poniedziałek, 22 marca 2010
Kształt mojego serca...
Wina Leosia Zawodowca i Kudłatego.
Shape of my heart - delikatne, subtelne dźwięki, które wyciszają i uspokajają.
A serce się wygrzebało i w nocy mnie nękać zaczęło, spać nie dało. Musiałam je wstawić na miejsce.
Uparte, małe, wredne! Istna cholera...
I na samo dzień dobry znów mnie nęka. Tą swoją dobrocią cholerną.
Wolałabym być niemiła i sukowata, tacy ludzie mają lepiej i łatwiej w życiu, ale nie umiem. Wszystko przez tą upierdliwą małą mendę siedzącą mi w piersi jak na tronie. Rządzi się utrapienica jedna.
Serce.
Jej kształt się zmienia. Z każdą chwilą rośnie w siłę, odzyskuje rumieniec.
Ech...
A myślałam, że tylko wątroba może się w człowieku regenerować...
niedziela, 21 marca 2010
Colorblind
Coffee black and egg white
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am
Taffy stuck, tongue tied
Stuttered shook and uptight
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am...fine
I am covered in skin
No one gets to come in
Pull me out from inside
I am folded, and unfolded, and unfolding
I am
colorblind
Coffee black and egg white
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am...fine
I am.... fine
I am fine
Zamykam kolejny rozdział życia. Najwyższy czas.
Boli jak jasna cholera, ale nie będę z tym zwlekać.
I tak mam wrażenie, że jest już za późno.
Chwyciłam za skalpel zdrowego rozsądku i zaczęłam mozolną pracę.
Odcinam niewypowiedziane słowa. Jak ścięgna oddzielam je od siebie i pieczołowicie chowam do pudełka po butach.
Odcinam nienazwane uczucia. Jednym ruchem. Bez sentymentów. Je pogrzebię bezpośrednio w ziemi. Niech gniją. Po jaką cholerę narosły?
Amputuję Cię. Miażdżę. Własnoręcznie.
Nie chcę Ciebie w moim życiu.
Bolisz.
Zbyt często bolisz.
Mówili, że nie wytrzymam bez Ciebie, że nie dam rady żyć..
Sama tak twierdziłam.
Czas się przekonać.
Jeżeli doczekam ranka, to znaczy, że kłamali.
Jeżeli nie... Cóż... Wtedy to nie będzie i tak miało znaczenia.
Wycinam Cię brutalnie i do cna.
Nie zostawię nawet najmniejszej niteczki łączącej Cię ze mną.
Boże, dlaczego to tak boli? Dlaczego boli coś do czego nie mam prawa, coś czego nie chcę?
Niedopowiedzenia, manipulacje, gierki słowne - to wszystko Twoje metody działania. Usuwam je z siebie jak wrzód. Krwawisz? Dobrze.
Cierp.
Cierpię z Tobą.
Milczenie gdy chce się krzyczeć.
Uśmiech gdy chce się wyć.
Nieuzasadnione tęsknoty.
Znikam je z siebie wraz z Tobą.
Już nie krzyczysz.
Amputowałam Cię.
Czuję pustkę. Zimną i przeraźliwą.
Chowam Cię do metalowej puszki po maślanych ciastkach.
Nie chcę być już dobrym człowiekiem, bo dobrzy ludzie cierpią.
Nie chcę cierpieć.
Never ever.
Grzebię Cię pod brzozą.
Wycinam tabliczkę.
Kładę pojedynczą różę.
Tuż obok napisu.
"Serce"
Nie miałam Cię już by dopisać "Zdradzieckie"...
poniedziałek, 15 marca 2010
Dystans...
Na dystans jesteśmy mniej onieśmieleni, niż patrząc sobie w twarz; że łatwiej przychodzi nam coś napisać, niż powiedzieć...
Chrzanię dystans. Chcę prawdy.Brutalnej, bolesnej, wczepiającej mi się w mózg i wydzierającej ostatki nadziei i przyzwoitości.
Chcę cholernej prawdy.
Mam dość gubienia się w domysłach.
Czego Ty ode mnie chcesz? Czego oczekujesz? Dlaczego mnie dręczysz wciąż swoim niezdecydowaniem, swoimi humorami, swoimi pretensjami? Nie odpowiadam Ci więc po co wciąż tu jesteś? Po co stoisz mi pod oknem i pukasz wciąż i na nowo? Dlaczego dręczysz mnie pakując się do mojej głowy, nie dając o sobie zapomnieć - jakbym w ogóle mogła.... To trwa zbyt długo, nie sądzisz? Podejmij chociaż raz w życiu męską decyzję. Ja się poddaję, kapituluję, wieszam białą flagę zostawiając Tobie decyzję co dalej z ta bitwą. Nie mam na to wszystko siły. Zwijam się samotna w kłębek. Zasypiam samotna. Przecież nigdzie człowiek nie jest równie samotny jak leżąc w łóżku z własnymi myślami i uczuciami, chwilę przed zaśnięciem.
Bezgłośnie wyję błagając o to by ktoś przegnał koszmary i potrzymał mnie za rękę, gdy zasypiam. Nikt nie słyszy tego milczącego wołania. Nikt nie zna mnie na tyle by się zorientować, prawda?
Po tylu latach jestem dla nich wszystkich obca.
Tak naprawdę nie chcieli mnie poznać. Nikt. Nawet pies z kulawą nogą.
Ja nie będę błagać.
Nigdy więcej nie będę już nikogo o nic błagać.
Ani o to by mnie dotknął, ani o to by mnie przytulił.
Nigdy.
Never.
Ever.
Te podchody mnie męczą.
Masz odwagę mi powiedzieć wszystko prosto w twarz?
Ja naprawdę wolę być samotna niż niemile widziana.
niedziela, 14 marca 2010
Ludzie rozczarowują w małych szczegółach...
Nie mieli wyjścia. Musieli.
Broń nie niosła tak daleko jak dzisiaj.
Weekend obfitował w rozmaite przemyślenia. Doszłam do wniosku, że nie należy od ludzi nic oczekiwać. W każdym razie nie należy wymagać od nich równie wiele jak od siebie. To nie ma szans powodzenia. Lepiej jest spodziewać się po nich tego co najgorsze - można co najwyżej miło się zdziwić. A tak... Oczekuje człowiek od innych tego samego czego oczekuje od siebie i tylko rozczarowanie rośnie.
Ludzie rozczarowują w małych szczegółach. O ile jest to pojedyncza mała bzdurka to nie ma problemu., przechodzimy nad nią do porządku dziennego. Jednak gdy takich małych bzdurek zbierze się więcej? Wtedy czujemy irytację i rozżalenie.
We mnie właśnie takie rozżalenie wezbrało.
Sara powiedziała onegdaj, że na brak szacunku człowiek sam sobie pracuje. Miała rację. Ja sobie na brak szacunku dla mojej osoby zapracowałam ciężko. Czy moje stwierdzenie jest pełne sarkazmu? Oczywiście! To pełnoprzekrojowa autoironia.
Tak to właśnie bywa... Gdy oddajesz z siebie zbyt dużo, ludzie się przyzwyczajają i korzystają z tego pełnymi garściami. Z upływem czasu to im powszednieje i staje się czymś normalnym, czymś co zawsze jest. Nieważne, ze ty kolejny raz zarywasz noc. Gdy nieśmiało o tym wspominasz dziwią się. "A po co? Przecież my cię nie prosiliśmy o to" - mówią. Mają rację. Nie prosili. A skoro sama dałaś, to widocznie miałaś taką potrzebę. Nie szanujesz siebie, moja droga kobietko, więc z jakiej racji oni mają szanować Ciebie?
Sprawa ma się inaczej kiedy to Ty potrzebujesz wsparcia. To, że potrzebujesz nie oznacza, że je dostaniesz. Nagle może się okazać, że Ty stoisz na ostatnim miejscu łańcucha potrzeb do spełnienia. To, że Ty rzucałaś, kobietko, wszystko by pomóc, nie ma znaczenia, bo przecież nikt Cię o to nie prosił. Trzeba być asertywnym, moja droga. Żeby ludzie Cię cenili, trzeba czasem mówić: "Nie".
