby wgryzła mi się w skórę i nie chciała dać o sobie zapomnieć.

Tęsknię. Kocham. Wybaczam. Wierzę. Płaczę. Nie ufam. Wpadam w furię. Tęsknię. Kocham...
Zamknięte koło.

Czy to wszystko jest już brakiem szacunku do siebie samej?

7 dni.
Nie mniej, nie więcej.
7 dni...

Kochać za mocno, za bardzo?

Dyplomata, to człowiek, który mówi "Spierdalaj", a ty dziękujesz mu za życzenia "dobrej podróży". Okazało się, że znam najlepszego dyplomatę na świecie. I to takiego, na którego nie umiem się złościć zbyt długo. Tego faktu żałuję.
Mimo iż wiedziałam, ze tak to się skończy, to gdzieś w głębi serca naiwnie wierzyłam w miłość i miałam nadzieję, że ufam słusznie.
Pomyliłam się.

Po raz kolejny dopadło mnie przeświadczenie, że nie jestem warta tego by chociaż spróbować. I kolejny raz stwierdzam, że mnie nie można kochać. Po prostu... Czasem przecież tak bywa, nieprawdaż?

Nie wierzę już w ani jedno "Kocham". Nie wierzę w ani jedno "Tęsknię". Nie wierzę w nic poza tym co sama odczuwam... A chwilowo czuję się jakby mi wyrwano serce i wyrzucono do kosza dla zabawy.
Jak można kogoś kochać za mocno? Albo za bardzo? Jak można kogoś kochać i nie podjąć ryzyka bycia z nim?
Nie można.
"Kocham Cię, ale nie mogę ryzykować że Cię zranię, bo zależy mi na Twoim szczęściu, jesteś dla mnie zbyt ważna".
To powiedzenie: "Dobra, znudziłaś mi się, ale nie chcę Cię zranić, więc naściemniam, żebyś się lepiej poczuła, gdy powiem Ci - Spadaj". To dyplomatyczne i delikatne powiedzenie: Pa... Cudownie prosty sposób na wyrzucenie kogoś zbędnego z Twojego życia... Bez wyrzutów sumienia, bo przecież kochasz...

Wszystko to jest psa wartą jedną wielką bzdurą.
Nie można kogoś kochać za bardzo ani za mocno. Nie można decydować za kogoś i usprawiedliwiać swoich decyzji tym, że działało się w imieniu dobra tej drugiej osoby.
Nie można bezkarnie wyrywać komuś serca....

Lepiej w ogóle nie kochać. Lepiej w ogóle nie czuć. I tym się będę kierować. Zatrzasnęłam serce w kolczastej kuli, kulę w sejfie, sejf w szafie pancernej, szafę w skarbcu. Otoczyłam zasiekami i postawiłam straże. Ale może powinnam była je po prostu wepchnąć do podręcznej czarnej dziury? Wtedy już nigdy nie kusiłoby mnie żeby nawet na chwilę to serce otworzyć.

Powiedział, ze nie chce mnie ranić. Nie chce na moim sercu tworzyć blizn, które ktoś zrobił na jego. W efekcie poczynił większe niż mógł sobie kiedykolwiek wyobrazić.
Sprawił że poczułam się szczęśliwa, ze uwierzyłam w miłość, w to że mogę wszystko, że jestem warta wszystkiego.... a potem w jednej chwili zmiótł mnie z powierzchni ziemi.

Jeżeli wkurwisz Anioła, to nawet on Ci przypierdoli. Jeżeli wkurwisz Anielicę, to lepiej wykończ się sam... A co w sytuacji, gdy Anielicy zabrać wiarę we wszystko czym do tej pory żyła, czym oddychała, w czym widziała sens? Uciąć jej skrzydła, to co najcenniejsze dla niej... I to w chwili, gdy dopiero co nauczyła się latać i nie zdążyła nacieszyć przestworzami.

Okrucieństwo.
W czystej postaci.

Nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek będę chciała czuć.
Na razie zabrakło mi łez.
W gardle tylko dławi bezgłośny szloch.

Bo ktoś kocha mnie za mocno...
Własny cynizm mnie zabija.

poniedziałek, 25 października 2010

Bo liczą się drobne przyjemności...

Dzisiaj wyłączyłam telefony i postanowiłam odpocząć od świata, od ludzi i od samej siebie.

