czwartek, 17 czerwca 2010

Mickiewicz musi zginać... c.d.

"Emocjonalna pustka” jest określana przez psychiatrów mianem aleksytymii (a – brak, lexis – słowo, thymos – emocja). Osobom takim brak słów na określenie tego co czują. Do charakterystycznych dla aleksytymików cech klinicznych należy trudność jaką sprawia im opisanie własnych uczuć lub uczuć innych osób oraz bardzo ograniczone słownictwo dotyczące emocji. Co więcej mają kłopoty z odróżnianiem uczuć jak również doznań emocjonalnych od somatycznych.

Można być intelektualnie sprawnym, ale nie mieć wyczucia wagi spraw. Silne uczucia potrafią zmącić tok myślenia lecz ich brak działa równie destrukcyjnie. Dla kilku wariantów tego samego można znaleźć za i przeciw. Bez emocji nie będzie możliwy wybór żadnego wariantu. Kluczem do podejmowania bardziej rozsądnych decyzji w naszym życiu osobistym jest dostrojenie się do naszych uczuć.

Jak wykazał Freud, życie emocjonalne jest w dużej wierze nieświadome, kłębiące się uczucia nie zawsze przekraczają próg świadomości. Ten psychologiczny aksjomat został empirycznie zweryfikowany przez eksperymenty z emocjami, których nie jesteśmy świadomi, takie jak te które doprowadziły do doniosłego odkrycia, że ludzie nabierają upodobania, do rzeczy, które widzieli, nie zdając sobie sprawy z tego, że je widzą.
Np. jeżeli osobom, które boją się węży, pokazuje się obrazki przedstawiające te stworzenia, to umieszczone na ich skórze czujniki rejestrują wydzielanie się potu, mimo, że osoby te twierdzą, że nie czują w ogóle lęku. Pot pojawia się nawet wtedy, kiedy obrazki węża wyświetla się tak szybko, że nie da się tak szybko, że nie da się ich zarejestrować na poziomie świadomości. Kiedy nieświadome emocje nadbudowują się przenikają do świadomości.

Sztuka uspakajania się jest podstawową umiejętnością życiową. Zgodnie z tą teorią emocjonalnie zdrowe dzieci uczą się uspokajać i uśmierzać swoje emocje, traktując się w taki sam sposób w jaki traktują je ich opiekunowie, dzięki czemu staja się bardziej odporne na wstrząsy. Ogólnie mamy ograniczoną kontrolę nad tym kiedy i jaka emocja nas ogarnia. Mamy jednak wpływ na czas jej trwania. Nie chodzi tu o zwykły smutek czy zmartwienie. Kiedy bardzo intensywne emocje utrzymują się zbyt długo, to przybierają krańcową nieprzyjemną postać chronicznego niepokoju, niepohamowanej furii czy depresji.

Załóżmy, że na szosie wyprzedza cię inny samochód i wciska się przed ciebie tak niebezpiecznie, iż musisz przyhamować, aby się z nim nie zderzyć. Jeśli nasuwa ci się automatycznie myśl „Ten sukinsyn!”, to trajektoria twojej wściekłości zależy w dużym stopniu od tego, czy po tej myśli pojawią się inne, pełne oburzenia i chęci zemsty: „Mógł mnie walnąć! To skurwiel – nie ujdzie na sucho!” Ściskasz kierownice tak silnie, że aż bieleją ci kostki palców – jest to namiastka duszenia owego kierowcy za gardło. Twoje ciało mobilizuje się nie do ucieczki, ale do walki – trzęsiesz się, na czole występują ci krople potu, serce wali jak młot, mięśnie kurczą się w groźnym grymasie. Chcesz zabić tego faceta. Jeżeli w tym momencie zatrąbi kierowca jadący za tobą, bo przecież zwolniłeś, możesz wybuchnąć wściekłością także na niego. Tak wygląda stan wzmożonego napięcia, który prowadzi do nieostrożnej jazdy, a nawet strzelaniny na szosach.
Przeciwstawmy temu stopniowemu narastaniu wściekłości bardziej życzliwą dla kierowcy, który zajechał ci drogę linię rozumowania: „Może mnie nie zauważył, a może do takiej szaleńczej jazdy zmusza go konieczność, na przykład jak najszybsze dostarczenie chorego do lekarza.”. Przyjęcie takiej możliwości łagodzi gniew ponieważ wyzwala w nas poczucie litości czy miłosierdzia oraz pozwala na spokojniejszą ocenę sytuacji.
Ze wszystkich rodzajów nastrojów jaki pragniemy unikać najbardziej nieustępliwa jest złość. W odróżnieniu od smutku złość dodaje nam werwy i animuszu. Ciąg gniewnych myśli, który podsyca złość, jest także potencjalnie kluczem do jej stłumienia: poddawanie w wątpliwość i nadwątlanie przekonań rozpalających złość jest najlepszym sposobem na opanowanie jej. Przedstawienie sobie innego obrazu sytuacji wywołującej złość jest jednym z najskuteczniejszych sposobów jej stłumienia.

Czynnikiem wyzwalającym złość jest poczucie zagrożenia. Zagrożenie może sygnalizować nie tylko bezpośrednia groźba ataku fizycznego, ale również co zdarza się częściej symboliczne naruszenie poczucia godności własnej: niesprawiedliwe lub grubiańskie potraktowanie nas przez kogoś, obraza albo poniżenie, udaremnienie prób osiągnięcia własnego celu. W tych sytuacjach układ limbiczny reaguje dwojako: z jednej strony powoduje wydzielanie się katecholamin (adrenalina, noradrenalina), które wyzwalają szybki, krótkotrwały przypływ energii wystarczający do „jednej dynamicznej akcji”. Ten przypływ trwa kilka minut, podczas których w zależności od tego jak mózg emocjonalny oceni szansę każdego z tych działań, ciało przygotowuje się do gwałtownej walki albo szybkiej ucieczki. W tym czasie inny strumień wysyłanych przez ciało migdałowate stymuluje centralną reakcję kory nadnercza wytwarzając stan podwyższonej gotowości do akcji. To pobudzenie może trwać kilka godzin do kilku dni. Tłumaczy to dlaczego osoby, które zostały wcześniej sprowokowane tak łatwo wybuchają gniewem na kogoś innego.

Kiedy ciało znajduje się w stanie napięcia i coś wyzwoli reakcję zwaną porwaniem emocjonalnym to następna emocja bez względu na to czy jest to złość czy niepokój jest niezwykle intensywna.
Fale złości nawarstwiają się. Druga fala nadchodzi zanim ustąpi pierwsza itd. Myśli w trakcie nawarstwiania się wywołują dużo większy gniew niż te, które pojawiły się na początku. Jeżeli stanu tego nie będzie hamował rozsądek może dojść do przemocy. W tym momencie jesteśmy bezlitośni, nie trafiają do nas żadne argumenty. Zemsta, brak myśli o konsekwencjach.

Są dwa główne sposoby radzenia sobie z wściekłością:
1) Uchwycenie myśli wywołujących złość i przeciwstawienie się im. Ważny jest moment kiedy się na to decydujemy. Im wcześniej tym skuteczniej. Złość można nawet całkowicie zablokować, jeżeli informacje korygujące dotrą odpowiednio wcześnie. Łagodzące informacje, pozwalają na ponowną ocenę zdarzeń tylko przy mały poziomie gniewu. W chwilach wielkiej złości „nie myślimy zbyt jasno”.
2) Drugi sposób uśmierzenia złości polega na odzyskaniu równowagi fizjologicznej. Najlepiej przeczekać przypływ adrenaliny w otoczeniu w którym mało prawdopodobne jest znalezienie się w następnej sytuacji wywołującej złość. Oznacza to, że dla zakończenia sprzeczki trzeba się na chwilę odizolować od drugiej osoby.
Dobrym sposobem jest też rozrywka, ponieważ trudno być złym spędzając przyjemnie czas. Oto kilka taktyk:
• Wyjście dla ochłonięcia
• Długi spacer
• Ruch i wysiłek fizyczny
• Głębokie oddychanie i rozluźnianie się
Niepowodzeniem kończy się wyciszenie, jeżeli przeżuwamy swoją złość.

Pogląd jakoby katharsis – danie upustu złości było w stanie uśmierzyć złość jest znany od dawna. Nie jest on jednak zgodny z prawdą. Wyładowanie złości wcale jej nie zmniejsza a może nawet potęgować. Upust złości jest złym rozwiązaniem ponieważ mózg emocjonalny jest wówczas pobudzony i sprawia, że jesteśmy jeszcze bardziej pobudzeni. O wiele bardziej konstruktywna jest rozmowa po ochłonięciu i wyciszeniu.

Niepokój jest w pewnym sensie analizowaniem sytuacji i zastanowieniem się nad tym co może się nie udać i jak mamy sobie z tym poradzić; celem niepokoju i martwienia się jest wynajdowanie sposobów wyjścia z zagrożeń. Kłopot zaczyna się wtedy gdy mamy doczynienia z chronicznym niepokojem z chronicznym niepokojem. Dokładna analiza wykazuje, że ma on cechy porwania emocjonalnego o niskim nasileniu. Jeśli ten cykl nasila się i utrzymuje to stopniowo przeradza się w pełno objawowe zespoły zaburzeń lękowych, które mogą przybrać postać fobii, nerwicy natręctw czy ataków lękowych.

Smutek wywołany stratą objawia się zawsze ucieczką od zainteresowania rozrywkami i przyjemnościami, skupiając uwagę na tym co straciliśmy i brakiem energii do podejmowania nowych przedsięwzięć. Mówiąc krótko, zmusza nas do zaprzestania pogoni za wszystkim, oderwanie się od pochłaniających na co dzień spraw i do refleksji abyśmy mogli opłakać stratę i przystosować się do nowej sytuacji i poczynić nowe plany. Kiedy czujemy się przygnębieni chętnie szukamy samotności, ale bardzo często skutkiem tego jest poczucie opuszczenia. Ogarnięte depresją kobiety są znacznie bardziej skłonne do przeżuwania myśli niż mężczyźni.

Wyobraź sobie, że jedziesz w gęstej mgle nie znana ci stromą i krętą drogą. Nagle zaledwie parę metrów przed tobą wyjeżdża z pobocza inny samochód. Jest zbyt blisko, abyś mógł się zatrzymać. Wciskasz w podłogę pedał hamulca i wpadasz w poślizg, a twój samochód uderza w bok tamtego. Tuż przed hukiem, brzękiem tłuczonych szyb i zgrzytem metalu trącego o metal postrzegasz, że w tamtym samochodzie jest pełno maluchów jadących do przedszkola. Potem w nagłej ciszy, która następuje po zderzeniu słyszysz płacz i krzyki. Podbiegasz do tamtego samochodu i widzisz, że jedno z dzieci leży w bezruchu. Ogarniają cię wyrzuty sumienia i smutku z powodu tej tragedii...

Według jednej z teorii płacz może być naturalnym aparatem obniżenia poziomu związków chemicznych w mózgu, które powodują uczucie przygnębienia. Teza o oczyszczającym działaniu płaczu jest bałamutna ponieważ płacz wzmacnia skłonność do przeżuwania myśli i przedłuża niedolę.
Elektrowstrząsy są bardzo skuteczne w leczeniu najostrzejszych form depresji gdyż powodują utratę pamięci krótkotrwałej, dzięki czemu nie pamiętamy dlaczego jesteśmy smutni.
Innym antidotum jest dodawanie sobie otuchy i przyjemności zmysłowych od gorących kąpieli po słuchanie muzyki i uprawianie seksu. Bardzo skuteczną metodą podniesienia sobie nastroju jest zapewnienie sobie łatwego zwycięstwa albo niewielkiego sukcesu. Porównanie się z kimś kto jest w gorszej sytuacji ma zaskakująco dobry wpływ na poprawę naszego nastroju.
Skutecznym sposobem jest również pomaganie innym w potrzebie. Ponieważ depresja żywi się przeżuwaniem myśli i zaabsorbowaniem własną osobą – pomaganie innym zmniejsza to zaabsorbowanie.

„Kopnął kolegę z pokoju w brzuch...” Tak zaczyna się zdanie. Kończy się zaś: „...ale chciał po prostu zapalić światło”.

Wypieranie uczuć nieprzyjemnych jest pewnego rodzaju podnoszeni się na duchu, pozytywnym rozszczepieniem oraz – być może – jakąś wskazówką co do charakteru poważniejszych stanów rozszczepienia, które występuje powiedzmy, we wstrząsie pourazowym. Jeśli wynikiem tego jest po prostu spokój ducha to wydaje się, że to jest dobra strategia dla osiągnięcia samoregulacji emocjonalnej, aczkolwiek koszt jaki płaci za to samoświadomość jest nieznany.

Wyobraź sobie, że masz cztery lata i ktoś robi ci taką oto propozycję: jeśli zaczekasz, aż załatwi on(a) jakąś ważną sprawę, to dostaniesz za to dwa cukierki, jeśli natomiast nie zdołasz spokojnie poczekać do tego momentu, to dostaniesz tylko jeden, ale za to od razu.

Jest to wyzwanie, które na pewno wystawi na ciężką próbę charakter każdego czterolatka, mikrokosmos odwiecznej walki między impulsem a hamulcem, id i ego, pożądaniem i samokontrolą, nagrodą i odłożeniem jej w czasie. Wybór, którego dokona dziecko ma wymowne znaczenie – pozwala nie tylko przekonać się jaki ma charakter, ale również przewidzieć, jaką prawdopodobnie obierze drogę życiową.
Ludzie, którzy w dzieciństwie potrafili zapanować nad emocjami wykazują się dużo większymi umiejętnościami życia w społeczeństwie, osiągają sukcesy osobiste, są pewni siebie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Bardziej odporni na załamanie i apatię. Podejmują wyzwania, mają wiarę we własne siły oraz są godni zaufania.
Natomiast ci co „chwycili za cukierek” zdradzali inny portret psychologiczny: nieśmiali, stroniący od ludzi i kontaktów towarzyskich, łatwo wpadali w przygnębienie, w sytuacjach stresowych tracili zdolność działania, byli skłonni do zazdrości i zawiści. Ich reakcje były niewspółmiernie gwałtowne do sytuacji, które je wywołały.