Najbardziej jestem ostatnio rozczarowana mężczyznami w moim życiu. Nie tylko tymi, których kocham, w ten czy inny sposób. Zdziwieni? Kochać można na różne sposoby. Kocha się męża, partnera, brata, mentora, przyjaciela... A co jeżeli oni rozczarowują najbardziej? Jak pisał Jonathan Caroll w "Białych jabłkach"- "Tak to już jest, że kobiety złoszczą się, denerwują lub są rozczarowane mężczyznami z tego czy innego powodu. To nieuchronne. Im bardziej cię przedtem kochały, tym większy zawód sprawiasz im na końcu. Dajesz za mało albo za dużo. Zły kolor, zły czas, zły gest. Powiedz komplement, a zbędą cię wzruszeniem ramion lub zimną uwagą typu: „Spostrzegawczy jesteś”.
Wspaniały Caroll nie napisał jedynie czemu. Mężczyźni bowiem rozczarowują w szczegółach najczęściej. Sami pragną zostać wysłuchani, pragną by oddać im nieco czasu ze swego życia, pragną by pogłaskać ich po głowach i powiedzieć: "Będzie dobrze". Pragną by zostać z nimi aż usną, by utwierdzić ich w przeświadczeniu jacy są cudowni, wspaniali i jedyni. Kiedy jednak kobiety potrzebują by to je ktoś potrzymał za rękę gdy zasypiają.... Cóż, jest wiele rzeczy ważniejszych od nich. To właśnie takie małe niby nic nie znaczące rozczarowanie. Zawiedziona kobieta nie upomni się o swoje w sposób nachalny i bezpośredni, raczej zdusi to w sobie obracając swoją niemą prośbę w żart. Dojdzie przy tym do wniosku, że więcej narzucać się nie będzie i kolejnej prośby nie usłyszysz, drogi mężczyzno. A poczucie odrzucenia i zlekceważenia, będzie w kobiecie tkwić jak kaktus w sercu. I boleć będzie. Jak mnie boli.
Czas więc zacząć się szanować. I swój czas szanować. I swoją pomoc. I obecność. Czas zacząć mówić: "Nie".
Może jeszcze zaczną to doceniać...
sobota, 13 marca 2010
No comment,,,
Tak koszmarnego dnia dawno nie miałam.
Najpierw praca, potem wzięły w łeb wszelkie plany a mnie to nawet nie obeszło, co świadczy o tym, że znów jestem przemęczona.
Za późno na przeprosiny.... Timbaland w słuchawkach. One Republic na głośnikach.
Wieczór spędzam z winem, kominkiem i ciszą.
Ciszą nieplanowaną. Ale cóż to za niespodzianka w dniu dzisiejszym? Żadna...
Liczyłam na kilka słów komentarza, ale widocznie nie tylko ja mam dzień, w którym żaden komentarz się nie nasuwa? A może po prostu to nie było warte żadnego słowa. Zaczyna mi to wisieć i powiewać.
W przebłysku rozsądku, Wojti, powiedział dziś, że się znudzę. Pierwsza. Miał rację? Nie skomentuję tego dziś. Czemu? Bo po prostu chwilowo mam mętlik w głowie i jest mi tak cholernie i kurewsko przykro, że aż nie mogę oddychać.
Brak mi Tommiego i jego ramienia, na którym mogę wypłakać wszystkie żale a on nie będzie pytał o powód płaczu.
Brak mi wirtualnego ... Dlaczego? Bo to jest takie.... Hmmm.... xDDDDD Na to też nie mam komentarza. Może ja po prostu jestem dziwna? xD
Jak się odrobinę ogarnę, pójdę z Adaśkiem do kina. W końcu trzeba znaleźć trochę czasu dla swojego ulubieńca ;-) Ale żadnych spotkań na przystanku pod IPN-em xD Nigdy więcej takich przeżyć! Ile to już minęło? Pół roku? Może troszkę więcej. W zasadzie do kina z Adaśkiem zabrałabym i Lwiczkę. Rozerwałaby się nieco, pośmiała, oderwała od myślenia w kółko o tym samym. I mnie i jej dobrze by to zrobiło.
Odciąć się od tego wszystkiego, odseparować, odetchnąć... Chronić siebie... To właśnie powinnam zrobić. To podpowiada mój rozsądek. Nie dać się ranic i nie dać się kopać. Nigdy więcej. Nikomu.
Ludzie to hieny. Przychodzą łasząc się do Ciebie gdy czegoś potrzebują, ale gotowi są rozszarpać Cię gdy tylko okażesz słabość.
I najpoważniejsza refleksja, która dziś mnie zaatakowała z całą siłą...MYLIŁAM SIĘ!
Cholernie się myliłam.
Agusia też się myliła.
Nie warto do tego wracać. Należy zagrzebać głęboko i dopilnować by nikt się do tego nie dokopał. Nigdy.
Tylko świadomość popełnionego błędu boli i tkwi jak zadra.
Wyrwę ją. Amputuję połowę siebie. Byle nie myśleć i nie czuć. Wyrwać z korzeniami i spopielić wzrokiem.
Nauczę się być asertywna i mówić nie.
Konsekwencji też się nauczę. Tych wobec samej siebie.
Jedno słowo. Czekałam na to jedno słowo cały dzisiejszy pieprzony dzień.
Nie nadeszło.
Nie będę czekać więcej.
Nie będę i koniec.
Więcej czasu mi nie potrzeba.
czwartek, 11 marca 2010
Karmel w puszce, krakersy z nutellą...
Karmel w puszce, krakersy i słone paluszki z nutellą... Ktoś jeszcze czegoś sobie życzy?
Kajmak do zjedzenia w nocy.
Gdy się pisze potrzeba energii.. A ja dużo piszę ostatnio. Wróciłam do pisania książki. Dwa rozdziały gotowe, trzeci w głowie.
Książka o wariatce.
O kobiecie szalonej.
Niemoralnej.
Nieetycznej.
Łamiącej konwenanse.
Niszczycielce.
O moim alter ego.
Lwiczka przeczyta ją w całości jako pierwsza. Obiecałam.
Dedykację też już mam gotową...
Niezmienną od lat.
Pisanie pomaga. Zajmuje czas i myśli. Skupianie się na szczegółach pomaga. Pozwala nabrać dystansu.
Inspiracji mam aż nadto. Nad dystansem i cierpliwością pracuję w pocie czoła.
Od pisania robią mi się zakwasy w dłoniach (mogą?) i odgniotki na opuszkach palców. Na klawiaturze nikną znaczniki liter.
Kubek jest czarny od mocnej kawy.
Łyżka równie ciemna od nutelli.
Pisanie pomaga.
Karmel w puszce także.
Może to dobry tytuł?
Wojtek wczoraj zwrócił mi uwagę na pewną rzecz. Mówiłam, że z niego taki głos rozsądku w moim życiu? Stwierdził, że ma nadzieję, iż to nie on jest tym Przyjacielem, bo to duża odpowiedzialność. Miał rację! Nie pomyślałam o tym!
Dla mnie wszystko jest jasne, ale może niepotrzebnie o tym mówiłam? Może to jedna z tych rzeczy, które muszą leżakować, jak wino, zanim nabiorą odpowiedniej mocy i smaku?
A może to jedna z tych rzeczy, które w ogóle powinny czekać aż ktoś sam się do nich dokopie?
Teraz już za późno. Mleko się rozlało. Bombki @%#$ strzelił... itd... itp...
Grunt, że reakcja (o ile można ją tak nazwać xD ) była pięknie wymierzonym prawym sierpowym w mój policzek. Jestem grzeszną kobietą, Biblia u mnie jedynie na półce, więc drugiego nadstawiać nie będę. Nie lubię jak mnie biją. Nigdy więcej raczej wracać do tego nie będę. End of story. Case closed. Discussion is over.
Nie obrażam się. Zakończyłam obrażanie się na ostatniej klasie szkoły podstawowej, gdy po raz kolejny moja szkolna sympatia powiedziała do mnie per "Piggy". Roześmiałam się wtedy w głos i z tamtym dniem zakończyłam erę obrażania się. Po prostu czasem jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. Mam uczucia. Zdziwieni?
Emocje się kłębią we mnie jak rój os, więc będę musiała je wypuścić. Nakieruję ich siłę na orbitreka. I Arniego. Ten ostatni jako jedyny ze stoickim spokojem znosi moje humory. W odwecie za wszystko, obiję mu dziś pyszczek. Nie obrazi się. Będzie się cieszył.
A potem ja ze stoickim spokojem zasiądę z łyżeczką w kajmaku i przeleję wszystkie myśli na kolejne strony książki.
Karmel w puszce.
To zdecydowanie adekwatny tytuł...
środa, 10 marca 2010
M.A.C. - a o czym Ty do mnie rozmawiasz?
Chciałabym Panu opowiedzieć o czymś, a właściwie o kimś.