W piątkowy wieczór i sobotę mój dom przypominał dom wariatów, lecz w tym pozytywnym znaczeniu - po prostu było pełno ludzi. :) (niektórzy krzyczeli na mnie że wstaję, ale ileż można leżeć? ]:>) Piątkowa sesja przeciagnęła się do czwartej nad ranem, późniejsze wspólne usypianie z S. niewiele pomogło. Znów spałam w kratkę, too many minds i zbyt dużo niepewności. Sobota była istnym szaleństwem.
Ł. szykował się na randkę, to było zadziwiające doświadczenie, zaczęłam się zastanawiać czy ja szykuję się tak samo... Doszłam do wniosku, ze jestem gorsza :D Wybieram się jak sójka za może i przebieram 15 razy :D
Wizyta Raga jak zwykle wprawiła mnie w dobry nastrój i wywołała uśmiech. Dzięki Bogu, że tym razem powstrzymał się od łaskotek - tego mogłyby nie przetrwać moje żebra :P Za to nakarmił mnie kurczakiem w cieście (a może placuszkami z kurczakiem?), naumiał przepisu i będzie zbierał laury za mój maleńki sukces kulinarny wieczoru. I słusznie. Należy mu się chwała.
Następnie wpadł Dziki. Nie widziałam go ze 4 lata, ale nie zmienił się wiele. Wspólnymi siłami ograliśmy Raga w szachy. No dobrze, to Dziki go ograł, a właściwie uratował beznadziejną moją grę i w ostatecznym rozrachunku zadał szacha & mata. Chylę czoła, bo się należy!
A potem zaczął się ukochany dom wariatów obejmujący smażenie placków, oglądanie Mamma Mia! i sesję. Telefony wyciszyłam, co było doskonałym pomysłem. Niestety poddałam się ostatecznie w okolicy piątej nad ranem, zmęczenie wzięło górę. Kochana zgraja grała dalej, a ja osunęłam się w ramiona Morfeusza, wtulona w pysk Stefana (uwielbiam tego owca! ;) )Nie wiem, o której godzinie ich wypuściłam, nie wiem o której godzinie wrócił Ł., nie wiem czy zadzwonił budzik... Chyba odruchowo, kładąc się, zadzwoniłam do S. ale nie wiem... Grunt, że wstałam nieprzytomna i oczekując na moją madre starałam się wyglądać mądrze i zabawiać konwersacją brata Ł. z dziewczyną, którzy to wpadli z wizytą, składając ofiarę naszej lodówce (mmmmm.... pierrrrogi z miętą)
Pojechałyśmy z madre do dziadka. Jak zwykle wizyta u niego powoduje u mnie dysonans i chęć ucieczki od wszystkich. (Te rozmowy o prostacie.... O.O)
Wyłączyłam telefony po powrocie, łyknęłam Persen i walnęłam się ze Stefanem do łóżka. A sen nie nadchodził... Płakałam z bezsilności. W końcu zawlokłam się pod prysznic. W akcie desperacji włączyłam telefon mając nadzieję, że zadzwoni ktoś kto mnie wkurzy. Niebiosa były łaskawe :P
Potem SMS od Raga i w niedługim czasie, zaopatrzona w składniki do spagetti z pesto, podążałam w kierunku Powiśla. Znów wyłączyłam telefony. To zadziwiające, że Rag wykracza poza granice jakie wyznaczam ludziom, gdy od nich odpoczywam, ale przecież ustaliliśmy, że nie jest człowiekiem :p Krótkie zakupy w pobliskim sklepie i raczyliśmy się makaronem z zielskiem i pestkami słonecznika (absolutnie "dietetyczne"-.-'). Wieczór obfitował w rozmowę o życiu i dowiadywanie się różnych ciekawostek (już wiem, że mężczyźni mają punkt G! Buahahahaha :D:D:D:D). Zaczęłam go traktować jak przyjaciela i starszego brata (no dobra... o wieku ani słowa bo zadźgam patyczkiem do lodów!). I wiem, że nawet jak mnie wkurza czasem, to i tak w ostatecznym rozrachunku poprawia mi humor. I uświadamia pewne rzeczy (albo sama je sobie uświadamiam po rozmowie z nim). Jak na przykład to, że w S. byłam zakochana od samego początku. Albo to, że mam syndrom żeńskiego odpowiednika księcia na białym koniu. Zapomniałam o tym co mnie boli, zapomniałam o tym co nie daje mi spać, zapomniałam o strachu i niepewności. Wiem, że mogę przestać czasem udawać silną i niezależną i dać sobie otworzyć drzwi albo podać płaszcz. Nie umrę od tego, a takie drobnostki mogą być przyjemne. I zadziwiająco są. Wiem, że bez względu na to co się stanie, mam przyjaciół, którzy mnie podniosą gdy upadnę. I cieszę się, że przypominają mi o tym. Odprężona wróciłam do domu i padłam spać. Znów śnił mi się wypadek, ale tym razem przynajmniej nie rzucałam się po łóżku i przespałam całą noc wsłuchana w Dougana.
S. dzwonił. Dzisiaj przysłał sms. Już wie... Powie dopiero jak przyjedzie. Nie lubię niepewności ale wytrzymam. To jedynie dwa tygodnie i wszystko będzie prostsze, bo jasne. Skoro znalazł już swoją odpowiedź, to ja dostanę swoją. Serce mi do tego czasu nie wyskoczy, a potem już będę wiedziała co zrobić.
Do tego czasu nie będę nad tym gdybać. Do tego czasu pozwolę sobie na drobne przyjemności takie jak popołudniowy spacer w parku w liściach po kostki, albo kostka mlecznej czekolady rozpływającej się w ustach, albo zapach róż zamknięty w jednym płatku... Bo te drobnostki się liczą. Tak jak liczy się jeden uśmiech, który rozjaśnia zmęczoną twarz...

piątek, 22 października 2010

Kobieto, puchu marny!

Popełniłam swoich 7 grzechów głównych.
1. Zaczęłam gdybać
2. Sięgnęłam po substancje zakazane
3. Zapaliłam czarną i białą świecę
4. Obejrzałam komedię romantyczną
5. Ruszyłam dupę z kanapy
6. Jednak płakałam
i najgorszy
7. Zaczęłam sprawdzać zamki w drzwiach.

Gdybania nie muszę chyba tłumaczyć. Zaczęło się: "a co zrobię jeżeli..." blebleble... NUDY! BZDURY! BŁĄD!
Nie mogę sobie pozwolić na gdybanie i zastanawianie się bo to nigdy nic dobrego nie przyniosło. Nieważne co się stanie, ważne żebym była wierna sobie!

Substancje zakazane: Ugh....
Czekolada, opakowanie lodów, napoczęta paczka chipsów... Pychota... Samo dobre i zdrowe -.- Jak pomyślę, że się nad tą czekoladą modliłam przez 2 godziny... -.- Szlag trafił dietę w dniu dzisiejszym. Żeby dokończyć dzieła zniszczenia, dopcham się wieczorem pizzą.

Czarna i biała świeca... obiecałam sobie, że nie ruszę tych dwóch panien. Ostatni raz paliłam je po śmierci babci... Wtedy gdy już nie mogłam poradzić sobie z emocjami. Obiecałam, że nie będę ich palić... A dzisiaj co? Po prostu płoną... Może dam im się wypalić do cna?

Komedia romantyczna dzisiaj to zło! Wyniknęły z niej same problemy, bo zaczęłam znów gdybać, płakać i obżerać się słodyczami. I psioczyć na siebie samą. Dlaczego zycie nie moze byc tak proste jak scenariusz filmu? I to jeszcze jaki,.."Nigdy nie będę Twoja" - o starszej kobiecie romansującej z młodszym mężczyzną... Co gorsze - oni się kochali... Boże.... Jęk, płacz i zgrzytanie zębów.

Ponieważ nie miałam lodów ani chipsów, ruszyłam dupę z kanapy i poszłam do sklepu. =.= Głupia ja... Wiadomo było, że przywlokę jeszcze dwie butelki coli i inne śmiecie... Efekt? Nie mogę się teraz ruszyć. Jakbym nie mogła poczekać aż ktoś przyjdzie, no ale przecież ja jestem samowystarczalna i muszę samej sobie udowodnić, że nie potrzebuję nikogo (chociaż to bzdura największa na świecie).

Kumulacja nastąpiła niedawno i poryczałam się otwierając chipsy. Nie dam ich nikomu bo nieco zamokły...

Skutkiem poprzednich grzechów jest sprawdzanie zamków w drzwiach, oczywiście drzwiach umownych, bo tych wokół serca...

Różowa magia...

Na złocistej fajerce
spalę różową różę,
czarne pióreczko kurze
i jedno ludzkie serce.

Nikogo nie otruję,
nikogo nie zabiję,
serce to jest niczyje,
jest ono tylko - moje.

Gołębia nie zaduszę,
me czary są bezkrwawe,
w czarodziejską potrawą
wrzucę mą własną duszę.

/M. P.-J./

Nadchodziło, nadchodziło i nadeszło... Najważniejsze pytanie: Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie?
Już dawno stwierdziłam, że Mickiewicz powinien był umrzeć za "Niepewność", którą popełnił.