Niepokój obniża sprawność intelektualną. Przy złożonych, wymagających dużego wysiłku umysłowego i stwarzającego znaczne obciążenie psychiczne zadaniach takie jak np. stojące przed kontrolerami ruchu powietrznego, utrzymujący się stale silny niepokój jest niemal stuprocentowo pewnym prognostykiem do popełnienia błędu.
Ponadto osoby skłonne do martwienia się są gorszymi uczniami, niezależnie od tego jaki test przeprowadzimy. Kiedy daje się osobom z tendencją do martwienia się proste zadanie umysłowe, na przykład podział mających niewyraźne kształty albo niesprecyzowaną funkcję przedmiotów na dwie kategorie, prosząc je by relacjonowały, co dzieje się w tym czasie w ich umysłach, to okazuje się, że proces podejmowania decyzji zakłócają u nich najczęściej negatywne myśli – „Nie potrafię tego zrobić”, „Nie jestem dobry w tego rodzaju testach”.
Dobry nastrój zwiększa zdolność elastycznego i złożonego myślenia, ułatwiając tym samym znajdowanie rozwiązań problemów zarówno intelektualnych jak i interpersonalnych. Wynika stąd, że jednym ze sposobów udzielania komuś pomocy w przemyśleniu jakiegoś problemu, jest opowiedzenie mu dowcipu. Śmiech podobnie jak nastrój uniesienia wydaje się pomagać nam w ogarnianiu myślą szerszych horyzontów. Osoby w dobrym nastroju mają nastawienie percepcyjne wyzwalające większą odwagę i wiarę w powodzenie podczas układania planów i podejmowania decyzji.

Nadzieja jest silnie skorelowana z ilorazem inteligencji, tak więc dla ludzi o tych samych zdolnościach intelektualnych czynnikiem decydującym o różnicach ocen jest nadzieja.
„Nadzieja” – jest to przekonanie, że ma się zarówno wolę, jak i możliwość osiągnięcia zamierzonych celów, bez względu na to na czym one polegają.

Optymizm, podobnie jak nadzieja, oznacza silne oczekiwanie, że mimo porażek i niepowodzeń wszystko ułoży się dobrze. Z punktu widzenia inteligencji emocjonalnej optymizm jest postawa uodparniająca nas na popadanie w apatię, utratę nadziei i pogrążanie się w depresji w obliczu trudności i kłopotów. Optymizmu i nadziei – tak jak bezradności i przygnębienia – można się nauczyć. U korzeni obu tych postaw leży pewien pogląd , który psycholodzy nazywają wiara w siebie.

Zdolność osiągnięcia stanu „uskrzydlenia” jest szczytem inteligencji emocjonalnej, jest najdoskonalszą postacią okiełznania emocji i zaciągnięcia ich w służbę osiągnięć w pracy i nauce. W stanie tym emocje są nie tylko powściągnięte i ujęte w jeden strumień, ale też opatrzone znakiem dodatnim.
Jeżeli wymagania są zbyt małe to jesteśmy znudzeni. Jeśli są zbyt duże to zaczynamy się niepokoić. Uskrzydlenie występuje w tej subtelnej strefie, która oddziela znużenie od niepokoju. Kiedy wykonujemy czynności, które przyciągają i pochłaniają naszą uwagę bez żadnego wysiłku, nasz mózg „uspokaja się” w tym sensie, że zmniejsza się pobudzenie jego kory.

Empatia wyrasta ze samoświadomości; im bardziej jesteśmy otwarci na nasze własne emocje, tym wprawniej odczytujemy uczucia innych osób.
Niemożność odbioru uczuć innych ludzi wręcz tragicznie upośledza poczucie człowieczeństwa ponieważ wszelkie cieplejsze stosunki z innymi, które leżą u podstaw troski o innych. Brak empatii zwykle występuje u psychopatycznych przestępców, gwałcicieli i osób nagabujących dzieci.
Do korzyści płynących z umiejętności odczytywania emocji z sygnałów niewerbalnych wyróżnia się: lepsze dostosowanie się emocjonalne do innych, większa popularność i otwartość oraz większa wrażliwość. W istocie rzeczy, kiedy słowa nie zgadzają się z tonem jej głosu, gestami czy innymi sygnałami niewerbalnymi, na jej prawdziwe emocje wskazuje nie to co mów, ale jak mówi. W badaniach nad komunikacją stwierdzono, że 90% lub więcej przekazywanych emocji nadaje się kanałami niewerbalnymi.
Korzenie moralności tkwią w empatii ponieważ tym co popycha nas do pomagania innym ludziom jest utożsamianie się z potencjalnymi ofiarami – osobami pogrążonymi w bólu, ludźmi, którym coś odebrano albo którym zagraża niebezpieczeństwo.
Empatia leży u podłoża różnych aspektów ocen i działań moralnych. Jednym z takich aspektów jest „gniew empatyczny”, który można opisać jako „naturalne uczucie odwetu wywoływane przez intelekt i współczucie odnoszące się do tych krzywd, które ranią nas przez to, że ranią innych”. Innym przypadkiem, w którym empatia prowadzi do podjęcia działania moralnego, jest sytuacja, w której postronny obserwator wkracza do akcji w obronie ofiary, przy czym badania dowodzą, że im większą empatię ów obserwator czuje do ofiary, tym większe jest prawdopodobieństwo jego interwencji.

Umiejętność wpływania na emocje innych osób – wspaniała sztuka współżycia – wymaga opanowania dwóch innych umiejętności emocjonalnych: panowania nad sobą i empatii.
Na tej podstawie tworzą się i rozwijają umiejętności obcowania z ludźmi. Są to owe umiejętności społeczne, które stanowią o skuteczności w naszych stosunków z innymi; braki w tej sferze prowadzą do niedostosowania się do społeczeństwa albo powtarzających się niepowodzeń w relacjach interpersonalnych. To właśnie brak tych umiejętności może powodować, że osoby o najwyższej inteligencji nie potrafią właściwie postępować w kontaktach z innymi, jawią się jako ludzie aroganccy, przykrzy, nieznośni i nieczuli.

Umiejętność właściwego obcowania z innymi jest cechą inteligencji emocjonalnej: „lubiany”, „czarujący” są terminami używanymi na określenie osób, z którymi chętnie przestajemy ponieważ ich umiejętności emocjonalne sprawiają, że czujemy się dobrze w ich towarzystwie. Osoby, które pomagają innym opanować, są szczególnie cenionym „towarem”. Są owymi „dobrymi duszami” do których zwracają się inni w chwilach największej potrzeby.

W wieku około trzynastu lat widoczne są różnice w rozeznaniu emocjonalnym chłopców i dziewcząt. Dziewczęta lepiej opanowują metody agresji jak plotki czy zemsta pośrednia, chłopcy nadal dążą do konfrontacji i nie myślą o zakamuflowanych metodach ataku.
Dziewczęta bawią się raczej w małych grupach minimalizując wrogość na rzecz współpracy. Chłopcy natomiast preferują duże grupy i uwypuklają współzawodnictwo. Różnice te widać gdy zabawa zostanie przerwana przez kogoś kto się potłukł, czy zranił. W męskim gronie wszyscy czekają, aż usunie się w bok i przestanie „ryczeć”; natomiast dziewczęta przerywają zabawę aby wspólnie pomóc.
Kobiety i mężczyźni oczekują czegoś zupełnie innego od rozmowy; mężczyźni są zadowoleni mogąc rozmawiać o „rzeczach” podczas gdy kobiety szukają więzi emocjonalnych.

Kryzys zaczyna się od ostrych krytyk i uwag. Pod wpływem złości zbyt często wyraża się emocje w sposób destrukcyjny robiąc uwagi na temat charakteru związku (małżeństwa, przyjaźni, więzi rodzinnych). Stosowanie formy ataku na osobę zamiast na czyny jest dosyć powszechne. Złośliwe docinki, których celem stają się cechy charakteru są o wiele bardziej szkodliwe niż rozsądne uwagi krytyczne.
Gdy uczynimy wymówkę na temat co mnie denerwuje i krytykujemy nie osobę lecz działanie to wykazujemy się inteligencją emocjonalną. Natomiast podczas krytyki na osobę mamy punkt wyjścia do frontalnego ataku. W wyniku tego osoba na którą skierowaliśmy atak raczej podejmie postawę obronną niż działania naprawcze.
Twórcza krytyka jest wtedy gdy mówimy: „Kiedy zapomniałeś odebrać moje ubranie poczułam się jakbym cię w ogóle nie obchodziła” natomiast forma ataku na osobę jest taka: „Zawsze myślisz tylko o sobie”, „Nie mogę na tobie polegać”.
Sposób odpowiedzi na atak wyznaczają dwa bieguny reakcji: „walcz albo uciekaj”. Najczęstsze zachowanie to przeciwstawienie się. Zazwyczaj kończy się to wykrzykiwaniem zniewag i obelg, bezowocna kłótnia. Niestety alternatywa czyli ucieczka za mur milczenia jest jeszcze bardziej zgubna.
Otoczenie się murem milczenia jest ostatecznym środkiem obrony. Unikamy rozmowy i stajemy się obojętni. Na wszystko odpowiadamy bardzo wymownym milczeniem. W 85% przypadków to mężczyźni otaczają się murem milczenia. Jeżeli odgradzanie się wejdzie w nawyk to ma to katastrofalne skutki ponieważ przekreśla wszelkie możliwości złagodzenia i usunięcia nieporozumień.

U podłoża każdej silnej emocji leży impuls do działania; podstawą inteligencji emocjonalnej jest kierowanie tymi impulsami. Szczególnie wyraźne jest to w związkach opartych na miłości. Reakcje wtedy wyzwolone sięgają najgłębszych potrzeb: potrzeby bycia kochanym i szanowanym, lęku przed odrzuceniem albo deprawacją emocjonalną.
Podczas „ostrej dyskusji” w chwili gdy zbliża się zatopienie porwania emocjonalnego najlepiej zrobić sobie przerwę. Rzeczywiste uspokojenie fizjologiczne jest procesem stopniowym i mimo iż wydaje się, że wystarczy nam pięć minut na ochłonięcie, to w rzeczywistości czas ten jest o wiele dłuższy.

Zatopienie początkują negatywne myśli jak: „Nie będę tego dłużej tolerował(a)”, czy „Nie zasługuje na takie traktowanie” są charakterystyczne dla osób, które twierdzą, że są niewinnymi ofiarami.
Terapia kognitywna głosi, że zamiast dać się im ponieść należy im się przeciwstawić. Krokiem pierwszym jest nie dać im wiary, drugim jest poszukanie okoliczności łagodzących. Na przykład kobieta pod wpływem chwilowego zawodu zamiast „on w ogóle nie dba o moje potrzeby – zawsze jest takim egoistą” – mogłaby zakwestionować tą myśl i zmodyfikować jej kształt: „Chociaż postąpił nieładnie i sprawił mi przykrość to przecież czasami okazuj, że zależy mu na mnie”. To drugie rozwiązanie ma jakieś pole manewru, pierwsze podsyca złość i potęguje ból.

Nawet podczas kłótni, w czasie porwania emocjonalnego dobrze jest gdy potrafimy słuchać i słyszeć partnera i reagować na jego pojednawcze gesty. Pomaga w tym potraktowanie negatywnego zabarwienia wypowiedzi małżonka jako sposobu podkreślenia jak ważna jest dla niego ta sprawa. Na przykład: jeśli ona wrzeszczy – „Przestań mi przerywać, do cholery!” to on zamiast riposty może zdoła się opanować i powiedzieć „w porządku, mów dalej”.
Sztuka nie defensywnego mówienia polega na ograniczeniu się do konkretnej skargi czy zarzutu i pilnowaniu aby nie przerodziła się w atak na partnera.: „Kiedy nie zadzwoniłeś aby mnie uprzedzić, że spóźnisz się na obiad, to poczułam się zlekceważona i ogarnęła mnie złość. Chciałabym, żebyś na przyszłość zadzwonił i powiedział, że się spóźnisz”, zamiast: „Jesteś samolubnym sukinsynem, masz wszystko w nosie”.

Z emocjami źle, bez nich równie kiepsko...
I jak tu zatłuc gazetą jak niechcianą muchę tę Mickiewiczowska "Niepewność"?

Może po prostu powinnam poszukać innego remedium... Klin klinem jak to mówią....
Problem polega na tym, ze w moim wypadku to może nie pomóc...

środa, 16 czerwca 2010

Mickiewicz musi zginąć...

Właściwie to nie sam Mickiewicz a jeden z jego wierszy. "Niepewność"...
Dlaczego? Bo tak mówię, bo tak myślę i tak czuję. Bo "Niepewność" tkwi mi w głowie i nie chce sobie pójść. Ja wiem, że to wszystko wina Panny Melancholii i rozedrganego Pana Rzeczywistość, który ostatnio miewa stany depresyjno-maniakalne. Utopię ich w łyżeczce wody któregoś dnia...

Jak mówi stara japońska przypowieść, pewien skory do zwady samuraj przyszedł do mistrza Zen z żądaniem, aby wyjaśnił mu na czym polega różnica między piekłem a niebem. Mnich odparł z szyderstwem: „Jesteś zwykłym gburem. Nie mam zamiaru marnować czasu na rozmowy z takimi jak ty.”
Urażony samuraj wpadła we wściekłość i wydobywszy miecz z pochwy krzyknął: „Zabiję cię za tę impertynencję!”
„To właśnie – odpowiedział spokojnie mnich – jest piekło.” Zaskoczony prawdziwością słów mnicha, samuraj uspokoił się, schował miecz i złożył głęboki ukłon, dziękując za wyjaśnienie.
„A to – rzekł mnich – jest niebem.”