M.A.C - to nie jest jego imię. To skrót od określenia zaczerpniętego z języka gaelickiego.
Mo Anam Cara.
Konkretna dla mnie osoba.
Mo Anam Cara.
Przyjaciel Duszy.
Nie przypominam mu o tym zbyt często, chociaż są dni gdy chciałabym wykrzyczeć to głośno.
To dni gdy obnaża mnie bez trudu. Gdy sięga we mnie i czerpiąc z siebie samego obnaża mi Duszę stawiając ją nagą przed swoimi oczami.
To dni, gdy cieszę się z czegoś, dni gdy płaczę, dni w których pęka mi serce... Żadne określone.
Po prostu dni.
Chciałabym mu powiedzieć o tym, kim dla mnie jest, patrząc mu prosto w oczy, ale nie umiem.
Może dlatego, ze prosił bym nie mówiła mu takich rzeczy? Najprawdopodobniej.
Może dlatego że się boję? Boję się, że z jego strony nie ma tego samego, ze jednak on wszystko odbiera inaczej... Na pewno.
A mimo wszystko chciałabym żeby wiedział.
Chciałabym żeby zrozumiał, pojął, chociaż to wszystko jest tak trudne i skomplikowane.
Jeżeli Pan pozwoli, proszę Pana, to opowiem to Panu. Tak jakbym mówiła to jemu.
Siadam naprzeciwko Pana, ze świeczką pachnącą wanilią w dłoniach. Jej subtelny aromat dodaje mi odwagi, a chybotliwy blask płomienia sprawia, że bez problemu mogę skryć się w cień, gdy tylko zechcę.
Czy jest Pan gotowy, proszę Pana?
Mo Anam Cara.
To termin, którego tłumaczenie najlepiej oddaje sformułowanie Przyjaciel Duszy. Nie najlepszy przyjaciel,nie bratnia dusza ale właśnie Przyjaciel Duszy.
A wszystko wywodzi się od Celtów.
Mówiłam Panu, ze mnie fascynują?
W Celtyckiej tradycji duchowej uważa się, że dusza promieniuje poza ciało, co okresla się jako aurę. Czasem spotykamy kogoś wobec kogo nasza dusza staje się otwarta i ufna. Do końca, bez barier, bez oporów. I te dwie dusze, nie serca a dusze, łączą się by płynąć razem. Aby taka właśnie głęboka więź powstała, trzeba znaleźć swego Przyjaciela Duszy, Anam Cara.
Pański Przyjaciel Duszy, proszę Pana, zawsze akceptuje to jakim Pan naprawdę jest, podtrzymując Pańskie wewnętrzne światło i piękno. By to docenić prawdziwie, sam musi Pan je dostrzec w sobie, co nie jest proste. Celtowie wierzyli, że Przyjaźń Dusz, to niezwykłe błogosławieństwo pozwalające na obudzenie świadomości własnej natury, charakteru oraz możliwości doświadczania radości innych.
Niezwykły Przyjaciel Duszy, proszę Pana, to ktoś komu można powierzyć najintymniejsze i najbardziej skryte szczegóły życia, ktoś z kim dzieli się głębię siebie, swój umysł i swoje serce. Taka przyjaźń jest aktem uznania i przynależności, wyzbywa się i odcina wszelkich konwencji, moralności i kategorii. Taka przyjaźń nie daje ubrać się w ramy ani ograniczyć schematami. Rozumie Pan o co mi chodzi? Dla tych dusz nie ma klatek, nie ma ograniczeń, jest za to światło zrozumienia, które przepływa pomiędzy nimi wolno i swobodnie.
Niech Pan nie patrzy na mnie tak dziwnie. Nie umiem znaleźć na to innych słów. Nie umiem opowiedzieć tego w sposób bardziej zrozumiały.
Tęsknota za samą jego obecnością, za rozmową, za milczącym zrozumieniem, za wsparciem, które daje sama świadomość, że jest obok... Ta cała więź, specjalne towarzystwo sprawia, że moja dusza czuje się dopełniona. Niech się Pan tak nie śmieje, nie mam na to innych określeń. Może dla Pana brzmi to pompatycznie, może banalnie, może tandetnie. Dla mnie brzmi dokładnie tak jak powinno.
Przyjaciel Duszy wzbudza miłość. Miłość jednej duszy do drugiej duszy. To nie jest zakochanie, nie miłość w sensie romantycznym. To coś więcej. To taka miłość, która po prostu wypełnia i trwa, nie odbiera zmysłów, ale jest zawsze obok, na wyciągnięcie ręki. To taka miłość-przyjaźń, która kruszy Pana bariery wewnętrzne, jednym tchnieniem znika pasy ochronne, którymi się Pan otacza. Anam Cara to jedyna osoba na świecie, której pozwala Pan zajrzeć do najgłębszych zakamarków duszy, którą sam zaprasza Pan do najskrytszej świątyni swojego ducha. Jej obecność jest tak naturalna, tak powszednia, jakby była tam od zawsze. Trzeba wielkiej odwagi, proszę Pana, by dopuścić kogoś tak blisko. Ja tę odwagę znalazłam w sobie, proszę Pana. Czy także on ją odnajdzie? Nie wiem.
O ile przyjaźń uznawana jest jako dar sam w sobie, swoiste błogosławieństwo, o tyle błogosławieństwo jakim jest Przyjaciel Duszy sprawia, że czujesz iż dotarłeś do najświętszego miejsca na ziemi: domu. Ta więź między Przyjaciółmi jest nierozerwalna, nierozwiązywalna, niezniszczalna. Będzie trwała bez względu na wiek, czas, miejsce czy okoliczności.
To właśnie czuję, proszę Pana.
Przytłaczające? Przerażające? Piękne? Niezwykłe?
Prawdziwe, proszę Pana.
Moja dusza nie ma przed nim tajemnic, proszę Pana. Nie koloryzuje, nie ubarwia. Jaśnieje własnym wewnętrznym blaskiem. Śmieje się gdy jestem szczęśliwa, czy też gdy on jest szczęśliwy. Płacze gdy mnie ogarnie smutek, lub też jego ogarnie żal. Drży z rozkoszy od splecionych oddechów.
Chciałabym żeby kiedyś powiedział: Chcę byś mi opowiedziała o Anam Cara.
Chciałabym kiedyś opowiedzieć mu to patrząc w jego oczy.
Tymczasem dziękuję, że mnie Pan wysłuchał, proszę Pana.
wtorek, 9 marca 2010
zaDŻEMiona do cna...
bo nie jesteś sam.
Śpij, nocą śnij, niech zły sen Cię nigdy więcej nie obudzi,
teraz śpij.
Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,
kiedy ciemny wiatr.
Porywa spokój siejąc smutek i zwątpienie,
pamiętaj że...
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.
Idź własną drogą, bo w tym cały sens istnienia,
żeby umieć żyć.
Bez znieczulenia, bez niepotrzebnych niespełnienia,
myśli złych.
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil,
najlepszą z Twoich chwil.
Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,
kiedy ciemny wiatr.
Porywa spokój, siejąc smutek i zwątpienie,
pamiętaj...
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil,
najlepszą z Twoich chwil.
I nie skończoną...
/Dżem - Do kołyski/
Cały dzień pod znakiem takiego ciemnego wiatru z piosenki, który ścisnął mi serce siejąc smutek i zwątpienie.
Obojętnieję.
Samo jakoś wychodzi. Nieobecność zobojętnia. Coś na zasadzie zobojętnienia kwasu zasadami czy jakoś tak.
Dzień zaczął się nawet w porządku, zakończył się parszywie. Zostałam poproszona o pomoc w sprawie, która kłóci się z moim interesem prywatnym. Przez sekundę rozważałam czy nie pomóc jednak, lecz Serce zrobiło salto w tył i zaprotestowało. Miało rację.
Jak mogłabym pomóc w czymś, co nie tylko nie jest w moim interesie, ale gdy się uda, to poszarpie mnie w środku i zabierze pół mnie samej? Nie umiem... Nie chcę...
Będę się smażyć w piekle.
Sama.
Trudno.
Przywykłam do samotności.
poniedziałek, 8 marca 2010
My life is a mess.... Can you help me?
My life is a mess. Can you help me?
Dźwiedź okazał się zbawieniem. Zmusza mnie do skupiania się na szczegółach i to zadziwiająco pomaga. Pomaga mi nie myśleć i nie denerwować się. Poza tym w swej łaskawości podzielił się cierpliwością. To również pomaga się trzymać w karbach postanowień.