Ja potrafię się określić, wiem co czuję. S. nie wie, ale nie jestem tym zaskoczona. Poczekam aż będzie mógł. Ja umiem nazwać to co on czuje, ale nie mam do tego prawa, musi sam znaleźć tego imię, co nie będzie łatwe.
Od czasu naszej wspólnej medytacji, gdy zobaczyłam, co zobaczyłam, wiedziałam, że ten moment nadejdzie. Nie wiedziałam jedynie kiedy. Nadszedł wczoraj wieczorem. Rozpaczliwie walczę z tym, żeby nie rozmyślać, nie kombinować, nie gdybać...
Profilaktycznie na podorędziu trzymam niebieską i różową świecę w razie gdyby wynik jego rozważań był bolesny dla mnie, oraz dwie białe gdyby okazało się, że dzieli moje przekonanie. Nie zastanawiam się, która opcja jest bardziej prawdopodobna. Po prostu zareaguję gdy S. zdecyduje.
Wiem, co będę musiała zrobić, jeżeli on uzna że się pomylił, że to co wcześniej nazwał nie jest tym za co to uznał... Wiem, że odwrotu nie będzie już nigdy. Ale wiem to dla siebie, jego nie wtajemniczam. Nie będę mu mieszać w głowie.
Widziałam się wczoraj z K. W odruchu przytuliłam się do niego i.... nie poczułam nic. Kompletnie. Moje serce się na niego już zamknęło, obdarowując go jedynie koleżeńską sympatią. Nie czułam nawet zapachu. Ostateczny test, który potwierdził moje obawy i utwierdził w podjętej decyzji.
Dzisiaj miałam iść do Drida i grać całą noc, ale nie mam siły. Całe ciało mnie boli i błaga o to by zostawić je w spokoju. Mam ochotę na butelkę wina i trzy albo cztery filmy.
I sen.
Dużo snu...
Snu...
Na marzenia nie mam odwagi...
A w kącie niech czai się różowa magia...

czwartek, 21 października 2010

A jednak mam Anioła Stróża...

Dzisiaj był kolejny termin egzaminu. Uczyłam się, byłam przygotowana, zadowolona wsiadłam do samochodu z J. i pojechaliśmy.
Na egzamin nie dotarłam...
Zamiast tego zwiedziłam szpital na Stępińskiej, gdzie zostałam przebadana i puszczona do domu po kilku godzinach. J. zostawili na obserwacji do jutra. Samochód odholowali. Ja wyszłam z tego jedynie z kilkoma bladymi sińcami, bólem żeber i kręgosłupa. Dzieciakowi, który wyskoczył nam przed koła nic się nie stało. Każdy z nas ma jakiegoś Anioła Stróża...
Nie cierpię jesieni. Nie znoszę mokrych dróg. Gdy pomyślę jak się to mogło skończyć, robi mi się słabo...
Odnoszę wrażenie, że nie będę chciała widzieć Ujazdowskich jeszcze przez jakiś czas... Nerwy odpuszczają mi dopiero teraz, tak samo jak leki przeciwbólowe. Strasznie bolą mnie żebra, ale nic dziwnego. Po zetknięciu z poduszką powietrzną mają prawo. Swoją drogą błogosławię się za grube ubranie i za to że mnie nie połamało. Uderzenie nie było zbyt wielkie, bo nie jechaliśmy aż tak szybko, ale wrażenie cholernie nieprzyjemne.
Mam ochotę zwinąć się w kłębek i wtulić w czyjeś ramiona, usłyszeć, że już jestem bezpieczna i wszystko jest ok, ale nikogo nie ma. W domu pusto, mogę się przytulić jedynie do Stefana - pluszowego owco-barana przywiezionego z Zakopanego.
Odczuwam ogromną potrzebę żeby ktoś mnie odrobinkę porozpieszczał dzisiaj, tak po prostu... Podał herbatę, pogłaskał po głowie, przykrył kocem....
Tęsknię.
S. nic nie wie. Tak samo jak Ł, jednak ten drugi za chwilę wróci i będę musiała mu powiedzieć czemu snuję się jak paralityk ;) Czuję się jak pensjonariusz na turnusie dla geriatyków :)
Najważniejsze, że nic mi nie jest. To sobie powtarzam od rana. Najważniejsze, że J. nic nie jest. I że ten gnojek jest cały...
Mam Anioła Stróża...
Zadziwiające, że zwątpiłam już w jego istnienie.
A jednak jakiegoś mam...

środa, 20 października 2010

Co gorsze?

Odeszłam.
Miałam dość narzekania i poczucia, że ze mną jest ciężko, że jestem najgorsza, że niedojrzała i dziecinna... Dość awantur o nierozładowaną zmywarkę i ubrania na fotelu. Dość samotnego siedzenia w poczuciu, ze nie mam prawa być zmeczona, że moja praca jest mniej wymagająca, mniej ważna. Dość poczucia winy za to jaka jestem. Dość bezsilnego płaczu wieczorami, gdy czułam się równie samotna co szczotka w łazience. Dość dotkliwego bólu w klatce piersiowej i braku oddechu, bo on kolejny raz mnie nie dotknął, jakbym nie istniała... Dość bycia zagłaskiwaną na śmierć, dość wiecznej kontroli i prób ograniczenia mi prawa do zycia po swojemu.
Juz wiem, ze mogę byc sama. Ale czy jest lepiej, łatwiej?
Lepiej... trudno to określić tym słowem, ponieważ jest inaczej. Czuję się dobrze nie słysząc pretensji o krzywo powieszony ręcznik czy naczynia w zlewie. Oddycham i mam świadomosć, ze teraz wpływają na mnie jedynie moje nastroje. Mam ten sam poziom bezpieczeństwa jaki miałam ostatnio ale bez bagazu wdziecznosci za samo czyjes istnienie. Łatwiej... nie powiedziałabym. Trudniej...tez nie mogę tak twierdzić.
Jest inaczej.
Przez większość czasu się śmieję, energicznie prę naprzód i przeskakuję przez pnie na drodze, ale czasem...
W taki dzień jak dziś emocje i tęsknota zwycieżąją. Tęsknię za ciepłym ramieniem wieczorem, za oddechem owiewającym mi szyję, gdy zasypiam, za lekkim zapachem piżma na poduszce, za śmiechem bez powodu, za dotykiem, za przelotnym pocałunkiem o poranku, brzmieniem głosu szepczącego: Kocham... Brakuje mi przytulenia, tak po prostu, ludzkiego. Brakuje mi namacalnej świadomości, że ktos jest obok, na wyciągnięcie ręki.
W takie dni jak dzisiaj zawijam się w ciepły koc, wypijam duszkiem butelkę wina i wbijam twarz w poduszkę zapominając się w płaczu. W taki dzień jak dzisiaj mam ochotę zapomnieć o zyciu.
Gorsze jest takie samotne być czy być z kimś przy kim zatracamy siebie?
Kiedyś, gdzieś, ktoś zapytał: "Co jest gorsze urodzic się wolnym kotem dachowcem i glodowac czy byc udomowionym persem i dusić się w czterech ścianach?" Wtedy tego pytania nie rozumiałam, dzisiaj rozumiem, ale odpowiedzi na nie jak nie znałam tak nie znam...

poniedziałek, 18 października 2010

Watch me burn...