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nasze uczucia są oczywiste. Psychologia używa określenia na uświadamianie sobie własnych procesów myślowych – metapoznanie lub też samoświadomość. W stanie autorefleksyjnej świadomości umysł obserwuje i bada samo doświadczenie z emocjami.
Niekiedy psychoanalitycy określają to „obserwującym ego” czyli zdolnością świadomości umożliwiającą psychoanalitykowi śledzenie swoich reakcji na to co mówi pacjent i co podtrzymuje proces swobodnych skojarzeń zachodzących w jego umyśle. Krótko mówiąc samoświadomość oznacza uświadamianie sobie własnego nastroju jak i myśli o tym nastroju. Owo skupienie może być mniej lub bardziej beznamiętne. Rozpoznanie u siebie złego nastroju równoznaczne jest z chęcią pozbycia się go. Różni się jednak od wysiłków, które podejmujemy aby powstrzymać siebie lub inną osobę od działania pod wpływem impulsu emocjonalnego. Kiedy mówimy dziecku, które w złości chce uderzyć inne dziecko „Nie rób tego!” to możemy wprawdzie nie dopuścić do wyładowania złości, ale jej nie ugasimy. Myśli dziecka i tak zostaną skoncentrowane na tym co wywołało złość i gniew nadal w nim kipi.
Można wyłonić trzy podstawowe kategorie osób:
  • Świadomi swych uczuć: zdają sobie sprawę z tego w jakim nastroju się znajdują. Są niezależni i pewni siebie, cieszą się dobrym zdrowiem psychicznym. Szybciej otrząsają się z niepowodzeń.
  • Dający się ogarnąć emocjom: dają się ponieść emocjom i nie mogą uciec przed nimi. Miewają zmienne nastroje i nie bardzo uświadamiają sobie co czują.
  • Akceptujący swoje emocje: na ogół wiedzą co czują ale nie robią nic aby ten stan zmienić. Można ich podzielić na dwie kategorie: w dobrym humorze – więc nie ma powodu aby go zmienić, lub w złym humorze – przyjmują, że tak ma być i nie odpierają złych emocji. Może to być początkiem depresji.
Właściwie po co nam emocje?

Wszystkie emocje są w istocie rzeczy bodźcami skłaniającymi nas do działania, szybkimi planami uratowania albo podtrzymania życia, w które wyposażyła nas ewolucja. Jak wykazują charakterystyczne biologiczne sygnatury każda emocja z naszego emocjonalnego repertuaru pełni wyjątkową rolę.
  • W złości do rąk napływa krew, dzięki czemu łatwiej jest chwycić za broń, albo wymierzyć cios wrogowi. Wzmaga się rytm uderzeń serca, a zwiększone wydzielanie się takich hormonów jak adrenalina powoduje przypływ energii wystarczającej do podjęcia dynamicznego działania.
  • W strachu krew napływa do dużych mięśni szkieletowych, takich jak mięśnie nóg, dzięki czemu łatwiej jest rzucić się do ucieczki. Powoduje to odpływ krwi z twarzy, przez co staje się ona blada (i mamy wrażenie, że „krew zamiera nam w żyłach”). Jednocześnie ciało zastyga, choćby tylko na moment, w bezruchu, po to abyśmy mieli czas ocenić czy lepszą reakcją nie byłoby ukrycie się. Połączenia w sterujących emocjami ośrodkach mózgowych uruchamiają napływ fali hormonów, które zmuszają całe ciało do czujności, sprawiając, że staje się wrażliwe na wszelkie zewnętrzne bodźce i gotowe do działania, natomiast cała uwaga skupia się na bezpośrednim zagrożeniu, abyśmy mogli lepiej ocenić, jak na nie zareagować.
  • Do głównych biologicznych zmian zachodzących w naszym organizmie w chwilach szczęścia należy zwiększona aktywność ośrodka mózgu, który powstrzymuje uczucia negatywne i powoduje wzrost dostępnej nam energii oraz wyciszenie tych ośrodków, które generują trapiące i dokuczliwe myśli. Nie pojawiają się jednak żadne szczególne zmiany fizjologiczne, oprócz uspokojenia, które sprawia, że ciało szybciej uwalnia się od biologicznego pobudzenia przygnębiających emocji. To zestawienie czynników wprawia ciało w ogólny spokój, jak również wytwarza gotowość i zapał do wykonania bezpośrednio stojących przed nami zadań, oraz dążenie do osiągnięcia przeróżnych celów.
  • Miłość, czułość i zadowolenie seksualne pociągają za sobą pobudzenie układu przywspółczulnego, co jest fizjologicznym przeciwieństwem mobilizacji organizmu do walki lub ucieczki powodowanej przez strach i złość. Schemat pobudzenia przywspółczulnego układu nerwowego, określany również mianem reakcji relaksacyjnej, jest zespołem reakcji całego ciała wywołującym stan ogólnego zadowolenia i spokoju, który ułatwia współpracę.
  • Uniesienie brwi w chwilach zaskoczenia pozwala na szersze ogarnięcie spojrzeniem przedpola, a jednocześnie zwiększa dopływ światła do siatkówki. Dzięki temu dociera do nas więcej informacji (wizualnej) o niespodziewanym wydarzeniu i pozwala szybciej zorientować się, co się dzieje i opracować lepszy plan działania.
  • Główną funkcją smutku jest niesienie pomocy w pogodzeniu się ze znaczną stratą, taką jak śmierć kogoś bliskiego albo wielkie rozczarowanie. Smutek powoduje obniżenie energii i zapału do podejmowania różnych czynności życiowych, zwłaszcza dających rozrywkę lub przyjemność, a w miarę jego pogłębiania się i nadchodzenia depresji obniża się i ulega spowolnieniu metabolizm ciała. To wycofanie się stwarza okazję do opłakania straty albo zawiedzonej nadziei, zrozumienia konsekwencji jakie ma to dla naszego życia i, kiedy powróci energia, zaplanowania wszystkiego od nowa.
Ludzki mózg jest o ok. trzy razy większy od mózgów naczelnych. W trakcie ewolucji rozwijał się i rozrastał od niżej położonych, starszych części do wyższych. Najstarszą częścią mózgu jest pień mózgowy. Reguluje on podstawowe czynności życiowe typu oddychanie i metabolizm oraz kontroluje stereotypowe reakcje i ruchy. Ta część mózgu nie jest zdolna do myślenia i uczenia się; jest raczej zaprogramowana i dba o to aby nasze ciało funkcjonowało poprawnie. Po milionach lat ewolucji z pnia zaczęły wyłamywać się ośrodki emocjonalne, a z nich kora mózgowa. Wynika z tego, że mózg emocjonalny pojawił się na długo przed mózgiem racjonalnym. Najstarszy jest zmysł powonienia. Z płata węchowego zaczęły wyłaniać się pierwotne ośrodki emocji, które ostatecznie rozrosły się tak bardzo, że otoczyły zwartą masą zakończenie pnia mózgu. Wraz z pojawieniem się ssaków tworzyły się najważniejsze warstwy mózgu emocjonalnego. Otaczają one pień mózgowy. Nazwa pochodzi od łacińskiego „limbus” – pierścień – układ limbiczny. To on wytworzył uczenie się i pamięć. Kiedy ogarnia nas furia, kiedy znajdziemy się w szponach namiętności, kiedy zakochamy się po uszy albo kiedy cofniemy się ze wstrętem lub przerażeniem to kieruje nami układ limbiczny.

Siedliskiem wszystkich ludzkich uczuć jest ciało migdałowate. Jest ono zbiorem wzajemnie połączonych struktur o kształcie migdała znajdującym się po obu stronach pnia mózgu. Jego usunięcie spowoduje „ślepotę uczuciową”. Ciało migdałowate analizuje sygnały napływające od naszych zmysłów nastawiając się na wyłapywanie tych złych. Na każdy sygnał zadawane jest pytanie typu: „Czy jest to coś czego nienawidzę?”; „Coś co sprawia mi ból?”; „Coś czego się boję?”. Jeżeli odpowiedź pada TAK to ciało migdałowate reaguje błyskawicznie wysyłając wiadomość o zagrożeniu do pozostałych części mózgu.

Hipokamp zapamiętuje suche fakty, a ciało migdałowate ich emocjonalną otoczkę. Jeżeli staramy się wyprzedzić pojazd i o włos unikamy zderzenia to hipokamp zapamiętuje szczegóły zdarzenia jak odcinek drogi, wygląd samochodu itp., ale fale niepokoju ogarniają nas zawsze potem gdy w podobnych okolicznościach chcemy wyprzedzić inny pojazd wywołuje ciało migdałowate.

Wadą alarmów emocjonalnych jest ich anachronizm. Ciało migdałowate bada doniesienia naszych zmysłów. Jeżeli choć jeden z kluczowych momentów będzie podobny do tego z przeszłości ciało migdałowate może podnieść alarm i reagować w sposób zapamiętany dawno temu. Brak precyzji mózgu emocjonalnego w rozeznaniu sytuacji w takich chwilach wzmaga dodatkowo fakt, że wiele silnych wspomnień emocjonalnych pochodzi z pierwszych lat życia i dotyczy stosunków między dzieckiem i opiekunami. Odnosi się to szczególnie do wydarzeń traumatycznych typu bicie albo zaniedbanie.

Droga „na skróty” prowadząca od oka czy ucha do ciała migdałowatego pozwala zyskać na czasie, kiedy niezbędna jest natychmiastowa reakcja. Krótsza droga jednak przesyła tylko część informacji, które są mocno niekompletne, lecz na tyle dokładne aby stwierdzić czy coś jest groźne czy nie. U zwierząt taki mechanizm jest nieszkodliwy, ale u ludzi może mieć katastrofalne skutki – ponieważ krótko mówiąc możemy odskoczyć albo skoczyć na niewłaściwą osobę lub rzecz. Wynika z tego, że ciało migdałowate działa zanim zdążymy pomyśleć co się stało

Podczas gdy ciało migdałowate wyzwala gwałtowną i niespokojną reakcję, inna część mózgu emocjonalnego bierze pod uwagę lepiej dostosowane do sytuacji znaczniki korygując zachowanie.
Normalnie przednie obszary kory kierują naszymi reakcjami emocjonalnymi od samego początku. Jeśli podczas tego procesu okaże się, że jest potrzebna reakcja emocjonalna to dyktują ją właśnie płaty czołowe. Taka kolejność jest typowa dla pracy mózgu. Wyjątkiem są sytuacje krytyczne, kiedy reakcja emocjonalna musi być natychmiastowa.
Podobnie jak w przypadku ciała migdałowatego ustanie działania przednich płatów czołowych powoduje znaczne zubożenie życia emocjonalnego. Mechanizm porwania emocjonalnego obejmuje dynamizm dwojakiego rodzaju – pobudzenie ciała migdałowatego i przyhamowanie procesów w korze mózgowej. Kora przednich płatów działa jak menedżer emocji rozważając różne reakcje przed przystąpieniem do którejś z nich.
Lewy płat jest wyłącznikiem negatywnych emocji natomiast prawy jest ich siedliskiem.
Pomimo iż często dajemy się „ponieść emocjom” ich brak jest jeszcze bardziej katastrofalny. W latach czterdziestych bardzo wychwalano zalety lobotomii – przecięcia dróg nerwowych łączących korę mózgową i wzgórze. Zabieg ten stosowano przy bardzo skrajnych objawach depresji i rzeczywiście przynosił efekty. Problem polegał jednak na tym, że życie emocjonalne pacjentów stawało się jednakowo szare. Gdy pozbawiono ich emocji ich życie stało się bardzo trudne. Nie potrafili podjąć żadnej decyzji ponieważ o słuszności czynów decydują emocje, które przeważają szalę na „tak” lub „nie”. Bez emocji decyzja np.: samobójstwo i umówienie się na randkę przybiera ten sam koloryt.

Emocje mogą zaburzyć sam proces myślenia. Neurolodzy używają określenia praca pamięciowa na określenie zdolności skupienia się na faktach istotnych dla danego zadania. Jednak połączenie płatów czołowych z układem limbicznym powoduje, że może dojść do zakłóceń w pracy pamięciowej. To dlatego nie potrafimy myśleć w chwilach silnych emocji. Jeżeli u dziecka będzie się stale utrzymywał stan lęku czy przygnębienia – przykry stan emocjonalny to może on wywołać deficyt umiejętności intelektualnych.
Badania prowadzone na uczniach szkoły podstawowej z ilorazem inteligencji ponad przeciętna, ale mimo to uzyskiwali słabe oceny wskazywały, że nie funkcjonowały u nich prawidłowo przednie płaty. Chłopcy byli agresywni i niespokojni; mieli kłopoty z dostosowaniem się do regulaminu, co świadczy o braku kontroli nad sygnałami z układu limbicznego. Mimo dużej inteligencji są w grupie najwyższego ryzyka jeśli chodzi o nieukończenie szkoły, alkoholizm. Mózg emocjonalny kontroluje zarówno wściekłość jak i współczucie. Dlatego u ludzi z uszkodzonymi drogami łączącymi ciało migdałowate i przednie płaty proces podejmowania decyzji przebiega wadliwie, a mimo to nie ma ani obniżenia poziomu inteligencji ani zdolności poznawczych. Mimo, że inteligencja działa bez zarzutu to dokonują oni katastrofalnych decyzji zawodowych i osobistych i bywa, że bez końca zastanawiają się nad podjęciem prostej decyzji. Bez połączenia z emocjami wszystko staje się jednakowo szare.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

I co ja robię tu...