Cierpliwość topnieje mi w oczach ostatnio. Ciągną się za mną problemy, przełożone, przeniesione, przejęte... Dopiero teraz schodzi ze mnie stres ostatnich tygodni. Potrzebuję by ktoś do mnie mówił, by opowiadał o swoim dniu, by oderwał mnie od czarnych myśli.
Potrzebuję ktosia... Kogoś, kto zjawi się jak mały głód i kogo będę mogła załatwić miską sałatki owocowej jak ciosem karate.
Bo na chandrę pomaga sałatka owocowa. Z sosem z likieru xD
Potrzebuję kogoś kto złapie mnie pod rękę i powie: "Nie łam się Justka. Pomogę Ci. Razem poradzimy sobie szybciej i znów będziesz mogła się śmiać do łez."
Potrzebuję powietrza. Czystego. Wolnego. Pełnego wiatru. To, które mnie otacza, zawiera ciężkie pierwiastki depresji i cierpienia. Dusi mnie i nie mogę oddychać.
Potrzebuję budyniu. Do zrobienia najgłupszej rzeczy z możliwych: Wymazania kilku gębuś. Dla zabawy.
Potrzebuję poduchy z pierza, by móc ją rozwalić i pozwolić piórkom opadać biały, miękkim deszczem.
Nie mam nic z tego czego potrzebuję.
Mam za to Dźwiedziowy głos w słuchawkach, który mówi, że ma pustkę we łbie i za Chiny nie wie czemu dziwka miałaby zamordować klienta.
Ja też nie wiem.
Ale szukanie powodów pomaga.
niedziela, 7 marca 2010
Proszę wstać, Sąd idzie...
Oskarżyciel wnosi o najwyższy wymiar kary. ... .... ..... ......
Na wszystko kiwam potakująco. Dlaczego mam zaprzeczać prawdzie? Mam zaprzeczać, że czuję się piękna i spełniona? Przynajmniej chwilami... Przyznaję się do szaleństwa, które sprawia, że się uśmiecham. Przyznaję się do momentów utraty zdrowego rozsądku, które sprawiają, że jestem szczęśliwa. Przyznaję się do sekund, minut, godzin rozkoszy, które przynoszą niewysłowioną przyjemność. Przyznaję się do zazdrości, która rani mnie za każdym razem. To jedyna moja zbrodnia popełniana w afekcie. Pozostałe są popełnione świadomie.
Przyznaję się. Do wszystkiego się przyznaję.
Czy Oskarżona żałuje?
Nie żałuję. Nie żałuję ani chwili. Nie żałuję i będę popełniać te czyny tak często jak będę mogła. Dopóki starczy mi sił albo nie postanowię inaczej. I nikt nie ma prawa mnie osądzać.
A w moich oczach skrzy...
sobota, 6 marca 2010
Et si tu n'existais pas...
Dis-moi pourquoi j'existerais.
Pour traîner dans un monde sans toi,
Sans espoir et sans regrets.
Et si tu n'existais pas,
J'essaierais d'inventer l'amour,
Comme un peintre qui voit sous ses doigts
Naître les couleurs du jour.
Et qui n'en revient pas.
Et si tu n'existais pas,
Dis-moi pour qui j'existerais.
Des passantes endormies dans mes bras
Que je n'aimerais jamais.
Et si tu n'existais pas,
Je ne serais qu'un point de plus
Dans ce monde qui vient et qui va,
Je me sentirais perdu,
J'aurais besoin de toi.
Et si tu n'existais pas,
Dis-moi comment j'existerais.
Je pourrais faire semblant d'être moi,
Mais je ne serais pas vrai.
Et si tu n'existais pas,
Je crois que je l'aurais trouvé,
Le secret de la vie, le pourquoi,
Simplement pour te créer
Słucham głosu Joe'go Dassine'a i zapadam się.
Zapadam się w dotyku dłoni, w śmiechach i szeptach.
Zapadam się w oczach i kosmykach opadających mi na twarz.
Zapadam się w sobie, Tobie, ale nigdy w nas...
W nieśmiałym jęku.
Zapadam się.
Po prostu.
Bez słowa.
Ot tak...
piątek, 5 marca 2010
Po czwartym piwie....
Po czwartym piwie świat wcale nie wygląda lepiej. Nie wygląda też gorzej, jeżeli idzie o ścisłość. Jest taki sam jak wcześniej, może jedynie odrobinkę mniej wyraźny.
Dzisiaj wiele dowiedziałam się o sobie i to spowodowało, ze pierwszy raz w życiu naprawdę chciałam się napić.
Jestem niebezpieczną i niezrównoważoną kobietą, proszę Pana.
Lesbijka, członkini tajemniczej sekty, nie istniejąca w świecie realnym i znudzona życiem trzydziestolatka... Chce Pan dorzucić jakiś kamyczek do tego ogródka? Niech się Pan nie krępuje, proszę Pana.
Nie mam nic przeciwko lesbijkom. To kobiety, seksowne, czułe, wykształcone, uczuciowe, pracowite... Normalne kobiety, jedynie obiekt ich westchnień jest tej samej płci co one. Czy to coś za co należy je potępiać?
Członkini sekty... Zupełnie nie wiem skąd im się to wzięło proszę Pana. Dziwnie na mnie patrzą bo pomagam bezinteresownie? Bo jestem miła? Bo nie krzyczę i się nie wściekam? Bo nie przeklinam tak często i stawiam kontrę? A cóż w tym dziwnego? Ręce mi opadły. I nogi również.
Podobno jestem wymyśloną przyjaciółką, proszę Pana. Myśli Pan że naprawdę nie istnieję? Nie można mnie dotknąć, zranić, przytulić? A może tu raczej chodzi o to ze nie mogę być przyjaciółką bo...? Właśnie.. Bo co?
Znudzona życiem... Nie, ja się raczej w życiu nie nudzę. Za dużo pasji, za dużo celów, za dużo chęci...
Nie mam już czasem siły, proszę Pana.
Zrobiłam dziś Panu miejsce w moim łóżku, przy ścianie... Zrobiłam miejsce chociaż wiem, że pozostanie puste. Dlaczego to zrobiłam? Nie wiem. Może dlatego, że dzisiaj wyjątkowo mocno nie chcę zasypiać sama...
Ale to i tak nie ma najmniejszego znaczenia. To czego chcę albo umyka, albo obraca się do mnie plecami i wypina kształtne półdupki. A ja staram się by nie wypięło się zbyt mocno.
Gdzie ma Pan kubek, proszę Pana? Dzisiaj zebrałby Pan obfity plon, bo łzy lecą same z siebie.
Po czwartym piwie świat wcale nie wygląda inaczej, proszę Pana.... Nie mam piątego by sprawdzić co dalej...
środa, 3 marca 2010
Poza granice obojętności...
No i co Pan tak nade mną stoi jak kat?
Po co Panu ten kubek, proszę Pana?
Łzy chce Pan zbierać... Nie będzie łez. Ja nie mam siły by płakać. Zbyt zmęczona jestem...
Na tyle zmęczona by obojętnieć.
Był Pan tak kiedyś zmęczony, proszę Pana?
Tak już poza granice, poza wszystko...Aż do momentu gdy przestaje Pana obchodzić, która godzina, czy noc, czy dzień, czy jadł Pan coś czy nie... Do chwili gdy traci znaczenie, że musi Pan wstać. Robi Pan wszystko automatycznie, bez poświęcenia temu nawet jednej myśli. Bo w ogóle już Pan nie myśli, proszę Pana. I wciąga się Pan dalej, poza granice obojętności. Tam gdzie nie ma nic, gdzie jest próżnia.
Takie właśnie jest to moje zmęczenie, proszę Pana. Ni mniej, ni więcej. Proszę więc nie robić zdziwionej miny, że nie płaczę. Chciałabym, ale nie mogę. Zbyt zmęczona na płacz.
Pyta Pan dlaczego bym chciała? Bo płacz męczy, proszę Pana. Męczy i oczyszcza. Zmęczona może bym usnęła w końcu. A to by oczyściło mi umysł.
Katharsis...
Zaczynam się zastanawiać nad różnymi rzeczami.
Naprawdę chce Pan wiedzieć?
No dobrze. Zastanawiam się nad tym co było na początku - ciało czy umysł? Co ma pierwszeństwo: emocje czy myśli? Pytam siebie dlaczego przyjaźń boli?
Ostatnie nawet wyzwoliło jakieś refleksje. Przyjaźń jest więzią, która angażuje całego człowieka, a boli to, że musi wzrastać i dojrzewać. Przyjaźń, tak jak życie, ma swoje cykle i pory roku. Przewidywalne, lecz nie poddające się kontroli. Przynoszą nie tylko radość, ale i smutek. To też boli.