Histeria mnie pokonała, o czym przekonałam się wczoraj pod wieczór.
Przekonałam się także, że moje uczucia i emocje są bardziej intensywne niż chciałam się przyznać przed samą sobą.
Weekend był bardzo nierówny i poszarpany począwszy od piątku.
W piątek rano K. sprawił, że w pracy wyłam jak bóbr z bezsilnej złości i ogarniającego mnie poczucia beznadziei. Popołudniowa dyskusja z nim zamieniła się momentalnie w pyskówkę. A wspomnienia wróciły jak bumerang i przetoczyły się grzmotem po mojej głowie. Wieczór u R. odprężył i wprawił mnie w doskonały nastrój. Dawno nikt mnie nie łaskotał, a to wbrew pozorom lubię :) (o ile nie wbija mi się paluszków między żebra ]:>) Po pysznym obiadku (wiwat dziwne kluski z gluta!) i bardzo odprężającej rozmowie (poza kilkoma momentami, kiedy miałam ochotę zadusić poduszką ;>) zrobiło mi się sennie... Przysnęłam... I wtedy zadzwonił S.
Ech... Nie jestem w stanie w jego przypadku przewidzieć wszystkich reakcji i zachowań, więc nawet nie próbuję. Grunt, że emocje wzięły w górę i po kilku dziwacznych zdarzeniach sytuacja się nieco zagmatwała, przez jego późniejsze milczenie, moje "nie-wiem-o-co-znów-chodzi" i "dlaczego-zapada-ta-dziwnie-przygnębiająca-cisza-naznaczona-niepewnością".
Emocjonalne rozedrganie i histeria. Jedynie w ten sposób mogę skomentować to co się ze mną działo w niedzielę. Poza spotkaniem z A., wspólnym pieczeniem sernika i śmiechem z Mariolki-krejzolki (zyskałam nowe spojrzenie na własną perukę, a duszek-piersiuszek do dziś powoduje u mnie napad chichotu :D) Spotkanie z A. uświadomiło mi jak bardzo trudno mi mówić o sobie i jak ciężko mi przestawić się na myślenie o sobie. Wypływało ze mnie to co jątrzyło najbardziej, w sposób urywany i mocno fragmentaryczny. Bolesna jest świadomość, że zwiazek, który miał rozwijać i uskrzydlać, poranił mi serce i sprawił iż mam o sobie jak najgorsze zdanie jako kobiecie. To przerażające. Nie umiem o tym mówić z lekkością i otwartością, to wszystko nadal wiąże się z ogromnym wstydem i poczuciem strasznej porażki. I poczuciem winy.
Gdy A. wyszła, ja wyciągnęłam z szafy ogromny sweter i owinęłam się nim doszczętnie, zwinęłam na łóżku i zaczęło być mi wszystko jedno. Wyłączyło sie nawet myślenie, a w głowie kołatało tylko: "To koniec"... Moja mama rano ze zdziwieniem zauważyła to, co próbowałam jej powiedzieć od tygodni. Atak histerii skwitowała słowami: "Jeżeli nastanie cisza, to znaczy, że nie było to dla ciebie. Ale przecież zadzwoni."
Po raz kolejny miała rację.
Telefon zadźwięczał "Lips of an angel" i nawet będąc w łazience wiedziałam, kto to... Łzy zamarły na policzkach a serce stanęło w oczekiwaniu najgorszego.
A najgorsze nie nadeszło. Zamiast tego nadeszło spokojne tłumaczenie i anielska cierpliwość. Kojący głos...
Jeszcze raz pokonał mnie strach i histeria. Jeszcze raz niepewność i bagaż wyniesiony z mojego dogorywającego związku, nakopały mi w dupsko. Ł. powinien był użyć młotka wiszącego na szafie... tego do wybijania głupot z głowy.

Nie poradzę nic, że tęsknię.
Nie poradzę nic, że nie mogę sobie poradzić ze wszystkim.
Nie poradzę nic, że....

Zasnęłam spokojnie wsłuchana w oddech...

Rano znów się uśmiechnęłam do odbicia w lustrze. :)

piątek, 15 października 2010

Popadam w obłęd

Powoli i systematycznie pogrążam sie w ciemnej czeluści bezsilności.
K. wykańcza mnie psychicznie każdą wiadomoscią, ktorą do mnie pisze. Precyzyjny, wykalkulowany ton i wyważone slowa, z ktorych kazde kąsa, acz trudno zarzucić im brak grzecznej formy. Nie znoszę być traktowana jak upośledzona pięciolatka i nie potrzebuję instrukcji jak mam żyć, oddychać i wkładać psu jedzenie do miski.
Czuję się coraz bardziej zmęczona i rozżalona, coraz bardziej osaczona. Powoli zaczyna ogarniać mnie zimna furia, jak Yaslanę albo Sadiego w opowieściach Czarnych Kamieni. Już niewiele brakuje do zamglonych oczu i chłodnego okrucieństwa, do precyzyjnie wymierzonych kroków i celnie rzuconych słów. Już niewiele brakuje do nienawiści, a tak bardzo nie chciałam tego...
Znów wzbiera we mnie ryk i wściekłość, znów bestia domaga się karmy z gniewu, znów Rozum pochłania mgła frustracji a Serce pogrąża się w ciemnym szaleństwie.

Zaczęły trząść mi się ręce i znów zaczęłam bełkotać, mówić niewyraźnie, kolejną fazą będzie jąkanie a potem milczenie. Czuję jak zaczyna działać mechanizm obronny i opadają kolejne opancerzone drzwi do mojego wnętrza, do umysłu, do emocji, do duszy... Zamykam się.
Wtłaczam uczucia do kolczastej kuli i zamykam w sejfie, do którego nie ma dobrej drogi, do któego dostęp mam tylko ja.
Wiem, co on robi i nie umiem zapobiec temu co się dzieje. Łamie mnie... Po prostu mnie łamie.. Sprawia, że wątpię w prawdziwość innych uczuć, sprawia, że wątpię w swój osąd. Sprawia, że wątpię w miłość i zaufanie.
Pragnę się zapomnieć, odciąć umysł od ciała i pozwolić działać instynktom, dać się prowadzić zwierzęcej naturze.. Szarpać, gryźć, atakować... Czuć obcą krew, obcy strach, obcy ból. Chcę niszczyć i rozrywać na strzępy. Chcę czuć czyjeś cierpienie. Chcę je zadawać.
Chcę zemsty...
Chcę wypuścić to, co zamknęłam dawno temu w sobie...
Ten medal ma jednak drugą stronę. Moja dusza przez to cierpi... Ilekroć zadaję ten ból komuś, ilekroć ranię, ilekroć realizuję zemstę, za każdym razem, moja dusza łka i przybywa ran na sercu. Nie potrafię zanurzyć się w nienawiści po czubek głowy, nie umiem nie słyszeć płaczu i nie reagować na ból. Moja dusza pragnie nieść ukojenie.
Jakiż to żart Boga? Z jednej strony zamknął we mnie dziką i krwawą bestię, z drugiej dał skrzydła i dobroć Serca. Skrzydeł nie widać, życie je podcieło, ale dobroć w sercu została. I boli.
Zamykam się.
I nie chcę.
Zamykam się....
A serce szepcze o...