Co ja tutaj robię?

Ano piszę, dzielę się, dywaguję... Ale przede wszystkim żyję.

Weekend zmęczył mnie fizycznie (jak ja nie cierpię upałów!), ale za to zrelaksował psychicznie (jeżeli wymazać z pamięci rozmowy z moją mamą - Tak mamo, kocham Cię ale odpuść!).

Spotkanie z Lwiczką należy zaliczyć chyba do najbardziej udanych do tej pory. Cieszy mnie, że tak sobie radzi i nie może doczekać się studiów. To dobrze wróży na przyszłość. :))))) Cieszy mnie też, ze na niektóre tematy możemy rozmawiać w tej chwili bez zbędnych ładunków emocjonalnych z obu stron. :)))) To wiele ułatwia, prostuje i nie powoduje spinania się we mnie najmniejszych nawet mięśni. To chyba ulga dla nas obu. Praca ją zmieniła, na lepsze. Wydoroślała nieco, wyciszyła się, nabrała dystansu. I tryska dobrym humorem. Byłam zachwycona i pierwszy raz nie wracałam do domu ze ściśniętym sercem i wielką twardą gulą w środku. Mam nadzieję, że naprawdę czuje się dobrze, a nie udaje by mnie nie martwić. Nie lubię jak się mnie oszukuje. Nie mam powodów by wątpić w jej słowa, dlatego oddycham spokojnie i z radością wspominam każdą wspólnie spędzoną chwilę.

Kudłaty po małych zanikach pamięci zdołał dotrzeć ;P Przyznaję, że wprawiło mnie to w dobry nastrój, bowiem stęskniłam się za tym głupkiem. Słowo "głupek" w jego przypadku ma wydźwięk jedynie żartobliwej przyjaznej czułości (istnieje coś takiego?), nie świadczy o inteligencji mojego przyjaciela., a jedynie o mojej wątpliwej umiejętności dobierania określeń o życzliwym wydźwięku. Kudłaty jest niesamowicie inteligentnym facetem, jednak przy tym równie niesamowicie leniwym. ;p Nasze spotkanie minęło pod znakiem wspólnego oglądania filmów, zdrowego odżywiania (nie ma to jak piwo, chipsy i morele, nieprawdaż?), partii szachów (czy my naprawdę nie możemy żadnej rozegrać do końca?), przepychanek (nie ma to jak rzucać się poduszką -.-) i rozmowie. Rozmowie szczerej, miłej, bezpardonowej... takiej jakie zazwyczaj prowadzimy. Nie wiem jak to się dzieje, ale czas spędzony z Kudłatym mija strasznie szybko pozostawiając w efekcie lekki niedosyt. I tak jest dobrze. Nie jestem pewna czy większe dawki wspólnie spędzonego czasu nie stałyby się męczące i nie znudziłyby się nam wzajemnie. A tak przynajmniej mamy szansę odrobinę zatęsknić za przekomarzaniem. ;) Kolejne spotkanie w sierpniu. Tym razem wybieram się do Opinogóry. Mam nadzieję, że pogoda dopisze, bo narobiłam sobie samej apetytu na zdjęcia parku.

sobota, 12 czerwca 2010

Konwencja genewska... ech...

Jak przypomniał mi Wredny Typ (musisz być taki pamiętliwy? ;>) konwencja genewska zakazuje torturowania dzieci... niestety...

Dzisiaj od samego rana mam na to wielką ochotę.
Na pierwszy ogień poszłoby rodzeństwo z autobusu. Chłopcu urwałabym stópki kawałek po kawałku, poczynając od małego palca. Dziewczynce wyrywałabym włoski po jednym, aż do końca.
A potem tortury poniosłabym dalej w kraj, z działań czyniąc sztukę. Chińczycy mieli pwną całkiem przyjazną, nie wymagającą wiele. Wystarczy delikwenta narazić na odgłos kapiącej wody. Niby nic, a spróbujcie wytrzymać kilka godzin z upierdliwym kapaniem... :-))))

Nie cierpię idiotów z ich głupimi wymówkami dla innych debili....
I nie cierpię dzieci...
Przynajmniej niektórych.
Mam ochotę urwać im łby! Na amen.
Konwencja genewska... ech... pieprzeni pacyfiści... humanitarność... PFFFFFFFFFF

piątek, 11 czerwca 2010

Rubik spowił moje myśli...

... i śpiewa. Natrętnie, namiętnie, smutnie, radośnie, z nadzieją... Głupio. Most dwojga serc rozbrzmiewa mi melodią, Chciałbym nęci słowami.... Po co?
Niedorosła miłość kiwa na mnie palcem.
Nie mogę się pozbyć z głowy tych dźwięków.
Opętał mnie Psalm dla Ciebie, lecz dla kogo?
Od gorąca mózg kwili jak dziecko.
Tęsknię
Za chłodem...
Tęsknię
Za dotykiem dłoni
Tęsknię
Za oddechem
Tęsknię, chociaż nie mogę, nie powinnam...
To męczy i morduje mnie od środka, dusi...
Tęsknie...
Chociaż powiedziałam sobie, że nie będę.

czwartek, 10 czerwca 2010

Cedr! To był cedr!

Piosenka - motto na dziś....

Rozpiera mnie energia, mam doskonały humor i czuję się jakbym mogła góry przenosić. Nie mam pojęcia skąd taki nastrój ale cieszę się z każdej jego sekundy. Powoli zaczyna mnie ogarniać weekendowa tęsknota i czuję zapach lata każdym skrawkiem skóry. Zamykam oczy i zatapiam się w trawie na łące za zamkiem. Opadam na zielony kobierzec mając pod skórą wiatr i chłodną bryzę znad rzeki. Trudno powstrzymać się od uśmiechu. Marzę... Już niedługo...

Tymczasem króciutki briefing z wczoraj.

Sushi okazało się przepyszne! Nie udławiłam się, nie umarłam, nie rozchorowałam , a i towarzystwo przesympatyczne dopełniło pozytywnego wrażenia całego wczorajszego wieczoru.
Wredny Typ potrafi opowiadać w sposób fascynujący, człek niemal widzi to na własne oczy. Chociaż części z tego nie chciałabym zobaczyć... ale to przecież szczegół :-P Spacer wieczorną Starówką i lody na barbakanie całkiem miło uwieńczyły wyjście. Stanowczo protestuję przeciwko insynuacjom jakoby smak cedrowy był pomieszaniem leku na przeczyszczenie i kropli żołądkowych... CEDR TO CEDR! ;->
W każdym razie bawiłam się świetnie i chętnie bym to kiedyś powtórzyła.
Oficjalnie stwierdzam także, że wredny typ nie przepoczwarza się w gada. On ewoluuje w dinozaura! ;-pppp

środa, 9 czerwca 2010

Taki szczególny dzień.... dla moich Przyjaciół.

Dzisiaj jest szczególny dzień.. Dzień Przyjaźni. Z tej okazji chciałabym powiedzieć moim przyjaciołom jak są dla mnie ważni i jak mocno ich kocham. Chciałabym podziękować im za serca i towarzystwo, za wsparcie i humor. Chciałabym podziękować za milczenie i bukiet słów. Za to , że z nimi czuję się niezwykle...

Dziękuję, że jesteś
chmuro na niebie
dajesz mi marzenia
królewny w białej sukience
Dziękuję, że bijesz
serce moje z kamienia
to nic ze takie nie czułe
skrusze, kiedy będzie potrzeba
Dziękuję, że jesteś
wodo w strumyku
dzięki tobie istnieję
przepełniona czystą energią
Dziękuje, że jesteś
promyku żółtego słońca
wbijasz się rankiem przez szybę
aby dać mi nadzieję
Dziękuję, że jesteś
mój przyjacielu
może na tym polega istnienie
aby czuć się kimś niezwykłym
żyjąc obok Ciebie.


wtorek, 8 czerwca 2010

Sto lat i butelka rumu!

Dzień pracowity acz całkiem przyjemny. Robota w Piasecznie odznacza sie przestojem, bo nie całe sprawozdanie gotowe, ale jakoś to przetrwam :)
I tak czekałam wieczora i kolacji. Nie zawiodłam się.
Kucharz w "Szwenkierze" stanął na wysokości zadania zachwycając moje podniebienie filetem z łososia z rusztu. Również deserowy fundat czekoladowy smakował jak poezja....
Kwiatów nie było, za to była całkiem miła rozmowa przy kawie....
Dziękuję wszystkim, którzy pamiętali :))))

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Po parapetach skacze świt i słońce się tu zakrada...

Ostatnio w moim życiu powróciłam do tradycji ustalania piosenki na cały dzień. Takiej, która coś o tym dniu mówi, takiej, która coś dla danego dnia znaczy.
Plebiscyt na dzisiejszą wygrała Patrycja Markowska z jednym ze swoich utworów.

Dlaczego ten?
Dlatego, że doskonale pasuje do mojego dzisiejszego nastroju i świetnie oddaje co czuję. Postanowiłam do pewnych rzeczy podchodzić mniej emocjonalnie, bo przecież w tym wszystkim chodzi o zabawę, nieprawdaż?
Tak przynajmniej utrzymują niektórzy. A mój stosunek do całej sprawy jak do tej pory był nieco inny i przez to bolała mnie dusza. Nie zwykłam pozwalać by coś mnie bolało zbyt często i zbyt długo, mój masochizm jest wszakże ograniczony. Dlatego postanowiłam coś zmienić.
Poza tym piosenka jest pełna energii i bardzo radosnych beatów, co dodatkowo podnosi jej walory. W dniu dzisiejszym przepełnia mnie energia i radosne ożywienie. Mimo gróźb, które pozwolę sobie przemilczeć :P (Żadnych piórek! Nie wolno mnie łaskotać! Nie dam się! Pomszczę... ;> )
Czeka mnie przesympatyczne spotkanie z dziewczynami i wspólne zakupy (zabójcze sandałki, nadchodzę!) Z całą pewnością odwiedzę również knajpeczkę vege-tege i zjem coś smakowitego w miłym towarzystwie. Popołudnie zapowiada się miło. :)
Na dobrą sprawę cały tydzień zapowiada się miło :)
Jutro w planach kolacja (w Latisanie mam nadzieję, bo marzę o ich gnocchi ;P)
W środę sushi z Wrednym Typem ;p (może się nie udławię surową rybą ;p A jeżeli tak, to wiecie kogo winić ;>)
We czwartek molestujemy się z Agusią :P
W piątek mam wieczór dla siebie - pazurrrrrrrki będziem robić! Zaplanowałam też kąpiel przy świecach wraz z pełnym słodyczy Mattem ;P
W sobotę ślub Czycha,. Obcałuję Młodą Parę, a potem mam nadzieję prosta droga na dworzec i spotkanie z Lwiczką. Wieczorem może piwko z Kudłatym, który nie tęskni, nie potrzebuje i jest mu wszystko jedno, chociaż może będzie mu smutno jak nie przyjadę. Może mi również będzie trochę smutno, ale life is brutal, a Justa is wredna. ;> W niedzielę powrót do domu i od poniedziałku cudowne szaleństwo przed kolejnym ślubem i weselem w następną sobotę i kolejnym za dwa tygodnie ;p
I zamierzam się wybawić, wytańczyc i wyszaleć :)

wtorek, 1 czerwca 2010

O w duszkę...

"Nie bądź złym człowiekiem, Justyna..."
Ostatnio słyszę te słowa dość często. Prawdę mówiąc już mi od nich słabo i bynajmniej nie jest to powalające uczucie ze względu na ich prawdziwość. Po prostu raczę się z nimi nie zgadzać.
Kudłaty chyba znów przechodzi fazę negowania swoich dobrych cech i zachowań. To męczy...

Nieco zabawnym wydaje się fakt iż mój przyjaciel uważa, że te złe cechy mogłabym od niego przejąć. Według niego zawsze powinnam być uśmiechnięta, radosna, miła dla ludzi... Cóż... Zna mnie chyba jednak zbyt krótko i nie miał możliwości dojrzeć całego repertuaru moich zachowań.
Ci, którzy przetrwali ze mną niejedną burzę mogą zaświadczyć, że jestem pamiętliwa, złośliwa, mściwa, bywam wredna i wyłazi ze mnie prawdziwa jędza. W dodatku z celnym żądłem. Jak osa. Od dźgania nie umieram....
Potrafię być wyrachowana i chłodna, gdy ktoś mnie zrani potrafię z dnia na dzień zmienić się z ciepłej miłej dziewczyny z sąsiedztwa w oschłą sukę, która gryzie dotkliwie.
Okresowo izoluję się od ludzi, gdy jestem nimi zmęczona i zaczynają mnie drażnić.
Sarkazm jest u mnie wrodzony, a nie nabyty, lecz nie szastam nim na lewo i prawo. Z pozoru jestem naiwna, w głębi duszy nieufna.
Jestem jak ogień i woda w jednym, diabeł i anioł obok siebie... Pełna sprzeczności...
Wbrew pozorom potrafię być subtelna, zmysłowa i uwodzicielska. Jeżeli chcę. A żebym chciała muszę mieć ku temu warunki. I motywację.
Gdy ktoś podważa moją wiarę w siebie i to co umiem, rodzi to opór i bunt. Oraz chęć udowodnienia komuś, że się myli. Jednak nigdy na tej osobie.