Jednak co to za przyjemność, poczuć się bezpiecznie w obecności osoby, przy której nie musi Pan kontrolować ani myśli, ani słów, lecz może wylać je wszystkie takie, jakie są, nie oddzielając ziaren od plew. Wie Pan, że przyjacielska dłoń weźmie je i przesieje, zatrzymując to, co wartościowe, a resztę rozwieje podmuchem życzliwości.
Czy warto więc rezygnować z powodu kilku niewielkich blizn, z kogoś, kto daje Panu absolutną swobodę bycia sobą?
Dlaczego Pan milczy, proszę Pana?
wtorek, 2 marca 2010
W końcu...
Porozmawiajmy poważnie. Przychodzi Pan tu już od pewnego czasu, prawda? A ja się tak skradam i skradam... i zebrać nie mogę by się do Pana odezwać.
"Cześć" - mówię więc patrząc w podłogę. A Pan unosi moją głowę, szczupłym i ciepłym palcem łapiąc mnie pod brodę i patrzy tylko, uśmiecha się. Milczy. Ja już się peszę, rumienię, chcę uciekać.
"Dzień dobry" - odpowiada Pan w końcu.
Wraca mi oddech.
Proponuję kawę, Pan się zgadza. Nie piliśmy brudzia, więc zostańmy przy moim "Panu"...
Mimo tego zwrotu, który sprawia, że nadal trzymam dystans, czuję się jakbym znała Pana od lat. To wyjątkowe uczucie.
Patrzę...
Pociąga mnie Pan.
Siedzę obok i mam ochotę zanurzyc palce w Pana włosy, musnąć nosem policzek.
Czy mówił Panu ktoś, że pachnie Pan wolnością i spokojem? Pachnie Pan rosą, świeżym listowiem i promieniami słońca.
Z roztargnieniem mieszam łyżką w pustej filiżance.
Zagląda mi Pan przez ramię.
"Tam już nic nie ma poza wspomnieniem kofeiny" - mówi Pan a ja czuję Pana oddech na moim ramieniu.
Nie umiem się powstrzymać i scałowuję ostatnią kroplę kawy z brandy jaka została w kąciku Pana ust.
Milknę.
Przerażona własnym czynem.
Spuszczam wzrok.
Przerażona Pańskim spojrzeniem.
Ulegam.
Porażona gwałtownością Pańskiego jestestwa.
W końcu...
poniedziałek, 1 marca 2010
Okruchy się też kruszą, ale bankructwo zażegnane.
Cały dzień czyhałam na Pana, w garści trzymając miłe okruchy dnia. A Pan nie przyszedł....
Z niepokoju i niecierpliwości zgniotłam okruchy w dłoni.
Okruchy też się kruszą, wiedział Pan?
Niepokój to paskudne uczucie, którego powinni zakazać. Karmiłam się nim cały ten czas - to silniejsze ode mnie.
Zmęczenie...
W każdym razie karmiłam się niepokojem, że od dziś zamienił Pan moje życie jak zamienia się mały sklepik osiedlowy na nowo otwarty market z mnóstwem promocji. Tam ciągle się coś dzieje, a u mnie?
Te same twarze, te same emocje niezmienne jak ceny ustalone przed laty.
Nuda...
Otwierałam już pudełko z samotnością by zjeść ją jak czekoladki, gdy wpadł Pan zziajany i zmęczony.
Ot, na chwilę.
Ja się przyzwyczaiłam do tego, że Pan jest, proszę Pana. Gdy Pana nie ma, to jakoś mi tak dziwnie pusto i głucho. Nie chcę myśleć co by było, gdyby Pana nie było.
Nie myślę więc, nie zastanawiam się, nie gdybam..
Dość, że Pan wrócił.
Wstrzymam się z ogłoszeniem bankructwa.
Ja wiem, że o małych sklepikach się zapomina. Tak samo jak o ludziach, którzy są cisi i niepozorni. Takich, którzy nie pchają się na pierwszy plan, a stoją na uboczu. Takich, którzy płaczą w kącie i śmieją się cicho. Oni są jak te sklepiki osiedlowe - małe, rodzinne, pełne ciepła, ale niepozorne. Inne od wszystkich innych.
Tylko czy w markecie ktoś zapamiętałby, że lubi Pan mandarynki, proszę Pana?
niedziela, 28 lutego 2010
Remedium na bezsenność...
Szanowny Panie X.
Odwiedza Pan moje życie od czasu do czasu. Miło tak popatrzeć na Pana, gdy Pan krąży pomiędzy zdarzeniami jak między półkami w supermarkecie. Wybiera Pan, ogląda, obmacuje każdą myśl, każdą emocję, każdą informację. Zupełnie jakby Pan kupował owoc i sprawdzał, który dojrzalszy, słodszy, soczystszy...
Z pewną fascynacją zerkam zza węgła, chociaż w chwili obecnej obnaża mi Pan duszę i raczej w poczuciu skromności powinnam się schować. Tymczasem chwyta Pan w szczupłe palce nowe znalezisko. Z rozbawieniem ogląda Pan je z każdej strony i smakuje je Pan jak wyborne wino.
Wyciągam szyję by dostrzec cóż to.
Ach.
Histeria.
Moja histeria z ostatnich kilku tygodni.
Odwrócił się Pan w moją stronę i tym wstydliwym uczuciem wzniósł Pan toast. To okrutne. To okrutne, tak mi wypominać pewne rzeczy. Aż się zarumieniłam.
Przyznaję, histeryzuję nieco. Ostatnio troszkę więcej, ale nic na to nie poradzę. To z przemęczenia. Gdybym mogła się wyspać... Ech. Ale nie mogę usnąć.
Potrzyma mnie Pan za rękę?
sobota, 27 lutego 2010
Ja jestem, proszę Pana, na zakręcie...
Szanowny Panie X.
Wszedł mi Pan do życia jak do sklepu. Powiedział: "Poproszę połowę myśli, ćwierć duszy i garść zaufania". Zapłacił Pan i wyszedł, a sprzedawczyni już wciągnęła Pana na listę stałych klientów otwierając rachunek kredytowy bez limitu. Powinnam się od Pana uczyć...
Wczoraj wieczorem słuchałam Jandy. Mówiłam Panu, że jest genialna? Ja byłam tam, Pan gdzie indziej, a mimo to moje myśli oscylowały wokół Pana jak ćmy wokół lampy. Czy Pan nie wie jaki to nietakt wobec boskiej Krysi i jej "Kobiety zawiedzionej"? Byłaby szczerze oburzona wiedząc, że słuchając jej myślę o niebieskich migdałach (Właściwie o Pańskich oczach i uśmiechu, ale nie wyprowadzajmy jej z błędu. Niebieskie Migdały brzmią tak egzotycznie, a wielka K.J. mogłaby nie zrozumieć mojej fascynacji Pana fizjonomią)
"A ja jestem, proszę Pana, na zakręcie.
Moje prawo to jest Pańskie lewo.
Pan widzi: krzesło, ławkę, stół,
a ja - rozdarte drzewo..."
Mogłabym zaśpiewać tak Panu, ale wcale nie jestem pewna czy w sprzętach domowych nie zobaczyłby Pan kawałka Puszczy Amazońskiej. Widzi Pan stanowczo zbyt dużo.
Ja jestem, proszę Pana, na zakręcie. Boję się zrobić krok w przód, nie chcę robić kroku w tył. A Pan?
A Pan raz mnie kusi z dali przede mną, zaś innym razem nawołuje zza pleców sugerując odwrót. Już mi się w głowie kręci od tego.
Dlaczego nie powiedział Pan, że lubi taki zamęt?
Poszlibyśmy na karuzelę....
czwartek, 25 lutego 2010
Trwać, tak po prostu być...
Tak w swojej "Grze w klasy" pisał Julio Cortázar.
Tęsknię. Boleśnie tęsknię. Aż do utraty tchu.
Nie lubię 25 lutych. Od pewnego czasu ich nie znoszę. Odkąd Kochana odeszła...
Całą noc nie spałam, znowu...
Tęsknię za Kochaną.
Tęsknię za jej ciepłem i cierpliwymi ramionami, w które uciekałam ilekroć życie bolało.
Tęsknię za jej łagodnym uśmiechem i spokojnym oceanem słów, jakim mnie obmywała, gdy brały mnie nerwy.
Tęsknię za kojącym dotykiem jej dłoni, którymi osuszała mi łzy.