środa, 13 października 2010

Słowem malowane..

Zasypiałam spokojna, wsłuchana w oddech, wsłuchana w ciszę. Było mi dobrze... Obudziłam się z uśmiechem, wyspana snem bez koszmarów, wyspana kolorem niebieskim jak prześcieradło Kudłatego... Zdarzenia wczorajszego dnia, płacz i to że upiłam się jednym piwem z nerw, nie miało dzisiaj znaczenia. Nie chcę nawet wspominać o wczorajszym wieczorze. Rozmowa z Krisem była ciężka, bolesna, trudna... i będzie odbijać się echem jeszcze długo na strunach moich emocji. Chcąc zapłacić za swoją kawę usłyszałam że chociaż raz na jakiś czas mogłabym dać mu się poczuć facetem. Przełknęłam gulę w gardle, bo co to miało znaczyć? Że do tej pory przy mnie nie czuł się facetem? Pięknie...
Rano odebrałam maila i z powodu głupiego żartu nerwy znów mi pękły, a cierpliwość i opanowanie rozsypały się w drobny mak. Kudłaty zadzwonił nie w porę, więc chociaż jego telefon wywołał na mojej twarzy uśmiech, to w ciągu 5 minut zepsułam humor i jemu i sobie... Czym? Swoimi głupimi pytaniami, swoją niepewnością, swoimi kompleksami. Nieufnością... Skoro dzwoni to znaczy, ze chce mnie usłyszeć, prawda? To przecież oczywiste, a ja idiotka, pytam po co dzwoni - a pytam bo chcę usłyszeć, że chciał ze mną porozmawiać.
Teraz jak nigdy potrzebuję słyszeć, że jestem potrzebna, ważna i miło się ze mną spędza czas. A tymczasem sprawiam, że człowiekowi odechciewa się nawet ze mną rozmawiać. Muszę się wziąć w garść i przestać mówić co myślę a zacząć mysleć co mówię, bo póki co mówię durnie. A tymczasem chciałabym powiedzieć mu z głębi serca: Taim i' ngra leat...

wtorek, 12 października 2010

Oczy szeroko zamknięte.

Uczę się powoli jak ignorować nadinterpretowania kołaczące się w mojej głowie.
W moim życiu nadszedł czas kolejnych zmian.

Primo: Oddycham i zasypiam bez lęku. Nawet koszmary stały się mniej dotkliwe.

Duo: Zaczęłam dietę. Uprzedzono mnie, że najbliższe 3 tygodnie mogą być koszmarne, ale... dam radę. Moje serce ma motywację najlepszą z możliwych....

Tertio: Czas na powrót do rozwoju intelektualnego. Myślę o studiach. Takich dla przyjemności, z czegoś co mnie fascynuje, np: historia sztuki albo fotografia... Wracam także do pisania. I nauki gry na gitarze. Zawsze chciałam, nie miałam samozaparcia i czasu.

Quatro: Staram się kierunkować uwagę w różne punkty by rozproszyć nadmiar emocji. Powoli zaczyna działać...

Poza tym uczę się ufać bez strachu o to, że wbiją mi nóż w plecy. nie jest to łatwe, ale się staram z całych sił. Byłoby proście gdyby nie wisiało w powietrzu tyle niewypowiedzianych słów...
Jeszcze tydzień temu byłam Kwiatuszkiem, teraz jestem: Justką... A rzekomo nic się nie zmieniło. Nieufna i niepewna staram się w to wierzyć i ignorować czerwone światło migoczące gdzieś w podświadomości. Nie wiem czy dam radę sama...

piątek, 8 października 2010

A góry płoną!

Kołyszę się na nitce nieokreślonych pragnień a góry płoną od niewypowiedzianych myśli....

Jestem jeszcze bardziej ruda. Dwa tygodnie w górach zrobiły swoje, bo złapałam pion i trzymam fason. Oddycham już bez przeraźliwego bólu w klatce i zasypiam spokojna. Koszmary minęły. Bez oddechu Kudłatego. Jak widać potrafię radzić sobie sama ze swoimi lękami.

Wczoraj konferowałam z Agunią do północy, dawno nie rozmawiałyśmy tak radośnie. Ma rację, odzyskuję równowagę i dystans, którego ostatnio mi brakło. Cieszę się z tego niezmiernie z tego powodu.

Afirmacja powoli zaczyna działać. Jestem zmianą, jestem transformacją. Jestem sobą, ale inną. Moje wiedźmowanie będzie silniejsze bo ja jestem silniejsza. Poza tym mieszkam z Wilkołakiem, a to też nie pozostaje bez odzewu ;-)))))

Przede mną kilka spraw do załatwienia, ale podchodzę do nich już ze spokojną głową, bez histerii i nadinterpretowania, bez zbędnych emocji.
Jeżeli coś pójdzie nie po mojej myśli, już nie wpadnę w panikę, bo mam wyjście awaryjne. Niezbyt szczęśliwe, ale dobre dla mnie w ostatecznym rozrachunku. Postanowiłam chronić swoje serce i duszę, bo mam tylko je.
Odnajdowanie siebie i harmonia z samym sobą nie jest egoizmem. Jest równowagą. :)

środa, 6 października 2010

Trzy krople...

Drążą mnie trzy krople. Drążą jak skałę a ja boję się, że mnie pokonają.
Pierwsza...
Koszmary wróciły... Wiem, że to przez nagromadzenie emocji, których nie umiem rozpuścić w sobie, w żaden sposób odreagować.
W nocy znów realistyczny sen, w którym ktoś chciał mi zrobić krzywdę a ja nie mogłam krzyczeć, zawołać. Najstraszniejsze jest właśnie to, że nie mogę wydobyć z siebie głosu, krzyk wzbiera we mnie i rozsadza zblokowane struny głosowe. Nawet jednego chrapliwego oddechu... Nic.
Obudziłam się spłakana. Na szczęście bez spazmów jak ostatnim razem... Głos Kudłatego w telefonie wyciszał i koił, odganiał złe sny. Muszę się nauczyć jak sobie radzić z koszmarami... Kudłaty nie zawsze będzie w zasięgu, a ja nie wiem co robić gdy wybudzam się przerażona w środku nocy a wokół jest pustka. Nie będę przecież wydzwaniała wtedy do ludzi. Boję się zasnąć...