Żółw powiedział o mnie niegdyś, że jestem mało kobieca, nieseksowna i nie umiem flirtować. Wczoraj nieumiejętność prowokowania, a co za tym idzie flirtowania zasugerował mi ktoś inny. Było to o tyle przykre, że zrobił to ktoś bliski.
Poczułam się jak po kastracji i jakby mi powiedział, że nie umiem oddychać. Podobno prowokowanie wychodzi mi niespecjalnie bo robię to jedynie strojem. To prawie jak zarzucenie mi braku subtelności i zmysłowości. Prawie jak powiedzenie, że jedyne czym mogę zwrócić uwagę mężczyzny jest duży dekolt. Prawie jak pozbawienie mnie seksapilu.
O w duszkę...
Spojrzałam na siebie dzisiaj rano i powiedziałam do swego odbicia: Bzdura...
I od razu przypomniały mi się słowa, które kiedyś powiedziałam do Żółwia: To, że nie robię czegoś w Twoim towarzystwie nie oznacza, że nie posiadam tej umiejętności. Może po prostu nie odczuwam potrzeby korzystania z niej?
A Ty zastanów się dlaczego.

sobota, 29 maja 2010

One night stand...

Nie mogę się na niczym skoncentrować. Od kilku godzin ślęczę nad jednym zadaniem i nie mogę się zmusić do zakończenia go.
Palce same zawijają się w szpony i wędrują w okolice kolan. Mam ochotę rozryć sobie uda z nagromadzonej frustracji.
Udaję, że to co się dzieje wokół mnie nic mnie nie obchodzi ale to nieprawda. Szaleję z niepokoju i tyle...
कोचम गो इ जेस्तेम ज़ज्द्रोसना !
Tak po prostu.
Faza złości nadal mnie trzyma, ale powoli dosięga mnie zobojętnienie. Niedługo życie zatoczy krąg i zacznę znów wyłączać emocje dochodząc do wniosku, że nie są mi potrzebne. A potem zaczne wyłączać ludzi.
Jak po odejściu Maćka.
Czuję się zagubiona i zostawiona samej sobie. Jak zwykle. A jednocześnie wiem, ze nikomu nie powiedziałabym o tym co mnie frustruje w tej chwili.
Dlaczego?
Po pierwsze, bo to za bardzo osobiste.
Po drugie, bo to coś co nie powinno mieć miejsca.
Po trzecie, bo już mnie raz osądzono i nie dam osądzić się ponownie.
Mam ochotę wydrapać sobie सरके i wyrzucić je daleko. Chciałabym, żeby po prostu stało się zbędne i dało się wyłączyć. Jak mikser.
Czuję się tak jakbym zaraz miała eksplodować wrzaskiem.
Wypiszę to z siebie tu i teraz...
क्ज़ुजे सीए जक ज़बव्का व जेगो रेकाच। नी वीएम जुज़ सीओ रोबिक। स्ज़लेजे z ज़ज्द्रोस्की i मम ओचोते व्य्द्रपक सोबी ओच्ज्य बी नी ज़ेर्कक सीओ चवीला। सिएर्पिए गद्य नी ओद्पोविअद i मेच्ज़े सीए व्योब्रज़जक गो सोबी z इन्ना कोबिएता। नी पोविन्नाम टेगो क्ज़ुक, नी मम परवा, अ जेद्नक क्ज़ुजे। अबिएर्ज़्किए to ओदे मनी! बलगम... निएद्लुगो ओस्ज़लेजे जेज़ेली to सीए नी स्कोंच्ज्य। tak जक पोविएद्ज़िअलम ज्निकने। न ज़व्स्ज़े। i वीएम ज़े मिमो टेगो सीओ ओबिएक्य्वल, नी बेद्जिए मनी स्ज़ुकल। पो प्रोस्तु प्र्ज़ेज्द्जिए नाद टीम दो पोर्ज़ाद्कू द्ज़ेंनेगो बो ज्नुद्जोंय मना स्ज़ुका इन्न्य्च बोद्ज्कोव। माँ पुलिने॥ ओना व्य्स्तार्च्ज्य मु जा व्स्जय्स्तको। जा ब्य्लम त्य्ल्को च्विलोव्य्म प्र्ज़्य्स्तन्किएम्, z क्तोरेगो स्कोर्जय्स्तल, बो i क्ज़ेमु मिअल्ब्य नी...
त्य्ल्को द्लाच्ज़ेगो, दो कुर्वी नेद्ज्य to तक बोली????
नी मोगे सपक ओद किल्कू दनी बो गद्य त्य्ल्को ज़म्कने ओच्ज्य विडजे गो z इन्ना, अ विदोक तें दुसी मनी i ज़बिएरा ओद्देच। to प्रव्द्ज़िवे ज्नाच्ज़ेनिए कोस्ज्मारू, कटोरी मिअलम। to नी पुलिन मी जले जय्च्ज्य, to जा समां सीए द्रेच्ज़े। बज पोवोदु... बो गो कोचम जक ग्लुपिया! बो स्ज़लेजे z ज़ज्द्रोस्की! जक ग्लुपिया... बो वीएम ज़े दल निएगो to नी माँ ज्नाच्ज़ेनिया। बो वीएम, ज़े दल निएगो रोव्निए दोब्र्ज़े मोग्लाब्य्म नी इस्त्निएक। बो वीएम, ज़े नी जेस्तेम निकिम स्ज्च्ज़ेगोल्न्य्म।
दल निएगो...

piątek, 28 maja 2010

Chwilowe zwycięstwo i postępujące zniechęcenie...

Panna Melancholia czaiła się na mnie od kilku dni. Po przedwczorajszym koszmarze doszłam do wniosku, że ktoś mi naprawdę źle życzy. Wczoraj przynajmniej spałam...
Nic nie dzieje się bez przyczyny, nic nie dzieję się bez powodu, szczególnie w moim życiu.

Koszmar dopadł mnie przed Dniem Matki. Reaguję nań z każdym rokiem mniej histerycznie, mniej emocjonalnie. Panna Melancholia próbowała mnie zmusić do płaczu, ale jej nie wyszło. Pan Złośliwiec próbował mnie nastraszyć i zmusić do kolejnej bezsennej nocy, ale dzięki Ragowi udało się go wygnać w cholerę. Swoją drogą ten facet mnie zaskakuje. Mimo, ze gwałci statystykę jak ostatni zboczeniec :D

Dzisiaj dopadła mnie panna Melancholia... A zaraz za nią Kawaler Zniechęcenie.
W sumie nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy, ale życie zawsze nas zaskakuje. Jak to mówi Kudłaty: "Życia nie oszukasz"
Nienawidzę tych słó, ale prawdziwości im odmówić nie mogę.

Myślałam, że odniosłam zwycięstwo nad moją największą słabością. Myślałam, że w końcu będę mogła zatrzymać się na chwilę i odpocząć mając poczucie bezpieczeństwa i harmonii. Nie dane mi będzie...
Zwycięstwo było chwilowe, przez co smak porażki wyjątkowo gorzki. Ogarniają mnie wizje tysiąca prawdopodobnych scenariuszy, z których jeden wybija się na pierwszy plan podpierając się bolesną świadomością własnego realizmu. Wolałabym się nad nim nie zatrzymywać, ale to niemal niewykonalne, nie na tym etapie, nie w tej chwili....
Czuję narastające zniechęcenie do dalszej walki, do trzymania nerw na wodzy, do udawania, ze nic mnie nie obchodzi. Do stania obojętnie i z uśmiechem na twarzy pozwalania na kopanie mnie z każdą chwilą dotkliwiej.

Znów zapaliłam świece. Tym razem na noc zostawię wszystkie trzy. Na wszelki wypadek i dla spokoju serca. Tego samego, które trzepoce mi w piersi zniechęcone równie jak ja... Całokształtem, próbą sił i domysłami.

Chciałabym móc wstać, spojrzeć w lustro i ze śmiechem powiedzieć: Mam to w dupie.
Problem polega na tym, ze nie mam. Cholernie nie mam...

Panna Melancholia podśpiewuje się ze mnie w kącie. Mam ochotę rzucić w nią butem, ale akurat nie mam żadnego pod ręką.

Milczenie, takie milczenie, zuboża, oddala, odchudza serce. Jak nieobecność.

Wsłuchuję się w hang, bo on pomaga mi uspokoić rozżalone serce i wmawiać sobie, ze mało mnie obchodzi co się z Tobą dzieje i co robisz w tej właśnie chwili. Wmawiam sobie to wpatrując się w płomienie świec. Palą się prosto i równo. Będę jak one. Wyprostowana, spokojna, dumna i pewna swego. Niewzruszona. Niepowstrzymana.

I tylko gdzieś w środku zniechęcona na przyszłość....

niedziela, 9 maja 2010

Rozmowy kontrolowane!

Zostałam właśnie załatwiona!
Obfotografowana, uwieczniona w eterze taka jaką mnie stworzono... Skrzywiona, roześmiana, zdziwiona, zamyślona...
A wszystko przez skype.
Zacznę kontrolować moich rozmówców albo zepsuję kamerkę.
Nie wiedziałam, że podczas rozmowy stroję dziwne miny.
Teraz już wiem :D
Dostałam śmiechawki.

Ja jednak lubię śmiać się z siebie...

Poza tym dźwięki zespołu Keona wprawiają mnie w dobry nastrój.
Taki z ciepłym uśmiechem błyszczącym w oczach. Po prostu nie jestem w stanie tego opanować. Muzyka hangu wtapia się we mnie grając na strunach serca bez mojego udziału. Rozsiewa wokół ciepło, spokój i dziwną radość z tego, że jednak żyję....

piątek, 7 maja 2010

Potrzebujęoddechu...

Needtobreathe...


Cause I need more time
Just a few more months and we’ll be fine
So say what’s on your mind
Cause I can’t figure out just what’s inside

I hoped that you could understand
That this is not what I had planned
Please don’t worry now
It will turn around

Cause I need more time
Just a few more months and we’ll be fine
So say what’s on your mind
Cause I can’t figure out just what’s inside
So say alright
Cause I know we can make it if we try
Cause I need more time
Just a few more months and we’ll be fine


Jeszcze kilka miesięcy i będzie dobrze. W ten czy inny sposób.
Jeszcze kilka miesięcy i się pozbieram ze wszystkiego.

Dużo we mnie złości, dużo gniewu, dużo żalu. Po co?

Gdzieś z tyłu głowy nadal pokutuje myśl, że jednak jestem wybrakowana, jednak niepełna. Irracjonalna bzdura.

Zastanawiałam się czemu nie wierzę w słowa. Nie wierzę, mam je za puste. Dlaczego? Bo kiedyś słowa wsadziły mi nóż w serce i dopilnowały by ta rana nigdy nie została zapomniana. Dlatego nie chcę wierzyć w słowa więcej. Wolę czyny. Niech czyny świadczą o człowieku.
Tylko czy można ignorować słowa zupełnie? Czy przez to nie tracimy czegoś, coś nam nie umyka?

I bądź tu mądra, kobieto...

Potrzebuję oddechu.
Potrzebuję skrzeku mew o świcie.
Potrzebuję morskiej toni po horyzont.
Potrzebuję czasu...

czwartek, 6 maja 2010

Panna Melancholia dzisiaj usiadła na zapiecku obrażona faktem iż postanowiłam ją ignorować. Przesadza. Ja po prostu postanowiłam nie dać się wciągnąć jej roztrząsanie i dzielenie włosa na czworo. Gdyby miała ochotę zachowywać się jak normalny człowiek a nie rozhisteryzowana nastolatka, to z chęcią napiłabym się z nią herbaty i zagryzła ciasteczkiem imbirowym. Ale nie... ona ma swoje poglądy na życie. Niech więc sobie w dniu dzisiejszym siedzi na zapiecku i grzeje marudne ciałko. Ja wolę się krzątać śpiewając z The Pogues.
Opracowuję kolejny raport i robota pali mi się w rękach. Uśmiech nie złazi mi z gęby, co również mnie cieszy.
W ogóle wracam do pionu i chciałabym ten stan utrzymać jak najdłużej, ale nie mam wpływu na działanie jednostek aspołecznych, które dla własnej przyjemności będą próbowały wyprowadzić mnie z równowagi. Czy im się to uda to całkiem odmienna kwestia. Nie wątpię, że będą dokładali starań.

Na bezrybiu i rak ryba, więc chociaż moje ciało nadal domaga się tańca, a ja chwilowo nie mam możliwości zabezpieczyć tej potrzeby, to znalazłam alternatywę. Popołudnie będę spędzać z Agą na ćwiczeniach... Powinno się doskonalić swoje umiejętności prawda? Zapowiada się interesująco, bowiem tym razem na tapetę wzięłyśmy masaż... :-)))))))))))))))

środa, 5 maja 2010

Get off - hips don't lie...

Długi majowy weekend rzeczywiście był długi. Nawet nie ze względu na ilość dni,, po prostu ordynarnie mi się dłużył. Wlókł się w parze z paskudną atmosferą.
Nie myślałam, że kiedykolwiek to powiem: Źle się czułam w Dworczysku. Obca. Niechciana. Zupełnie jakbym przeszkadzała. W dodatku dostałam temperatury i okropnego kataru. Zarazki rozsiewane przez Krisa i Fokę dopadły najpierw mnie, a potem Zuzę.
Chłopcy mieli swój własny pogląd na całą imprezę i pobyt tam. Niechże ograniczę się do kilku słów: Piwo, piwo i rosyjski pornol.
Komentarz z mojej strony zbędny. Oczywiście panowie nie uprzyjemniali sobie pobytu jedynie filmami erotycznymi kategorii... hmmm.... setnej? Oprócz tego królowały filmy wojenne, filmy wojenne i Helikopter w ogniu. Który raz? Policzmy.... ...... 158?
Praktycznie cały czas było zimno i padało. Rozkosznie... Szczególnie dla kogoś, kto ma zapchany nos, ból gardła i temperaturę oscylującą koło 38 z hakiem. Dodajmy do tego kłopoty ze snem i mamy obraz w pełni.
Ale nie mogę spalić tego wyjazdu kompletnie.
Pozytywy?
- Świat i jego upodobanie do filmów trącących psychodelką. "The Wall" - świetny. "Jabłka Adama" - wyśmienity! "Trzeci" - wyborny!
- "Uwiedzenie sukuba" - nie skomentuję, ale uwagi po przeczytaniu przyprawiły mnie o ból szczęki ze śmiechu. Rzeczywiście niezwykle anatomiczne opowiadanie ;-P
- Rafaello - mmmmmmmmmmm.... moje uwielbienie dla migdałów stało się jeszcze silniejsze.
- Cięte T-shirty a'la lata '80 - zdecydowanie i absolutnie sexy ;-)
- Partyjka Carcassone.
- Cytrrrrrrrynówka :-DDD
- "Ty to jesteś prawie osiem zero" :-p Nie ma to jak młodnieć w oczach :-) Nie wiem, co jest z tym moim wiekiem, ale ludzie mają mnie za zdecydowanie młodszą. Nie powiem, żeby mnie to specjalnie martwiło.
- Zabawy umysłem.... Harmonia i spokój mają wiele barw. Ciepło przesyłane umysłem może przybrać wiele kształtów... (A wiesz, Kudłaty, że to też był odruch ludzki?)