Tęsknię za jej jasnym uśmiechem, który rozjaśniał nawet najbardziej ponure dni.
Tęsknię za jej mądrym spojrzeniem, które widziało wszystko na wskroś.
Tęsknię za jej bystrym umysłem, pełnym dobrych rad i dobrych słów dla każdego.
Tęsknię.
Dzisiejszy wieczór otulona w ciepły koc i zaopatrzona w zapas świeczek, najchętniej spędziłabym przy jej obecnym łożu. Wśród kwiatów, liści, niepowtarzalnego zapachu miejsca wiecznego spokoju. Ułożyłabym się opierając policzek o zimny kamień.
I trwałabym.
Ciągle i niezmiennie.
Wpatrując się w płomień świecy.
A potem kolejnej.
Całą noc...
W ciszy.
Tęsknię za Kochaną. Najdroższą mi. Najukochańszą. Za Aniołem. Moim. Jedynym. Tym, który zawsze miał dla mnie czas.
Nie chcę rozmawiać.
Miałam nadzieję nie tęsknić. Planowałam iść na koncert Moodlight, którego managerem jest Jacek. Nie mogę. Pójdę i będę siedzieć płacząc. Przy tych wszystkich ludziach. Nie mogę. Planowałam się uodpornić na tęsknotę. Nie umiem.
Dziś nie chcę marudzenia. Nie chcę pretensji. Nie chcę rozmów. Chcę milczenia. Wyrozumiałego i bezpiecznego. Jeśli potrafisz spędzić z kimś pół godziny w zupełnym milczeniu i nie czuć przy tym wcale skrępowania, ty i osoba ta możecie zostać przyjaciółmi.
Potrzebuję. Pragnę. Przyjaciela. Dzisiaj. Pragnę jego ramion i milczenia. Pragnę jego cichego towarzystwa w drżącym blasku świecy. Pragnę by nie krzywił się na moje łzy i nie pytał co się stało. Pragnę by był, by trwał. Ze mną. W bezpiecznej ciszy. Bez rozedrgania. Po prostu...
Tymczasem zamknę się sama w pokoju, zapalę świeczki dla Kochanej, naleję nam obu wina, mimo że ona nigdy nie piła. W milczeniu przerywanym "Ciszą", otulona kocem będę prosić o oddech. Spokojny i krzepiący. Będę prosić o duszę. Taką, która trwać będzie z moją duszą ramię w ramię. Taką, która będzie. Po prostu...
Jak ja...
Pamiętam...
Kochaną...
Pamiętam ją radosną, gdy trzymając mnie za rękę szła na targ. Pamiętam zmęczoną, jak gładziła mnie po włosach, po swoim ciężkim dniu pracy. Pamiętam jak czarowała w kuchni, dosypując do garnka kolejne przyprawy. Pamiętam każdą kolejną zmarszczkę, którą witała z cichym śmiechem, uważając, że dodają jej piękna.
Pamiętam ją z twarzą wykrzywioną bólem, gdy rak zjadał ją od środka i wyciskał powietrze z płuc. Pamiętam ją płaczącą bez słowa skargi. Płakałam z nią. Ukradkiem. By nie widziała.
Pamiętam ją wtuloną we mnie, gdy gasła powoli z maską tlenową na twarzy.
Bez słów.
Nigdy się nie skarżyła. Nigdy nikomu nie powiedziała złego słowa. Przez małe gesty każdego dnia pokazywała jak bardzo nas kocha. Płakała na boku, w kącie. Nie chciała sprawiać kłopotu. Uważała, że i tak już mamy za dużo na głowie.
Była mi bliska, często bliższa niż własna matka. Nie chodziło o to, że rozpieszczała do granic możliwości... Ona po prostu z całą łagodną cudownością prowadziła przez ścieżki życia nie pozwalając upaść i zabłądzić. Nauczyła mnie wiary w ludzi, w to, że w każdym można znaleźć coś pięknego. Nauczyła mnie, że każdemu należy się szansa, że nie wolno nikogo skreślać ostatecznie. Nauczyła mnie nie oceniać ludzi powierzchownie, patrzeć głębiej, szukać w sercu. Nauczyła mnie wdychać zapach wolności unoszący się nad Narwią. Nauczyła doceniać to, co wokół nas. Nauczyła mnie czuć prawdziwie. Nauczyła mnie przekuwać porażki w coś wartościowego, w naukę dla siebie. Nauczyła, że na wszystko przychodzi czas, że na nic nie jest za późno. Nauczyła mnie żyć.
Uwielbiam ją. Była wyjątkowym człowiekiem jakiego nie spotkałam nigdy przed nią i nigdy po niej.
Jak można pomieścić w sobie,
Tyle troski, ciepła i miłości.
Jak można podarować innym,
Tyle uśmiechu, dobroci, radości.
Jak można zdobyć zdolność,
By w trudnych chwilach
nieść pociechę.
Jak można,
powiedz Babciu,
stać się jak Ty,
cudownym człowiekiem?
Irenka.
Babcia.
Kochana.
Pozostała tylko czerwona świeża róża w wazonie i laurka z napisem: „Kochanej babci…”
środa, 24 lutego 2010
Sprostowanie
Jedno takie przeżyłam. Może nawet nie tyle rozczarowanie ile nieporozumienie, które stało się moim udziałem. Jak zwykle coś opacznie zrozumiałam.
Przepraszam Kudłaty, że posądziłam Cię o brak zaufania. Myliłam się. Cholernie się myliłam.
Zaufanie jest czymś tak pięknym, że nawet największy oszust odczuwa pewien szacunek dla tego, kto go nim obdarza.
Byłam nie tyle wściekła ile zbyt rozżalona by to dostrzec. Słowa, które zrozumiałam na opak bolały.
Dobrze, że tym razem zamiast się dać ponieść swoim emocjom, zgodnie z Rozumem i Sercem, wstrzymałam się od wybuchu i porozmawialiśmy.
Niewyspanie jest jedyną wadą rozmów z Tobą.
A do tej konkretnej rozmowy mam jedno słowo komentarza: Dziękuję...
Połówko jabłka... z ogonkiem ;-)
niedziela, 21 lutego 2010
Każda łza uczy nas jakiejś prawdy.
Czasem z radości, czasem ze smutku, a czasem bez powodu płaczemy. Przez łzy wyrażamy to co czujemy. Nierzadko jest to ból, gorycz i smutek. Płaczemy w chwilach narodzin i chwilach śmierci. W ważnych momentach, często brak nam słów, a jedyne co potrafimy wyrazić, to płacz. Bardzo często płacz jest uznawany za naszą słabość i przejaw bezradności. Płaczemy w chwilach kryzysu bo czujemy, że nic już się nie da zrobić, a jedyne co nam pozostało to właśnie łzy.
Niegdyś w chwili zagubienia otrzymałam mailem niecodzienną wiadomość, która mnie wzruszyła. Krótka opowiastka o kobiecych łzach, o ich naturze...
"Dlaczego płaczesz? - młody chłopiec zapytał swą mamę.
- Ponieważ jestem kobietą, odpowiedziała mu.
- Nie rozumiem, odpowiedział. Ona go przytuliła i rzekła: ...i nigdy się nie dowiesz, ale nie martw się to normalne.
Później chłopiec spytał swojego Ojca, dlaczego Mama płacze bez powodu? - Wszystkie kobiety płaczą bez powodu. ...było to wszystko co mógł mu odpowiedzieć. Mały chłopiec urósł i stał się mężczyzną i wciąż nie wiedzą dlaczego kobiety płaczą. Nareszcie uklęknął złożył ręce i zapytał: Boże... Dlaczego kobiety płaczą (tak łatwo)?
A Bóg mu odpowiedział...
- Kiedy tworzyłem kobietę postanowiłem ją uczynić wyjątkową. Stworzyłem jej ramiona na tyle silne by mogła dźwigać ciężar całego świata! Dałem jej nadzwyczajną siłę, pozwalającą jej rodzić dzieci jak również znosić odrzucenie, spowodowane czasem przez jej własne dzieci! Dałem jej stanowczość, która pozwala jej na opiekę nad rodziną i przyjaciółmi.Niestraszna jej choroba! Stworzyłem ją wrażliwą, aby kochała wszystkie dzieci, nawet wtedy, gdy jej własne ją bardzo skrzywdzą!