Druga...
Poczucie winy podstępnie zakrada się i atakuje zawsze wieczorami, gdy szykuję się spać. Czuję się winna marnowania ludziom życia, osaczania ich, przyzwyczajania do mnie i uzależniania... A. powiedziała mi kiedyś, że powinnam skończyć z uzależnianiem od siebie ludzi, z przyzwyczajaniem ich do tego, ze jestem. Roześmiałam się wtedy bo nie zauważyłam nic takiego, ale rzeczywiście tak jest... To znaczy uzależnienie to zbyt wielkie słowo, przyzwyczajam ludzi do tego, że jestem. A potem nagle znikam... Niektórzy ciężko to przechodzą... A ja znikam gdy czuję, że się narzucam albo zaczynam przeszkadzać i męczyć.
X powiedział że go rozkochałam w sobie. Żartował, ale czy do końca? Nie planowałam tego, nie chciałam... po prostu tak się zdarzyło, a ja przez te jego żarty zastanawiam się czasami czy aby nie czuje się przez to skrzywdzony. Przecież to komplikuje wszystko...
K.... to największy problem. I z jego powodu poczucie winy jest najsilniejsze. Często mówił, że beze mnie jego życie straci sens. A teraz? Ja odchodzę. Martwię się o to co z nim będzie. Nie boję się, że coś sobie zrobi, jest na to za silny, za rozsądny, za mądry. Martwię się, że tak go zranię iż nikomu więcej nie zaufa. Czuję się winna zawiedzionego zaufania właśnie. Bo odchodzę, zostawiam mimo iż mówiłam że będę zawsze... Ranię. Inni cierpią. Poczucie winy mnie zjada. Właśnie za to cierpienie nałożone na innych. TO wszystko trudno wyjaśnić, trudno zrozumieć. Zdaję sobie sprawę, że ktoś czytający i patrzący na to z boku może mieć niezły ubaw i ni w ząb tego nie rozumieć. Ja rozumiem i dla mnie to wystarczy. Trudno mi jest nagle przestać się przejmować innymi, gdy przez całe życie właśnie tak robiłam: przejmowałam się tym co inni czują, myślą, widzą... Teraz uważam że to co ja chcę jest najmniej ważne i nie zasługuję na to. Wychodzi mi to już bokiem...

Trzecia...
Trzy S.
Samotność, strach, samookaleczenie.
Samotność i strach wiążą się ze sobą, jedno wynika z drugiego. Samookaleczenie jest konsekwencją obu.
Samotność... - kompletny brak kogokolwiek. Zero. Nul. Pustka. Nie chodzi mi o brak fizyczny, w końcu mam przyjaciół, rodzinę... Chodzi mi o ten rodzaj samotności, który narzucam sobie sama - izolację. Izoluję się od ludzi bo się boję. Kolejnego zranienia, tego że ja zranię, że zacznę się narzucać i być upierdliwa, że ktoś zacznie mnie osaczać, nadmiernie kontrolować. Naprawdę jestem emocjonalnym tchórzem - boję się uczuć. Boję się wypuścić je na zewnątrz, takie nieokiełznane, burzliwe, intensywne. Boję się że mogą wszystkich dokoła wystraszyć wpychając mnie tym samym w jeszcze większą izolację. Błędne koło.... Mówiąc o samookaleczeniu nie mam na myśli wypalania sobie dziur, cięcia się czy innego rodzaju kaleczenia fizycznego. Stać mnie przecież na więcej... ja się sama okaleczam psychicznie, nadinterpretując t,o co mnie dotyka, wyobrażając sobie najgorsze scenariusze, odpychając tych, na których mi najbardziej zależy... Wmawiając sobie że na nic nie zasługuję, że nie ma we mnie nic wartościowego. Podświadomie wiem, że to bzdury ale nadal wmawiam to sobie z uporem wariata. Powiększam swoja własną emocjonalną schizofrenię... I nie pozwalam sobie pomóc, chociaż w głębi mnie wszystko krzyczy: Pomóż mi! Nieliczni mają cierpliwość żeby się przez to przebijać. Boję się, że i im zabraknie cierpliwości.

Trzy krople drążące mnie jak skałę.
Czy pokonam je? Bez pomocy nie dam rady, ale nie umiem już o pomoc prosić, a jasnowidzów jak na lekarstwo...

wtorek, 5 października 2010

Kiedy powiem sobie dość...

Znów buzuje we mnie gniew. Na świat, na wszystkich, na dziurę w skarpetce i złamany paznokieć, ale jednak głównie na siebie samą. Zadziwia mnie jak wiele barw może ten gniew przybrać. I jakie konsekwencje może za sobą nieść...
Znów boję się zasnąć. Tym razem nie przez koszmary, a przez silne pragnienie by się już nie obudzic. Boję się, ze ktoś na górze mógłby przez przypadek tego pragnienia wysłuchać. Boje się a jednoczesnie chcę tego... Dlaczego? Bo tak byłoby prosciej. Moje tchórzostwo życiowe znów kieruje mnie na mieliznę i nakłania do tego by wybrać "łatwiej". Ale łatwiej nie znaczy lepiej...
Mam trudności z uzasadnieniem i ubraniem w słowa tego czego chcę, a dokładniej mam trudności zdokładnym określeniem tego czego chcę. Do tej pory swoje potrzeby i problemy spychałam na szary koniec łańcucha decyzyjnego i w większości wypadków zdawałam się na ślepy traf. Tym razem nie ma wyboru losowego. Tym razem muszę spojrzeć trzeźwo na wszystko i wybrać świadomie. A to boli. Boli bo wiem, że której drogi nie wybiorę to i tak będzie naznaczona cierpieniem. O wiele łatwiej cierpieć mi samej niz narażać i sprowadzać cierpienie na innych... Ale czy to jest uczciwe? Nie... Nie da się oszukać Serca...
Ważnych rozmów nie przeprowadza się w poniedziałki, dlatego z K. umówiłam się na wtorek. Nie mam pojęcia jak mu powiedzieć wszystko, jak przekazać decyzję. Chciałabym zrobic to delikatnie, bezboleśnie ale nie jestem kompletną idiotką. Nie da sie tak. Będzie bolało jak cholera. Nas oboje...
Zakupię dwie albo trzy butelki wina i po powrocie do domu się urżnę. Jak nigdy mam na to ochotę, czuję potrzebę. Gdybym mogła to juz dzisiaj urżnęłabym się do nieprzytomnosci, ale niestety muszę rano ruszyć dupsko z Leśnego Dworu i zająć się sprawozdaniem finansowym szanownego klienta... Zadowalam się dużą butelką Redd's.
Boję się spojrzeć na siebie w lustrze, na siebie taką rozmemłaną, bez makijażu, zapłakaną. Na siebie świadomą ciosu, który zadam. Boję się spojrzeć na siebie w lustrze by odbicie nie rzuciło mi w twarz cynicznego: "Egoistka!"
Wiem, że przyjdzie czas kiedy powiem sobie "Dość". Wiem, że przyjdzie czas kiedy przyznam, że miałam prawo do tego by tak zrobić. Wiem to... tymczasem jedyne na co umiem sobie pozwolić to gniew na samą siebie.
Za rozbicie Serca na milion małych kawałków.
Czyjegoś...

poniedziałek, 4 października 2010

Tsunami za progiem...

Spokojna atmosfera Polanicy pomaga, bo w głowie nie mam już bajzlu. Odetchnęłam głęboko i już wiem co muszę zrobić. Moje tchórzostwo uwiera, ale nie dam lękom rządzić moim światem i życiem.