Poza tym miło było usypiać z Kudłatym w słuchawce. Chciałoby się powiedzieć: Jak zwykle. A jednak nie. Jednak było jakoś tak inaczej... Może dlatego, że dalej, że inne miejsce...

To zadziwiające jak szybko można się przyzwyczaić do czyjejś obecności, nawet takiej milczącej... Bez niego trudno mi usnąć, bo wtedy jakby czegoś w tym moim usypianiu brakowało. Takie coś kompletnie nieokreślone. Dziwne...

*****

Wyjazd wyjazdem, skończył się i wróciła rzeczywistość.
Dzień na wariackich papierach ale w słuchawkach Prince i jego Get off.
Ocieka zmysłowością dźwięków i doskonale pasuje do mojego nastroju w dniu dzisiejszym. Wołodia miał rację, że humorzasta jestem i zmienna jak kalejdoskop. Dobrze mi z tym., przynajmniej w większości przypadków.
Nosi mnie i moje biodra do tańca.
Zamykam oczy...

Widzę szeroki pas z pończochami ze szwem, buty na obcasie i sukienkę subtelnie podkreślającą każdą krągłość.
Widzę roztrzepane, lekko falujące włosy i dłonie z wypielęgnowanymi paznokciami pomalowanymi lakierem w kolorze czerwonego wina.
Widzę kołyszące się biodra i palce sunące po czarnej satynie od pasa w dół, delikatnie wędrujące po udach aż do krawędzi sukienki w okolicy kolan.
Dłonie wygładzają marszczący się lekko materiał obciągając go w dół. Widzę ścianę, o którą można się oprzeć plecami w chwili, gdy złączone kolana uginają się nieco, na tyle by dłonie mogły musnąć je i oderwać się od ciała.
Widzę ręce rozpostarte i oparte na ścianie na wysokości bioder, przesuwające się po murze, gdy kobieta odrywa od niego plecy i kołysząc biodrami postępuje kilka kroków w przód.
Uda ocierają się o siebie, gdy powoli sunie przez pokój zmierzając w stronę siedzącego w skórzanym fotelu mężczyzny.
Dociera do niego i muska paznokciami jego szyję i kark.
Ugiętą lewą nogę unosi w górę, opierając stopę o podłokietnik fotela.
Dół sukienki podjeżdża w górę odsłaniając paski podtrzymujące pończochy. Ciemne zapinki odznaczają się od jej aksamitnej, jasnej skóry.
Mężczyzna pochyla się i ustami pieści jej seksowne kolano, palcami zaś podąża od kostki, wzdłuż łydki, w górę.....

Otwieram oczy.

Oddycham.

Uśmiecham się.

To po prostu moje majaki...

środa, 28 kwietnia 2010

Pachelbel i Márquez na dobranoc.

Wczorajsza noc była niemal bezsenna, lecz w żadnej mierze nie stracona. Czyż stracone mogą być chwile poświęcone na rozmowę i rozmyślania?

Jeden z rozdziałów mojego życia został zamknięty. Definitywnie pożegnałam Pana X. Czy żałuję? To nie jest odpowiednie słowo. Będę za nim tęsknić. Mocno i dotkliwie, lecz może tak jest lepiej. Wczoraj cała rozmowa napawała mnie niepokojem, dzisiaj przynosi lekkość w sercu.
Wiele rzeczy nabrało nowego wyrazu, nowego wymiaru. Stały się czytelniejsze, bardziej przejrzyste.

Dzisiaj się uśmiecham. W blasku świec, przy dźwiękach Pachelbela i Canon in D, wśród aromatu herbaty jaśminowej wszystko nabiera rumieńców.
Cieszę się, że mam przyjaciela. TAKIEGO przyjaciela.
Cieszę się, że myślę i moje myślenie może jeszcze prowadzić do dalszych refleksji.
Cieszę się, że mogę pomilczeć w ciszy.

Nie płaczę. Uśmiecham się łagodnie i spokojnie. To taki uśmiech, który zaczyna się w sercu i sięga oczu. Prawdziwy. Taki jakiego nie było we mnie od tygodni...

Uszanuję Twoją dzisiejszą niechęć do rozmowy.
Po prostu wiedz, że jestem i będę,. W ciszy ofiaruję wsparcie. W ciszy wezmę część bólu byś mógł znieść resztę. W ciszy poczekam aż wywalczysz drogę sam, bo walka jest Twoja. W ciszy podam Ci dłoń gdy jej zapragniesz.
Wierzę. Mocno wierzę. W Ciebie.

A wśród moich refleksji zrodzonych dziś w ciszy króluje myśl Marqueza:

"Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że ci się to przytrafiło."



wtorek, 27 kwietnia 2010

Więc jak mam spać....

Jak to dobrze, że skończył się już
Ten podły dzień, co mi Cię zabrał
(...)

Choć noc, choć mrok -
dla nas wszystko już jasne
Więc jak mam spać,
kiedy wiem, że nie zaśniesz
(...)

Ira - Bezsenni


****

Są słowa, które będę pamiętać długo. Nie wszystkie są miłe. Nie wszystkie sprawiedliwe... Duża część z nich bolesna.
Jak te dwa od Kudłatego.
Przetrawię je.

****

Zarzuciłeś mi, że staję się obca, oschła, daleka... A jaka, do diabła, mam być skoro ze mną nie rozmawiasz? Myślisz, że ja odbierałam Cię inaczej? Stałeś się chłodny i zdystansowany, trzymający mnie z dala.
Powiesz, że to przecież normalne bo zawsze taki byłeś? Bzdura...
Twój oddech, Twoje uśpione mlaskanie, rozmowy z Tobą dawały mi siłę. Tymczasem teraz czuję się tak jakby odjęto mi nogi i pozbawiono możliwości chodzenia. Oddechu pozbawiam się sama.

Przyznaję, że moja próba odizolowania się była głupia i kompletnie irracjonalna, ale nie wymagaj ode mnie działania jak robot: zawsze systematycznego, logicznego, uporządkowanego. Ja też mam prawo do chwili bajzlu w głowie. I gorszego dnia.
Nigdy nie powiedziałeś mi, że mnie nie zranisz. To fakt. A jednak mimo tego przeraźliwego strachu, że to zrobisz, ja w głębi serca nadal ufam.
Wiesz, że mógłbyś rozgnieść moje serce i dusze na pył. Jednym gestem. Jednym słowem. W nocy nieomal to zrobiłeś. A ja nieomal naprawdę odeszłam.... Następnym razem nie będę się upewniać. To nie jest groźba. To zwyczajne stwierdzenie. Następnym razem po prostu rozpadniesz mnie w pył i nie będzie powrotu. Po prostu.
Przeraża mnie to, że dopuściłam Cię do siebie tak szybko, że w ogóle Cię dopuściłam do siebie. Nie zwykłam tego robić, nie zwykłam ufać ludziom. A jednak z jakiś dziwacznych względów Tobie zaufałam i otworzyłam się przed Tobą bez granic. Przestraszyłam się. Wiesz o mnie niemal wszystko, znasz wszystkie słabe punkty. Przerażające jest to, co mógłbyś zrobić z tą wiedzą. Czasem robiąc coś, trudno nam się zatrzymać, mimo iż wiemy, ze to nie jest dobre, nie jest najlepsze i mamy nadzieję, że ktoś złapie nas za rękę, potrząśnie i powie: "Stój! Co ty, do cholery, robisz?!"

****

Czasem czuję się tak jakbym kroczyła prosto w przepaść.
Nie wiem czy będzie ktoś kto mnie zatrzyma...

****

Jedno zdanie i płaczę.
Jedno długie zdanie będące odpowiedzią na pytanie Wilczka.
Jedno zdanie, którego sklecenie zajęło mi chwilę.
Jedno zdanie, które określił jako piękne.
Jedno zdanie napisane na prośbę tego upartego Sierściucha....
Futrzaka, z którym rozmowy nigdy nie są banalne.
Wilczka, który lubi zadawać trudne pytania.
Szarego, który dysponuje niezłomną siłą ducha.
Tego samego, który jak wariat zjeżdżał z góry bez hamulców.
Miękkofutrzanego, który zawsze celnym słowem sprawiał, że uśmiechałam się mimo łez.
Wyję.
Ja już nie płaczę, ja wyję.
Z uśmiechem.
I lżejszym sercem.

Pełnia dzisiaj...

niedziela, 25 kwietnia 2010

Krótki weekend....


Piątkowy wieczór upłynął w miłym towarzystwie Raga i Drida oraz sesją na bazie Kinga. Wszystko byłoby pięknie gdybym przez cukierki toffi, minę Grzesia oraz potwora Raga nie dostała głupawki. Ragowa mimika i coś na kształt: "Grrrrrrrrr" rozwaliło mnie i zaliczyłam atak śmiechu. Powtarzalny...
Mimo wszystko zaliczam noc do szalenie udanych :)
Po powrocie zaliczyłam długą rozmowę z T. On naprawdę jest jak mój starszy brat. I to troskliwy. Naprostował mnie trochę. Co prawda uświadomił mi kilka niezbyt zabawnych rzeczy ale dzięki mu za to i tak.
Perspektywa i świadomość tego, że jestem dobrą przyjaciółką, taką z którą się dobrze rozmawia, dobrze bawi i której można się wyżalić w każdym momencie, taką która jest zawsze wtedy gdy potrzeba, jest w zasadzie bardzo miła. Jednak nie wówczas gdy sobie człowiek uświadomi, że tej przyjaciółki nigdy nie zaprosi się do domu na herbatę. Oczywiście to symboliczne ujęcie, ale nawet oddaje to o czym rozmawialiśmy z T. Nie jestem tym typem przyjaciółki, którą zaprasza się na imprezy albo na wypad za miasto. Od tego są przecież inni. To przykre, ale nie powinnam mieć wielkich problemów z zaakceptowaniem tego. Przykrość się chwilę utrzyma i zniknie.
Poza tym przypomniałam sobie skąd u mnie ten brak zaufania i trudności z mówieniem o tym co naprawdę czuję. Trudno pokonać niemal trzynastoletnie przyzwyczajenie.
T. zastosował terapię szokową i najzwyczajniej w świecie nawrzeszczał na mnie za chęć ucieczki i ponownego zagrzebania głowy w piasek. Na szczęście siedzi w tej swojej Kalifornii i nie może zmyć mi łba ani sprać na kwaśne jabłko. Nie wątpię by to zrobił, gdyby był bliżej.
Kazał mi się ubrać i wyjść do ludzi. Dobrze, że nie widział mojej miny.

Jednak wyszłam.
O dziwo przygotowania do sobotniego wyjścia sprawiły mi przyjemność. Nie ma to jak poczuć się kobieco.... Pas do pończoch, pończochy ze szwem, buty na obcasie i kiecka.... A potem w miasto. Spotkanie z Mru okazało się zbawieniem i ocaleniem resztek mojej godności. Wizyta w HRC (mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr) zaowocowała późnym powrotem do domu w niezłym humorze i z lekko szumiącą główką. Ale czasem i takie coś jest potrzebne. Powiesiłyśmy psy na tym na kim trzeba było, dogadałyśmy szczegóły wyjazdu na sierpniowy festiwal i spiłyśmy nieco Adasia. Powspominałyśmy dobre czasy XR oraz wybryki Di i Amry. Adasia nie widziałam całe wieki, więc spotkanie z nim było niebywałą przyjemnością. Niewątpliwie to nadal mój ulubieniec ;) Niestety nieszczęsny odważył się ze mną założyć o przekonanie, że moja osobowość go nie przestraszy., Obie z Mru wybuchnęłyśmy mrocznym śmiechem, obie doskonale wiemy bowiem, że bywam przerażająca....

Niedziela upłynęła spokojnie. Odwiedziny u rodziców wyciszyły mnie dziwnie. Mała Sońka (najnowszy domownik - czyt. szczeniara jamnikowata) okazała się przylepą nie z tej ziemi, która za najlepsze miejsce do spania uznała balkonik z mego biustu i z upodobaniem wciskała maleńki nosek w moją szyję. To było zabawne. Czas upłynął nawet nie wiem kiedy.
Szkoda że już poniedziałek, bo nie chce mi się ani iść do pracy ani wychodzić z domu.
Widocznie taki głupi czas nastał...

piątek, 23 kwietnia 2010

Słów kilka o zrozumieniu kobiet...


"Między kobiecym tak i nie zaledwie koniec igły zmieścić się może."