Dałem jej siłę, aby opiekowała się swoim mężczyzną mimo jego wad, Zrobiłem ją z żebra mężczyzny, tak, aby chroniła jego serce! Dałem jej mądrość, aby wiedziała, że dobry mężczyzna nigdy nie skrzywdzi swej kobiety. Czasem jednak testuje jej siłę i wytrwałość w wierze w niego. Na sam koniec dałem jej również łzę do wypłakania. Jest to jej jedyna słabość! Jeśli kiedyś zobaczysz, że płacze, powiedz jej jak bardzo ją kochasz i jak wiele robi dla innych. I jeśli nawet wciąż płacze, sprawiłeś, że poczuła się lepiej."
Nawet po tych kilku latach lubię wracać do tych słów i przez chwilę zatrzymać nad nimi.
I zawsze patrzę na ostatnio minione tygodnie z pytaniem: Dlaczego płakałam? Każda łza uczy nas jakiejś prawdy, czego więc nauczyły mnie moje?
Spojrzałam wstecz. Łez było dużo, ale nie jestem przekonana czy wszystkie nauczyły mnie czegoś. Jednak znajdą się dwie, które na pierwszy rzut oka mnie napadły.
Obie dotyczą zaufania i przyjaźni. Te dwa aspekty po sprawie z Paulem splotły się w jeden nierozerwalny węzel. Swój mały węzełek doplótł też Kudłaty. Obaj przypomnieli mi dwie sentencje łacińskie. A nauki płynące z obu przerażają mnie i usilnie staram się ich nie łączyć.
Paul potwierdził starą prawdę: Qui saepenumero nos per fidem fefellerunt, eorum orationi fidem debere non habemus. Mieli rację starożytni, twierdząc, iż nie powinniśmy darzyć zaufaniem tych, którzy nas często w tym zawiedli. Moja naiwność i wiara w to, że każdemu należy się druga szansa, kolejny raz podcięła mi nogi. Upadłam, potłukłam sobie tyłek, podniosłam się i pójdę dalej. Bez Paula i jego prawd życiowych. Następnym razem, gdy pojawi się w okolicy strzelę do niego ze śrutówki. Jak do Panny Rozpacz.
Kudłaty nie uzurpował sobie prawa do potwierdzenia łacińskich powiedzonek. On zadał im kłam. Do tej pory żyłam w błogim przeświadczeniu, że zaufanie to rzecz obopólna. Habita fides ipsam plerumque fidem obligat. Otóż nie. W kilku bardzo treściwych słowach dowiedziono mi w jakim błędzie tkwiłam. Chylę czoła przed przeprowadzeniem tak sprawnego i przekonującego obalenia twierdzenia funkcjonującego od lat. Powiedziałam, że postaram się o tym pamiętać. Kolorowałam. Ja Z PEWNOŚCIĄ to zapamiętam i będę miała na uwadze. Dlaczego? Bo mam dobrą pamięć. Bo to coś co mnie... nawet trudno mi się do tego ustosunkować. Zabolało? Chyba nie. Zirytowało? Nawet nie... Sprawiło przykrość? Owszem... Dało nauczkę? Do końca życia... Słowa "Jesteśmy przyjaciółmi", które kiedyś padły, nagle zyskały nowy wymiar, lecz czy zyskały również głębię? Z całą pewnością nie. Bo przecież w tym wszystkim nie ma wyjątków... Po prostu, naiwności moja, kolejny raz dostałaś po nosie ;) Lepiej wcześniej niż później.
Amicum laedere ne ioco quidem licet, więc nawet przez myśl mi nie przemknął żaden komentarz. ;-)
In amicitia nihil fictum est, nihil simulatum et quidquid est, id est verum et voluntarium. I to ostatnie sprawia, że mój stosunek i moje poglądy się nie zmieniły. I mimo wszystko doceniam szczerość tej chwili obalania mitów. Wstrząśnięty niedawnym odkryciem Rozum nawet nie analizuje rozmów poprzednich, nie zastanawia się nad tęsknotami i bezinteresownością zachowań. Wierzy. Przyjmuje rzeczy takimi jakie są, nie doszukuje się ukrytych znaczeń. Po prostu...
Tylko gdzieś na dnie, skryte za mostkiem, głupie Serce szepcze: Czy można zaufać komuś kto nie ufa Tobie?
piątek, 19 lutego 2010
Bhí mé leat
Wysłuchaj mnie, bo ja to ty
Choć pewnie trudno ci uwierzyć
Że ty i ja, że ja i ty
Tak wiele mamy wspólnych przeżyć
Słuchając mnie o sobie słuchaj
Bo więcej łączy nas niż dzieli
Więcej tu pokrewieństwa
Niż my sami tego chcieli
Opowiedz mi, opowiedz
Opowiedz mi wysłucham cię
Opowiedz mi o sobie
A ja słuchając zdziwię się
Jak wiele mnie jak wiele mnie
Jest w tobie
Wiele mnie ...
Jak wiele mnie jest w tobie
Wiele mnie …
Poza tym w moim życiu jakiś czas temu pojawił się Pan X. Ważna dla mnie persona. Dlaczego? A niechże to pozostanie moją tajemnicą.... :-))))) Grunt, że wywołuje uśmiech na mojej gębie.
czwartek, 18 lutego 2010
Bo we mnie jest seks.... - czyli zróbmy rachunek sumienia.
Seks, namiętność, pasja - to wszystko przeplata się we mnie, kotłuje a potem absorbuje mi myśli.
- Co we mnie siedzi takiego? - zapytałam kiedyś Agunię, gdy po raz 1345 rozkładałam siebie na czynniki pierwsze (a właściwie nie siebie, tylko moje relacje z ludźmi). Aga spojrzała na mnie i z pełną powagą rzekła
- Siostra, Ty jesteś Skorpionicą... - i wróciła do picia herbaty.
Zupełnie jakby to wszystko miało wytłumaczyć.
Innym razem w pizzerii na Dworcu Centralnym w Warszawie, siedząc z Wojtkiem przy kawie, gdzieś w krótkiej przerwie pomiędzy jego pociągami (głupie PKP!) usłyszałam: - Bo w Tobie się łatwo można zakochać.
Powtórzę w odpowiedzi cytując jedno z najczęściej powtarzanych przez Szymona słów: BZDURA!
We mnie ludzie się nie zakochują. Można się mną zafascynować, zaintrygować, można mieć ochotę mnie udusić, ale nie zakochać...
Dlaczego? Już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż jestem istotą dziwną. Jak kosmita. Nie mam tylko zielonej skóry i wielkiej głowy z czułkami. O aspektach estetycznych mojej fizjonomii trudno mi mówić, bo z natury jestem zbyt samokrytyczna. Wbrew pozorom. Spróbujmy jednak...
Pierwsze wrażenie, to dla tych płytkich jest ostatnim. Dlaczego? (to moje ulubione słówko)
Ponieważ Ci płytcy potrafią spojrzeć jedynie na formę, a gdy ta im się nie spodoba nie wnikają głębiej, nie doszukują się więcej. A moja forma jest gruba. Nie bójmy się tego słowa.
Jestem gruba. Proporcjonalna przy tym, to fakt, ale nadal gruba. Mówiąc, że lubię moje ciało, skłamałabym. Toleruję je (poza niektórymi rejonami, które na serio uwielbiam xD ). Mówiąc, że go nie lubię, również łgałabym jak z nut.
Mam grube nogi z równie potężnymi łydkami, szerokie biodra i nieduży brzuszek. To są te rejony, których w sobie nie lubię.
Jest pupa z dużymi acz zadziwiająco umięśnionymi pośladkami - zaświadczyć może ten, kto chociaż raz próbował mnie uszczypnąć mnie w tyłek! ;-)))))))) Wyżej zaczynają się miejsca, które w sobie lubię.
Piersi... Dawno, dawno temu T. w przypływie szczerości wyznał, że o moich piersiach można napisać poemat. Potem wygłosił coś na kształt zabawnej fraszki, która spowodowała, ze atak śmiechu o mało co mnie nie zabił. Ale to nie jest istotne. Ważne natomiast jest to, jakie właściwie one są. Spore całkiem... Duże.... Gigantyczne... To określenia, których bym użyła. Ciężkie... i niewiarygodnie wrażliwe. Uwielbiają pieszczoty i nie lubią być pomijane. Kłócą się ze mną o staniki, bo lubią dobrze wyglądać. Lubię je w sobie.
Kontynuujmy spacer - kolejnym przystankiem jest szyja i ramiona. Gładka skóra, kilka pieprzyków... Wrażliwość w skali 1 do 10? Jakieś 8.
Wyżej jest już jedynie głowa.
Zaokrąglona acz raczej łagodna twarz.