Nie mam prawa nikogo oszukiwać, nawet samej siebie. Nie zasługuję na trwanie w wygodnictwie i kłamstwie, nie mam też prawa narażać na to nikogo innego.

Zaczęłam czytać książkę "Eat. Pray. Love" i wyłam. Jakbym czytała o sobie miejscami. Po prostu jakby ktoś otworzył mój pamiętnik i żywcem spisał moje przeżycia i uczucia, moje rozterki. Szczególnie z ostatnich miesięcy....

Znów jestem ruda i znów zapuszczam włosy, zupełnie jakbym chciała zatoczyć koło i zamknąć cykl. Zaczęło się wszystko gdy miałam długie włosy w rudym kolorze.

Nie wiem czy nie będę żałować podjętej decyzji, ale wiem że nie mogę jej nie podtrzymać albo nie podjąć działania. Nie mogę. Po prostu wiem. Jeżeli zostawię wszystko tak jak jest to albo zwariuję do końca albo skoczę z mostu. To też wiem.

Chcę złożyć pozew o rozwód. Powiem K. jak tylko wrócę. To jedyna słuszna decyzja. Nie można tkwić w zawieszeniu. Trudno jest być z kimś kogo jednocześnie się kocha (na swój sposób) i nie jest się go w stanie znieść.
Nawet założywszy, że do końca życia będę sama nie umiałam się przekonać do pozostania przy nim. Żadne z nas na to nie zasłużyło.
Byłoby łatwiej gdybym go nienawidziła, ale nie umiem, nie potrafię. Jest za dobrym człowiekiem. Nie będę pisać dlaczego z nim nie chcę być, dlaczego nie mogę. To zbyt osobiste i zbyt bolesne. Nie będę pisać dlaczego go kocham i chciałabym zostać. Nie będę opisywać jego wad ani zalet.

Będzie ciężko. Wiem, że zapanuje poczucie pustki i porażki. Ogromnej porażki. Wiem, że przyjdzie moment na rozpacz i depresję. Na poczucie winy i straty. Wiem, że przyjdzie samotność. Wiem, że mogę stać się nieznośna i marudna. Wiem, że... dużo wiem.
W tej chwili czuję się jak emocjonalnie upośledzony karzeł z dzwonnicy. Emocjonalny ślepiec. Życiowa łamaga.
Czuję, że spieprzyliśmy oboje na całej linii i wiem, że jest już za późno by cokolwiek łatać. Materiał jest zbyt wiekowy i drze się wszędzie.
Mam trzydzieści lat i życie wali mi się na łeb. Na własne życzenie.
Mam trzydzieści lat i zaczynam od nowa.
Mam trzydzieści lat i nie mam nic poza sobą.

Obecnie przechodzę moment użalania się nad sobą, a jednocześnie drażni mnie każdy przejaw litowania się nade mną. Frustruje mnie krytyka i niezrozumienie, a jednocześnie nie daję nikomu nawet zbliżyć się do tego co tkwi głęboko we mnie. Emocjonalny chaos...

Ciężko idzie mi akceptacja i zrozumienie. Ciężko mi zaakceptować to co wiem i co tkwi głęboko na dnie Serca: że jestem warta miłości i zasługuję na szczęście, że jestem kimś wartościowym, że to co się dzieje jest bolesne, ale ból minie, że krzywdziłabym bardziej zostając i tkwiąc w tej matni.... Że odrodzę się i nie stracę oddechu.... Że nadal będę umiała kochać i czuć.... Że nadal będę pełna ciepła i optymizmu.
A przede wszystkim, że nie zrażę do siebie tych, którzy mnie kochają. Że nie stanę się w ich oczach emocjonalnym debilem i zgorzkniałą jędzą.

Ogarnia mnie czarne poczucie życiowego tsunami, które niszczy wszystko.
Ale przecież jest Afirmacja, która przyszła do mnie.

Przypominam sobie o niej...

"Jestem Feniksem zrodzonym z popiołów i płomieni..."

Widocznie ziemia wokół mnie już zaczyna płonąć. Powinnam zamiast użalać się, zaczerpnąć siłę z ognia i dać się spopielić. A potem powstać...

Modlę się o siłę.

poniedziałek, 27 września 2010

Niepewność...

Jestem w Zakopcu. Za oknem zimno, buro i mokro - nic zachęcającego do wyjścia na dwór ani do radośniejszych przemyśleń. Zupełnie jakby pogoda sprzysięgła się przeciwko mnie i zawiązała pakt z drążącą mi Serce niepewnością i opadającymi mnie wątpliwościami.
Pracy dużo lecz póki co narzekać na większe niezgodności nie mogę. Trzeba się sprężać z badaniem bo czasu mało. Damy radę!

Z rzeczy miłych i sympatycznych kupiłam wczoraj kozaczki. Beżowe z jasnymi pomponikami, zamszowe, w sam raz pasujące do mojej kożuszkowej kurteczki na zimę. Fantastycznie wyglądają mi na nogach, ładnie opinają łydkę, tuszując nieco jej masywność i rysujące się mięśnie. Cieszę się z zakupu podwójnie, bowiem primo - zakup udany, duo - w Karpatach zapowiadali śnieg. Biorąc pod uwagę, ze czeka mnie jeszcze wycieczka do Polanicy i Karpacza istnieje znaczne prawdopodobieństwo iż na biały puch się natknę. Ocieplane buty się przydadzą :D

Na poprawę humoru mam owcę do przytulania!

Tydzień mieszkania samodzielnie minął. Nie mogę narzekać, chociaż trudno uznać że rzeczywiście byłam sama. Przez dom przewijało się dużo ludzi, a realnej samotni doświadczyłam przez dwa - trzy dni. Pozostawię to bez komentarza.
Ostatnia wizyta Kudłatego była wnosząca nieco do sprawy, ale nadal dziwna w skutkach. Tęsknię jak tęskniłam, może przez chwilę byłam nieco spokojniejsza. Teraz jednak... Ech... Mnie chyba nigdy nie będzie dane uspokoić rozhisteryzowaną Serce...

Kudłaty ostatnio zadawał dziwne pytania. I równie dziwnie mówił. Nie wiem sama czy kłaść to na karb tego iż był pod wpływem alkoholu czy pominąć ów fakt, bo przecież nie był pijany...
Sama nie wiem, którą wersję uznać za lepszą dla mnie samej.
Właściwie pytania i stwierdzenia dotyczyły jednej kwestii. Naprawdę nie wiem co o tym myśleć. Póki co czuję niepokój.