/ Miguel de Cervantes /


Onegdaj usłyszałam, że pojąć kobietę może jedynie kobieta i muszę przyznać, że w pierwszej chwili zaśmiałam się z tej, jak mi się zdawało, jawnej bzdury. Jednak ostatnie zdarzenia przywołały to twierdzenie i zamyśliłam się nad nim nieco. Otóż faktycznie, pewne aspekty naszej kobiecej natury może poznać jedynie kobieta. Mężczyźni posiedli pewien dar sprawiania, że kobiety dzięki nim czują się albo piękne i wyjątkowe albo wręcz przeciwnie - zrównują się niemal z ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego...
A wszystko jednym słowem.
Właściwie zlepkiem słów.
Zdaniem.
Często nawet tym samym.
Są słowa, których nadużywanie nigdy nie grozi. To komplementy...
Kobiety chcą czuć się wyjątkowo. I nie jest ważne czy mowa o siostrze, matce, ciotce, żonie czy kochance. Nawet najlepsza przyjaciółka, która jest kobietą, potrzebuje komplementów. One sprawiają, że kobieta czuje się zauważana, piękna, doceniana. Miło jej słyszeć, że ładnie wygląda, że ma śliczny uśmiech, że w jej towarzystwie spędza się dobrze czas. Choćby chodziło o jedzenie chipsów, oglądanie głupawego filmu czy puszczanie kaczek z mostu. Miło jej słyszeć od czasu do czasu, że chętnie ktoś zrobi coś po jej myśli, że to ona decyduje. Ale...
Gdy zbyt często słyszy: "Jak chcesz", "Ty zdecyduj", "Jak wolisz", wówczas w jej główce zapala się czerwona lampeczka. Bo czyż te słowa powtarzane zbyt często nie świadczą o tym, że ktoś się nie angażuje zbytnio, że w zasadzie zwala nam na głowę podjęcie decyzji? A uchowaj Boże, dodać przy tym jeszcze: "Mnie to nie przeszkadza". Oj, kłopot gotowy. Kobieta bowiem przetworzy to sobie jako: "Mnie jest obojętne. Zrób co chcesz, bo mi to wisi". To zniechęca i boli.
Kobiety potrzebują by być wysłuchane, a gdy mówią chcą mieć pewność, że nie prowadzą bezsensownego monologu. Chcą by je wysłuchać, przytulić, pogłaskać po ręku i przez chwilę dać im poczucie, ze nie są same. Nie potrzebują rad i rozwiązania problemu, gdyby bowiem tego właśnie oczekiwały, z całą pewnością by padło pytanie: "Co mam z tym zrobić?" Większość mężczyzn na takie wyrzucone emocje natychmiast szuka rozwiązania i podaje je na srebrnej tacy, z dumą wypisaną na twarzy. Przecież właśnie uratowali tę biedną kobietę...
Bzdura! Właśnie pokazali tej zmęczonej kobiecie, w której kłębi się frustracja, iż są przekonani o tym, że ona sama by sobie nie poradziła z daną sytuacją.
Cóż, drogi mężczyzno, strzał we własną stopę byłby mniej katastrofalny i bolesny w skutkach. Właśnie sprawiłeś, że Twoja żona, siostra, dziewczyna, najlepsza przyjaciółka poczuła się niedoceniona. Nie daj Boże jeżeli uczyniłeś to w okresie chronionym (czyt. menstruacja, ciąża i menopauza). Wtedy katastrofa gotowa i zapewniona na najbliższe kilka dni. Weź to pod uwagę drogi panie i wpisz sobie w grafik powiedzenie kobiecie kilku miłych słów. Dzięki nim poczuje się ona zdecydowanie lepiej, a te kilka zgłosek może rozjaśnić jej dzień. I sprawić, że doceniona sama skomplementuje Ciebie. A Ty przecież lubisz słyszeć, że jesteś ważny, mądry i wspaniały, nieprawdaż?

czwartek, 22 kwietnia 2010

Rozpoczęłam sezon na misia...


















...It's time to forget about the past
To wash away what happened last
Hide behind an empty face
Don't ask too much, just say
'Cause this is just a game

Everyone's looking at me
I'm running around in circles, baby
A quiet desperation's building higher
I've got to remember this is just a game...

/30 stm - Beautiful lie /

Wzbiera we mnie krzyk. Bezgłośny. Silny. Rozrywający od środka.
Nie mówię o tym, bo i po co?
Nie mogłam spać. Znów męczył mnie koszmar. Byłam zamknięta w małym przezroczystym pudełku i brakowało mi oddechu. Słyszałam głosy na zewnątrz, więc myślałam, że ktoś chce mnie uratować... A on tylko oparł się o nie wygodnie i patrzył jak opadam na dno. Z uśmiechem patrzył jak się duszę... Ktoś. Bez twarzy, a jednak wiedziałam, że się uśmiecha.
Źle się czuję wpychając tam gdzie mnie nie chcą. Ostatnio źle mi wszędzie... U siebie, u innych...
Niby się uśmiecham, niby mówię, że jest w porządku, ale w głębi serca chciałabym przestać oddychać. Tak sama z siebie. W jednej chwili. Z nikim nie rozmawiam na ten temat. Dlaczego? Nikt nie pyta. Udaje mi się zbywać ich zwykłym: "Ciężki dzień, zmęczona jestem". A w środku wszystko wyje i krzyczy. Maskuję uśmiechem wzbierające łzy i pierwszy raz cieszę się, że nosze okulary. Zza szkieł nie widać zawilgoconych oczu. Dławię ten bezgłośny krzyk pilnując by nic nie wydostało się na zewnątrz. Jak Cerber bram Hadesu.
Pan X pytał jak z K. Co miałam powiedzieć? Szczególnie teraz, gdy wszystko się zaciera. Serce pękło mi w nocy a rano zostało pogrzebane. Oczywiście powiedziałam, że z K. jest lepiej, w porządku. Przecież jest. Nie skłamałam. Jest lepiej. Ale czy lepiej znaczy dobrze? Czy lepiej znaczy super? Lepiej znaczy dokładnie to co znaczy: lepiej niż było. Oznacza poprawę. Jednak dy było tragicznie lub katastrofalnie czy można powiedzieć, że lepiej znaczy dobrze? Nie bardzo. Lepiej w takim przypadku znaczy, że jest nieco mniej źle. Nic więcej. Nie mam złudzeń, że wrócimy do tego co było na początku. Zbyt dużo pokutuje między nami bólu, zbyt dużo wzajemnych blizn, zbyt mocno pamiętam. Czasem nienawidzę tej swojej pamięci i nęci mnie perspektywa elektrowstrząsów. Może gdyby wymazali mi pamięć możliwe byłoby bym znów czuła się naprawdę szczęśliwa. Może zapomniałabym ostre i celne słowa, które jak nóż, wbiły mi się w serce. Może nauczyłabym się żyć bez seksu, bo temperament by mi się zmniejszył. Może zapomniałabym... Może byłabym inna.... Jak czysta biała karta, którą można zapisać po swojemu. Tylko czy wówczas byłabym sobą?
Ogarnia mnie przerażenie, które osacza mnie i zaciska macki na moim ciele. Moje własne nigdy niekończące się więzienie tego co mogę i co powinnam, tego co muszę i czego się ode mnie oczekuje. Więzienie złożone z cudzych pragnień i potrzeb. A gdzie miejsce na moje?
Niektórzy potrzebują mnie na wyłączność, innym wystarczy kilka chwil przed snem. A czy ktoś z nich pomyślał chociaż przez chwilę o tym czego potrzebuję ja? Czy ktoś o to zapytał?
Ja potrzebuję czasem nabrać oddechu, takiego który nie boli. Czasem potrzebuję porozmawiać, a nie prowadzić monolog. Monologi mogę przeprowadzać patrząc w lustro albo płomień świeczki. Czasem potrzebuję ludzi, którzy są jak powiew wiatru, świeżego, ożywczego, kojącego. Czasem czyjeś milczące towarzystwo, gdy tylko trzyma mnie za rękę, pozwala mi złapać równowagę, wyciszyć się. Nie... Sądząc po zachowaniu i tym co mówią, nikt o tym nie pomyślał, nikt się nie zastanawiał. Świadomość tego boli. I rodzi niemy krzyk buntu.
Czuję się jak narzędzie, za pomocą, którego zaspokajają braki w swoim życiu. Nigdy nie traktowałam ludzi przedmiotowo i trudno mi pogodzić się z faktem, że ktoś w ten sposób może postrzegać mnie. Jak szczotkę, którą niepotrzebną chowa się do szafy.
Wycofuję się. Powoli się wycofuję bojąc się, że mnie zranią tym razem zbyt mocno. Wołodia miał rację, że jestem ostrożna i brak mi zaufania. Może to wynika z moich doświadczeń, a może z asekuranckiej natury. Czort wie... Nie było zbyt wiele osób, którym dotąd zaufałam. Bezgranicznie jedynie dwóm. Ta statystyka przeraża mnie samą.
Ufam. Obecnie ufam, ale to zaufanie sprawia, ze ciągle czuję się zagrożona. Taki odruch bezwarunkowy. Jak z psem, którego przez lata bito, gdy tylko podszedł. Taki pies będzie się kulił i uciekał na widok każdej wyciągniętej ręki. Nawet tej, którą ktoś chce go pogłaskać.

Rozpoczęłam sezon na misia. Moja przytulna jaskinia woła mnie gwarantując bezpieczeństwo. Wiem, że idzie wiosna, a na wiosnę miśki wychodzą na świat. Ja się chowam,  ale widocznie dziwny ze mnie niedźwiedź. Tchórzliwy nieco, pamiętliwy i zbyt wrażliwy.
 
Nie lubię samotności, lecz jak trwoga to do Boga, jak to mówią. Gdy jest mi źle uciekam. Daleko od ludzi, daleko od wszystkiego... Jak teraz... mam ochotę zwinąć się w kłębek i milczeć. Z Jaredem w słuchawkach, bowiem on jeden jakoś umie stłumić wszystkie myśli kotłujące się w nadmiarze. Kiedyś takim remedium był oddech Kudłatego, ale przestał... Dlaczego? Bo się boję. Staram się uciec, odzwyczaić się. Bo co zrobię gdy go zabraknie? Gdy odejdzie? Zniknie? 

Boję się kolejnej wizyty u Lwiczki i Kudłatego. Wszystko teraz jest inne. Chciałabym by było takie samo, ale jest inne... Nie chcę pamiętać tej ostatniej  wizyty. Boli mnie. Od początku do końca. Boli mnie każda jej sekunda, w szczególności te, które miały dać wytchnienie i przynieść ukojenie. Czy ja mam jakieś oczekiwania? W stosunku do tych chwil nie miałam żadnych. Zamieniły się w koszmar na jawie, który samym swom wspomnieniem wywołuje łzy. Chyba dawno nie czułam się tak samotna i odepchnięta, ale przecież nie będę  o tym mówić żadnemu z nich. Czasem lepiej nie używac słów...

Jednocześnie rozpaczliwie pragnę, żeby ktoś potrzymał mnie za rękę. 

Ktoś...

środa, 21 kwietnia 2010

Nie wierzę w nic...



I believe in nothing,

not the end and not the start
I believe in nothing,
not the earth and not the stars
I believe in nothing,
not the day and not the dark
I believe in nothing
but the beating of our hearts


I believe in nothing

100 suns until we part
I believe in nothing
not in satan, not in god
I believe in nothing,
not in peace and not in war
I believe in nothïng
but the truth of who we are

/30 STM - 100 suns/

Cisza.
Głos Jareda odbija się o ścianki czaszki.
Cisza.
Sto słońc... w kółko.
Cisza....
Powietrze opada mi mgiełką na twarz.
Cisza...
Zasypiam...
Cisza.
Jared w słuchawkach.
Cisza.
Powoli....
Cisza
Śnię bez Ciebie...
Cisza...

Oddycham...

Bez oddechu...

"I can't figure out
Is anybody out there?
All the things you scream about
Do you think of just yourself?
I'm going to start by taking back
So sick of sharing my air
All the trust you shouldn't have
'Cause I can't breathe anymore!"


Boli. Boli gdy wciągam powietrze w płuca. Boli gdy oddycham, więc staram się tego nie robić.

Świat nabiera innych barw. To zadziwiające jak wyraźnie czasem widać pewne rzeczy. Jest taki moment, że widzi się wszystko tak wyraźnie jak za pierwszym razem, kontury są ostre... aż kłują w oczy. A potem zachodzi mgła, barwna, kontury rozmywają się zamieniając w kolorowe plamy....

To zadziwiające jak brak tlenu zmienia nam sposób postrzegania świata.

Nie oddycham....
Wydłużając chwilę bez oddechu co raz bardziej.

Nie oddycham....
Oddech pali mnie w płucach.

Nie oddycham...
Bez powietrza nie czuję cierpienia.

Nie oddycham...
Czy mogę tak zostać?

wtorek, 20 kwietnia 2010

Gdybym nie istniała...

"Why do you come here, when you know I've got troubles enough?
Why do you call me, when you know I can't answer the phone?
And make me lie when I don't want to,
And make someone else some kind of an unknowing fool?
Make me stay when I should not?
If you're so strong then resolve the weakness in me.
Why do you come here, and pretend to be just passing by?
I need to see you - I need to hold you - tightly.(...)"

/J. Armatrading - The Weakness in Me/


Ostatnio się czuję jakby życie nie uciekało mi między palcami, ono spada na mnie lawiną i wbija w ziemię.
Czegokolwiek się nie tknę, zawalam w całości. Prywatnie, bo zawodowo kwitnę.
Dochodzę do wniosku, że powinnam uciec od ludzi zanim kogoś skrzywdzę.
Kristof i Aggie byli zgodni w jednym: przywiązuję do siebie ludzi.
Do cholery, ja nie chcę! Nie wiem jak to robię, nie chcę tego! Tak samo jak nie chcę przywiązywać się do nich. A robię to. W sposób zatrważający mnie samą. Angażuję się w ich życia i cierpię, raniąc ich przy tym. Nie chcę nikogo ranić, bo to sprawia, że nienawidzę sama siebie. Za ból, który sprawiam. I za ból, którym oni obdarzają mnie...
I w tym wszystkim zapominam o sobie. Oddaję im całą siebie a potem patrzę jak wyrzucają mnie do kosza, gdy moja obecność staje się zbędna. Gramolę się z tego kosza o własnych siłach, ledwie żywa i wynoszę z tego nic. Kompletnie nic. Bo następnym razem popełniam ten sam błąd. Angażuję się. I just really do care.

Po co? Dlaczego?

Masochizm.. To musi być masochizm, bo co innego?
Staram się nie urazić nikogo, nie przysporzyć mu cierpienia i na nic się to zdaje. Bo ludzie cierpią.
Powinnam otoczyć się murem. Być przyjacielem dla ludzi, lecz nikogo nie dopuszczać do siebie. Czy to w ogóle jest wykonalne?

Zostanę sama. Wybiorę własne cierpienie w zaciszu pustelni i samotność. Tę znienawidzoną. Tę, która mnie przeraża. Zatrzasnę serce i nie dam nikomu się dotknąć. O ile będę w stanie. Chciałabym. Czasem naprawdę bym chciała to umieć. Tylko, że ja kocham tych ludzi. Słysząc, ze ich ranię moje serce rozpada się na miliony małych kawałków. Jak James.
Mam ochotę zapalić.
Pierwszy raz w życiu.
Złapać za papierosa i zaciągnąć się głęboko by dym wypełnił mi płuca. A potem przestać oddychać.
Właściwie tym nie muszę się przejmować, bo brakuje mi tchu.

Ponura odeszła. Uznała, że ją porzuciłam, odwróciłam się od niej. Przyznaję, że nie miałam dla niej zbyt wiele czasu ostatnio. Głównie ze względu na pracę i to co się działo w tym popieprzonym trójkącie: ja, Lwiczka i Kudłaty. Mogła czuć się odepchnięta. Nie chciałam tego. Nadal jest dla mnie ważna tak mocno jak była. Nie da się wrócić czasu, a chciałabym...

Lwiczka odejdzie. Wiem to. Czuję. Właściwie już odeszła. W chwili, gdy pierwszy raz zareagowała złością na moją przyjaźń z Kudłatym. W tym momencie postanowiła odłączyć się. Dlaczego nie mogę przyjaźnić się z nimi obojgiem? Dlaczego nie możemy wypracować sobie własnego kodu, własnego języka... Dlaczego muszą się wkradać wzajemne pretensje. To boli. Lwiczka powiedziała, że ją ranię, że czuje się odstawiona na boczny tor. Zawsze starałam się jakoś zrównoważyć to wszystko, czas jaki poświęcałam i jednemu i drugiemu. Tu co prawda chodzi bardziej o czas jaki Kudłaty poświęca na kontakt ze mną, przynajmniej w moim odczuciu.

Kudłaty odejdzie. Prędzej czy później odejdzie. Już same jego pytanie, które zadał ostatnio ... Jak myślisz kiedy nasza przyjaźń się skończy? Kiedy skończy się szczerość? Stawianie takich pytań świadczy o tym, że się o takim obrocie sprawy myśli. Ja nie myślałam do tej pory, nie rozważałam tego, nie zastanawiałam się. Było to dla mnie coś kompletnie poza możliwością poznania. Jakże mogłabym nie być szczera? Jak mogłabym się nie przyjaźnić? Po tym pytaniu zaczęłam się zastanawiać. Kiedy się skończy? Nie wiem, lecz wiem co nastanie później. Pustka. W moim życiu...

Gdy kończy się szczerość, zaczyna się samotność.
Moze ja po prostu jestem jednostką aspołeczną i złym człowiekiem? Takim, który najpierw przytłacza ludzi samym sobą aż do zamęczenia, a potem wczepia się jak rzep i trzeba odrywać go od siebie by w końcu odetchnąć... Może powinnam się sama zdecydować na samotność i odizolować od ludzi? Dla ich i własnego bezpieczeństwa emocjonalnego.

Lwiczka i Kudłaty mają dziś rozmawiać. Dobrze. Chociaż moja fatalistyczna część natury krzyczy, że dostanę efektem tej rozmowy jak kulą armatnią. Chociaż rykoszetem.
Nie będę się wtrącać. Nie będę dawać rad i wysnuwać wniosków.
Będę milczeć. Wszyscy na tym skorzystają jak mniemam.

Boję się.
Jestem przerażona.
Samą sobą. Tym życiem, które na mnie spada. Świadomością, że ranię i krzywdzę tych, którzy są mi najbliżsi. Zaczynam myśleć, że dla nich byłoby lepiej gdyby mnie nie poznali. Byli by szczęśliwsi bez balastu jaki ze sobą niosę.
Gdybym nie istniała...

Może powinnam?


czwartek, 15 kwietnia 2010

Wyciągnę rękę o jeden raz więcej niż Ty ją odtrącisz...


Chciałabym pomóc, lecz nie wiem czy umiem.

Nie mogę rozwiązać problemów za Ciebie, nie mogę podejmować za Ciebie decyzji, nie mogę określić, co jest dla Ciebie ważne. To musisz zrobić sam.

Jedyne co mogę to stać obok i pomagać Ci wstać ilekroć upadniesz.
Mogę słuchać, ciągle, w kółko, bez przerwy. Mogę słuchać tak długo jak długo będziesz mówił, tak długo jak mi pozwolisz. Mogę doradzić, jeżeli tego będziesz chciał, lecz nie wcześniej. Mogę trzymać Cię za rękę i czekać aż uśniesz. Mogę po prostu być, cicha, niepozorna, ale obecna. Mogę pójść z Tobą na spacer. Taki bez słów, wśród kasztanów albo dębów. Mogę nauczyć Cię jak przytulać się do brzóz by szeptami ukoiły rozedrgany umysł. Mogę bezgłośnym słowem przypomnieć, że nie jesteś sam. Mogę podać Ci dłoń w chwilę po tym jak ją odtrącisz. Mogę stać z Tobą ramię w ramię nawet jeżeli się z Tobą nie zgadzam. Mogę odbierać Twój telefon w środku nocy by usłyszeć, że chcesz pomilczeć. Mogę...
Mogę tylko tyle...

Chcę...

niedziela, 11 kwietnia 2010

[*]

Nadal nie umiem się otrząsnąć z tego co się stało.
Nadal nie dociera to do mnie w pełni druzgocącej świadomości.

Straszna tragedia dotknęła nasz naród. Nikt nie spodziewałsię, nikt nie pomyślał nawet, że czeka nas coś takiego. Prezydencki samolot Tupolew 154-m rozbił się w smoleńskim lesie. Nieopodal Katynia. Na pokładzie było 96 osób. Nikt nie przeżył. Były wśród nich najwyższe osobistości w państwie, w tym para prezydencka, ministrowie, zwierzchnictwo sił zbrojnych, byli także Ci mniej znani, dla wielu z nas wręcz anonimowi. Lecieli do Katynia na 70. rocznicę zbrodni na polskich oficerach. O godzinie 8.56 czasu polskiego samolot, przy bardzo gęstej mgle próbował wylądować na starym, fatalnym lotnisku wojskowym w Smoleńsku.
Nie jest istotne rozważanie dlaczego zdecydowali się tam lądowac. To jak płakanie nad rozlanym mlekiem, wybaczcie to mało stosowne porównanie.
Zastanawia mnie jedno, dlaczego najważniejsze osobistości państwa leciały tym samym samolotem. Jak powiedział jeden z komentujących tę tragedię Roman Polko „ Aż się prosiło o coś złego”. Jestem tego samego zdania. Nie wkłada się wszystkich jajek do jednego koszyka... Powinno lecieć kilka mniejszych samolotów. Nauczyłam się dmuchać na zimne...

Dlaczego nie wyciągnięto wniosków po wypadku polskich żołnierzy i oficerów sprzed roku? Wówczas także zginęli wysokiej rangi żołnierze.Wówczas też lecieli jednym samolotem…

Wczoraj była wigilia Miłosierdzia Bożego. Pięć lat temu, w sobotę 2 kwietnia, zmarł nasz największy Polak - Papież Jan Paweł II… Wtedy też była wigilia Miłosierdzia Bożego. Do tego wczoraj przypadała 70. rocznica zabicia polskich oficerów przez NKWD w Katyniu. Pasażerowie Tupolewa zginęli w lesie, niedaleko miejsca mordu katyńskiego.

Tak wiele symboli, tak wiele znaków, co to może znaczyć? Wielokrotnie słyszałam stwierdzenia, że jesteśmy narodem wybranym, dlatego Bóg nas ciągle doświadcza. Denerwuje mnie fakt, że w złych chwilach zwala się wszystko na Boga, niejednokrotnie zapominając o nim w chwilach dobrych. Może powinniśmy zastanowić się co Ten na górze chce nam przez tę tragedię powiedzieć.

Wszyscy pamiętamy niedawne dyskusje premiera i prezydenta, których tematem był samolot. Kłócili się o to który z nich ma polecieć do Brukseli. Wtedy wydawało się to irytująco śmieszne. Jak dla mnie to był pierwszy znak, że stanie się coś co na zawsze zmieni nasze zapatrywania na ten środek transportu. Teraz stał się symbolem cierpienia i bólu naszego społeczeństwa.

Chciałabym wierzyć, że natchnieni ostatnimi tragicznymi wydarzeniami politycy, przestaną się kłócić a zajmą się sprawami naprawdę ważnymi. Jestem jednak realistką i mój pragmatyzm zbyt mocno daje o sobie znać. Bardziej niestety skłaniam sie ku twierdzeniu, że tragedia zostanie wykorzystana i zbezczeszczona brudną grą polityczną.

Dokładnie tak jak wykorzystywano śmierć Jana Pawła II przed pięcioma laty.

Ci, którzy odeszli mają teraz lekkie serca, cieszą się towarzystwem tych, którzy odeszli przed nimi. I tylko nam , na ziemi, z ciężkim sercem przychodzi pogodzenie się z faktem, że ich już nie będzie...

Cześć ich pamięci.

sobota, 10 kwietnia 2010

Guziki

Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie

są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychwstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las

tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów

/Z. Herbert/

Dziś nie trzeba więcej słów. Słowo - to wiele, ale milczenie - to wszystko....

Milczę z tymi, którzy odeszli [*]

sobota, 3 kwietnia 2010

...

Masochistka....

Pieprzona masochistka emocjonalna ze mnie...

Powinnam sama siebie kopnąć w dupsko. Nic dziwnego, że ludzie mnie ranią skoro sama im daję ku temu sposobność. Ba! Zachęcam ich do tego.
Odsłaniam się i sama wskazuję im czułe punkty.

Pieprzona masochistka.

Na każdą dzisiejszą łzę i cierń bólu zapracowałam sama. Daję się wciągać w ich i nie umiem się odciąć. Serce mi pęka, a nadal patrzę jak pastwią się nade mną w swojej bezmyślnej nieświadomości.

Niknę... Nic nie jest takie jak było. Już od dawna. Rozsypuję się i z każdym dniem mnie mniej. Nie widzą tego. Nie chcą widzieć. Tak jest prościej, lepiej, ładniej... Nie widzieć..

Patrzę załzawionymi oczami jak rwą mi serce rozpalonymi szczypcami ignorancji i uśmiecham się, bo przecież nie pokażę im swojego bólu, nie pokażę cierpienia. Wstydzę się. Boję się. Odgradzam się.

Nieuchronne zbliża się wielkimi krokami. Wiem, że mnie to zniszczy. Jednym słowem, jednym spotkaniem, jednym gestem. Zmiecie z powierzchni w sposób absolutny. Taki, po którym się nie podniosę. Płaczę, drżę, lękam się, ale nie ruszam się z miejsca.

Trzy rzeczy w życiu przychodzą niezapowiedziane i są nie do opanowania: strach, zazdrość i miłość. We mnie kotłują się wszystkie na raz.

Dlaczego nie idę? Dlaczego nie odchodzę? Dlaczego nie znikam?
Stoję jak słup soli, chociaż wiem, że to co nadchodzi zetrze mnie na proch i odbierze mi duszę.

Masochistka emocjonalna...

Powinnam uciec...

czwartek, 1 kwietnia 2010

Nie cierpię...

"I hate the way you talk to me,
And the way you cut your hair.
I hate the way you drive my car.
I hate it when you stare.
I hate your big dumb combat boots,
And the way you read my mind.
I hate you so much it makes me sick,
It even makes me rhyme.
I hate the way you're always right.
I hate it when you lie.
I hate the way you make me laugh,
Even worse when you make me cry.
I hate it when you're not around,
And the fact that you didn't call.
But mostly I hate the way I don't hate you,
Not even close,
Not even a little bit,
Not even at all."


Dzisiaj znów oglądałam "10 things I hate about you". Australijski akcent Heatha przyprawia mnie o ciarki i dreszcze. Ciągle... Zamykam oczy i słyszę głos. Nie Heatha. Ten inny. Przyprawiający mnie o podobne ciarki, mimo braku australijskiego akcentu. Otwieram oczy, a jego jak nie było tak nie ma. Ciężkie jest życie, nieprawdaż?
Niemniej jednak chciałabym zadedykować mu ten przewrotny wiersz.
Dlaczego?
Z tego samego powodu, dla którego tyle razy mówiłam mu: Nie cierpię Cię.
Równie przewrotnie.
Z powodu, dla którego trudno mi usnąć bez jego "Dobranoc", dziwnie się czuję bez "Dzień dobry", a dzień bez kilku zamienionych słów wydaje się dziwnie pusty.

Panie X... ja nadal Pana nie cierpię... :)