Powoli zaczynałam stawać na nogi a tymczasem czuję jakby znów grunt usuwał mi się spod nóg. Jestem zmęczona chodzeniem po grzęzawisku, na którym muszę uważać na każdy krok. Dlaczego nie mogę znaleźć się na ubitym trakcie? Chociaż raz...
Sytuacja staje się mocno dziwaczna. Role popieprzyły się nieco i nie wiem czy to kwestia spaczonego poczucia humoru Pana Rzeczywistość czy też przewrotna natura mnie samej. Z Kudłatym po tym co powiedział w sobotę trudno mi rozmawiać, bo nie wiem jak mam się ustosunkować do tych jego wypowiedzi. Nietrafiony żart? Stwierdzenie faktu? Uprzedzenie o planach? A może próba wybadania w obliczu tego co już się wydarzyło?
Niepewność i bezradność męczy mnie ostatnio jak nic na tym świecie. Poza tym oszukał mnie i moje mocno zachwiane zaufanie do płci przeciwnej daje o sobie znać. Oszukał w sprawie błahej i niewiele znaczącej. Wiedźma we mnie poddaje w wątpliwość zasadność mojego zaufania. Przecież skoro tak łatwo przyszło mu oszukanie mnie w przypadku takiego duperela to nie będzie miał żadnych problemów by uczynić to samo w sprawie istotnej, prawda?
Odzywa się od czasu do czasu ale to nie to samo co wcześniej. Zupełnie jakby podjęta decyzja i ostatnia jego wizyta uwieńczyła osiągnięcie zamierzonego celu i stratę zainteresowania.
Poza tym powiedział bratu. Dziwnie mi z tą świadomością, bo nie wiem co na to usłyszał w odpowiedzi. Przecież nawet jeżeli zapytam to mi nie powie, przynajmniej nie wszystko. Powie co uzna za stosowne i co będzie sam chciał. Z drugiej strony jeżeli napomknął chociaż to znaczy, że nie traktuje całej sprawy jako takiej, która przeminie z wiatrem i jest jedynie kurzem na meblu. To pocieszające. No chyba, że po prostu się pochwalił... hmmm.... nie wiem jak to nazwać... sukcesem? Albo potraktował to jak ciekawostkę przyrodniczą...
Przerysowuję.
Histeryzuję.
Tycieńkę...
Wczoraj dzwonił do mnie K. Tak przed snem. Zamienili się chyba z Kudłatym na "role". Rozmawiał ze mną póki nie usnęłam. Dał mi się wygadać i był zadziwiająco miły. Zaprosił mnie do kina po moim powrocie. I na kawę. Bez zobowiązań... Nie wiem czy pójdę. Z jednej strony mam na to ochotę bo mimo wszystko go lubię. Z drugiej strony nie wiem czy to dobry pomysł, bo nie chcę wzbudzać nadziei.
Ja serio jeszcze nie postanowiłam nic ostatecznie. Waham się. To szczere i uczciwe pochylenie głowiny przed Życiem.

piątek, 24 września 2010

Afirmacja

Jestem transformacją...
Jestem zmianą..
Jestem odrodzeniem...
Jestem końcem i początkiem..
Jestem zwrotem...
Jestem śmiercią i jestem zmartwychwstaniem...
Jestem Feniksem powstałym z popiołów i płomieni....

Oto ja.

Wczoraj medytowałam do późna. Wypaliłam białą świecę do cna. Położyłam się pachnąca wanilią i magnolią. Zanurzyłam nos w pachnącą Aniołem poduszkę, a mój oddech stał się modlitwą szeptaną przez Serce.

Śnił mi się sen. Jeden z TYCH snów.

Płynęłam po niebie z Aniołami.
Byłam Nimi. Wszystkimi na raz i każdym z nich z osobna. Trącały mnie skrzydłami dając przyjemność i radość. Byłam ponad i pod. Naraz. Wszędzie.
Jak mgła otaczająca i wpełzająca do otchłani lasu na stoku góry.
Powietrze pachniało wolnością.
Opadłam na Ziemię i spopieliłam ją całą, a siebie wraz z nią.
Świat spowiła cisza.
Wystrzeliłam z płomieni nowa i czysta, jakby ogień zabrał wszystkie troski i zmartwienia.
Byłam Feniksem, byłam Aniołem, byłam Szeptem, byłam Uśmiechem, byłam Spojrzeniem, byłam Tchnieniem...

Obudziłam się lekka i spokojna.
Obudziłam się pełna energii.
Obudziłam się nowa.

Znaczenie snu przyjdzie do mnie.
Dzisiaj przyszła Afirmacja.
Kołacze mi się w głowie sama z siebie.

Jestem transformacją...
Jestem zmianą..
Jestem odrodzeniem...
Jestem końcem i początkiem..
Jestem zwrotem...
Jestem śmiercią i jestem zmartwychwstaniem...
Jestem Feniksem powstałym z popiołów i płomieni....

czwartek, 23 września 2010

Niemy krzyk...

.....
.....
....
....
....
....
....
....
....
....

Niemy krzyk.

Mam dość wysłuchiwania jaka jestem niedobra i niedojrzała.

Mam dość traktowania mnie jako winnej zła na świecie.

Mam dość.
Po prostu...
Mam ochotę skoczyć w ciemną otchłań i mieć w końcu święty spokój.
Nie wiem czego chcę. To znaczy nie... Wiem czego chcę ale się boję podjąć decyzję.
Boję się bo ona jest taka ostateczna.

Można mną tak łatwo manipulować.

Rozmowa z K. wyssała ze mnie energię.
Owszem nie mogę mu zarzucić że stanowił fizyczne wsparcie. Nigdy w życiu. Ale zabrakło wsparcia emocjonalnego. Rozważania na temat wyższości jednego nad drugim nie wydają mi się zasadne.

Czuję się podle, pełna winy, chociaż jednocześnie narasta we mnie gniew bo nie widzę ku temu podstaw. To mnie dobija i powoduje, że najchętniej zwinęłabym się w sobie i zniknęła.

Zawinęła w czerń...

środa, 15 września 2010

W poszukiwaniu zaginionej siebie...

Mętlik w głowie nie zniknął, został jedynie zepchnięty głęboko na dno świadomości. Przynajmniej do czasu gdy odejdą emocje i stres związany z egzaminem i będę miała czas by się chwilę zatrzymać. W piątek rano odbieram klucze do kawalerki i przewożę swoje rzeczy. Popołudniu odbieram z dworca Lwiczkę i spędzimy ostatni wspólny wieczór na bardzo długo... wyjeżdża do Anglii. Uważam, że dobrze robi, bo otworzy to przed nią nowe drogi, nowe możliwości, nowe perspektywy. Usamodzielni się i nabierze doświadczenia życiowego, dorośnie...
Zacznie od nowa...
Ja też.
I ja też dorosnę.

W sobotę spędzę pierwszy wieczór zupełnie sama. W zupełnie nowym miejscu. Spojrzę na siebie z zupełnie nowej perspektywy.
W pierwszym odruchu chciałam zaprosić Kudłatego, żeby zajrzał na weekend, ot tak.. pograć w Carcassonne i coś wspólnie obejrzeć, jednak po wczorajszym wieczorze zmieniłam zdanie. Nie wiem sama czemu... Z jednej strony chciałabym żeby przyjechał, z drugiej mam ochotę na zamknięcie się przed światem i lenienie się cały weekend.

Szukam siebie...
Znajdę?