Usta w sam raz. Pełne, miękkie, nie za duże, nie za małe. Lubiące naturalność. Szminki nie uświadczysz na nich, co najwyżej ochronną albo błyszczyk.
Zgrabny nosek. Na nim piegi. Lubię te małe pocałunki Słońca. Nie rozumiem zupełnie jak można chcieć się ich pozbyć? One nadają twarzy takiego urokliwego wyrazu.
Schowane za okularami oczy. Te lubię chyba najbardziej. Lubię ich kształt, - całkiem regularny. Lubię ich kolor - zmienny i zależny od nastroju. Lubię ich wyraz - są szczere i znaleźć w nich można każdą emocję, która mnie ogarnie. Okolone całkiem normalnymi i przeciętnymi rzęsami...
Włosy - na głowie mam ambaras. Zmieniam kolor włosów i fryzurę zależnie od nastroju i fazy księżyca, także nie warto się nimi zajmować.
Warto za to zajrzeć pod czaszkę. Tam znajduje się Mózg. To królestwo Rozumu, który nie lubi gdy mu się przeszkadza. Wybaczcie, więc, że do środka mu zaglądać nie będziemy. Grunt, że mózg jest najbardziej erogenną częścią mnie. Wszystko ma swój początek tutaj.
Zakończyliśmy spacer po moim fizycznym JA. Tym, które możecie dostrzec na Dzień dobry. Jeżeli ktoś nie zatrzyma się by pogrzebać głębiej - jego strata :-) Bo to co w sobie lubię zaczyna się głęboko pod powierzchnią - Osobowość.
Jestem Skorpionicą i nie jestem pozbawiona przywar tego znaku. A jakie w ogóle są te Skorpionice? Po małym reaserch'u w sieci udało mi się zsyntetyzować informacje i wyszło mi takie cuś:
KOBIETA SKORPION
Pierwsze wrażenie? Jest tajemnicza. Do perfekcji opanowała więc sztukę milczenia, które mówi wszystko. Gdy spotyka mężczyznę, który budzi jej ciekawość, wrażenie, jakie to na niej robi, objawia się tylko lekko dostrzegalnym poruszeniem. Nie ma w zwyczaju się spieszyć. Instynkt drapieżnika mówi jej, że nie powinno się przedwcześnie zdradzać swoich zamiarów. Lekceważąco odnosi się do banalnych sztuczek - zalotnych uśmiechów i zakładania nogi na nogę. Gdy znajduje się w towarzystwie takich kobiet, stanowi do nich silny kontrast. Jej metoda okazuje się skuteczna. Mężczyzna odbiera wyzwanie czując, że musi podjąć ten niemy dialog, jeśli nie chce okazać się małym chłopcem.
Jest zdolna do wielkich namiętności. Nie celuje dla zabawy w różowe, emaliowane serduszka. Jej strzały są prawdziwe i wbijają się głęboko. Kontakty z mężczyznami motywowane są emocjami i głębokimi potrzebami. Nie zna letnich uczuć. Albo pochłaniają ją całkowicie, albo wcale. Pożąda i nienawidzi. Kogo zaś pokocha, pragnie posiąść na zawsze. Nie ma określonego typu mężczyzny, który jej się podoba. Nie ma znaczenia jaki kolor mają jego oczy, czy nosi garnitur czy sweter. Ważne jest to coś, co sprawia, że chce poznać go bliżej. Nie zawsze dowierza intuicji, pragnie wiedzieć o nim wszystko, czytać w jego sercu. Nie chciałaby oddać serca człowiekowi powierzchownemu lub co najgorsze tchórzliwemu. Kto chce zaskarbić sobie jej względy musi udowodnić, że stać go na wiele. l jeszcze jedno. Nie powinien nigdy próbować zabawiać jej opowieściami o swoich miłosnych podbojach. Nie ma ochoty dzielić z nikim miejsca ani w jego sercu, ani pamięci!
Nie istnieje dla niej miłość platoniczna, ale erotyczne pasje nie mają nic wspólnego z obsesją. Różnią się od niej tym czym znawca kuchni odróżnia się od pospolitego obżartucha. O ile pierwszy potrafi zachwycić się wykwintnością dania o tyle drugi rzuca się na pierwsze lepsze jedzenie powodowany wiecznym ssaniem w żołądku. Ona jest mistrzynią celebracji. Noc z nią zaczyna się od pobudzenia apetytu - prowokacyjnych pieszczot, śmiałych, budujących napięcie, ale jeszcze nie obiecujących dalszego ciągu. Dopiero, gdy naprawdę zachce posunąć śle dalej, gra ciał zaczyna się na dobre. Pełna niespożytej energii i zmysłowości, kocha się z zapamiętaniem i determinacją z jaką zdobywa się szczyty.
Życie z nią prowadzi do nieba lub piekła. Zanim ktoś postanowi ruszyć w drogę niech przeczyta co napisane jest na drogowskazie! Jej dewiza to "wszystko" albo "nic". Zdarza jej się więc "zużyć" kilku mężów udowadniając to światu. Przeszkodą w jej drodze do szczęścia jest zaborczość i przesadna emocjonalność. Szczęście to dla niej stan trudno osiągalny, oznacza bowiem sytość uczuć, ufność i spokój, czyli to wszystko co jest jej z gruntu obce. Woli bawić się w wojnę i pokój, przechadzać się wśród beczek z prochem. Jej związki z partnerem bywają trochę zbyt intensywne. Zwykle zbyt wiele daje by łatwo się zadowolić. Prowadzi życie pełne wzlotów i upadków i pełną determinacji walkę o dominację. Jak każdy szanujący się drapieżnik, stara się być arbitrem, a nie niewolnikiem swoich pożądań. Emocje, nad którymi nie panuje niszczą ją. Na szczęście ma silną osobowość. Przywiązuje się do mężczyzny, którego szanuje i podziwia, a jej podziw nie zależy od urody, ani stanu konta. Trudno jest jej pogodzić się ze zdradą lub brakiem lojalności. Jeśli ktoś ją zawiedzie już nigdy nie jest tak jak było. Krainę gorących uczuć od lodowatej obojętności dzieli przepaść cieńsza niż włos...
Oto mój obraz według tego co znaleziono w ogólnie dostępnych źródłach. Wirtualnie stworzony portret. Zadziwiająco prawdziwy...
środa, 17 lutego 2010
Bo jest paru ludzi, ogień i Venus :-D
Zostałam zraniona i sprzedana. Zdradzona i oszukana. Zdarza się. Przykre, ale zdarza się.
Bolało jak cholera, ale trudno żeby nie bolało kiedy po kilku latach ktoś ci wydziera kawał serca i na twoich oczach wyrzuca do kosza.
Paul to zrobił. Zawiódł na całej linii, zachował się jak ostatni cham i kawał ...piiiiiiiii... (Obiecałam nie bluźnić. Moje małe postanowienie). Musiałam to przeboleć. Co prawda przez te moje bóle porodowe nieźle dałam w kość innym, za co przepraszam.
PRZEPRASZAM! * Kaja się, pada do stóp, piecze sernik, chociaż to post. *
Obiecuję poprawę i przestaję już zachowywać się jak ostatnia sucz.
Chwilowo wracam do korzeni, czyli odkurzyłam płyty zespołu o wdzięcznej nazwie IRA.
Pięć po dwunastej więc pora już wstać
Dzień mocno chwycić nim on złapie mnie
Otwieram oczy i biorę się w garść
Nie ma czym przejmować się
Bo jest paru ludzi
Bo jest parę w życiu dobrych chwil
Bo jest parę złudzeń które warto mieć by żyć
Choć raz, tylko raz, tu na ten świat
Bóg nam pozwala przyjść
Zawsze lepsze coś niż nic
W kieszeni pusto czyli bez zmian
Nie będę przecież ganiał jak pies
Czy sięgnę nieba czy sięgnę do dna
Wszystko do przeżycia jest
Bo jest paru ludzi...
Z bagażem pełnym snów
Po wszystko i po nic
Wyruszam dziś donikąd znów
Lecz zawsze warto iść
Przez dzień do nocy, od nocy po dzień
Bez planów życie to cały mój plan
Mieć mogłem więcej, mam za to dziś mniej
Nie bój się wystarczy nam
Bo jest paru ludzi...
Otwieram oczy i biorę się w garść
wtorek, 16 lutego 2010
An fhoghlaim mé riamh?
A ja zostałam z Panną Melancholią i jej zieloną herbatą pachnącą różą. A wraz z nią czekała na mnie Panna Refleksja, milcząca od dni kilku.
-Czy ty nie przesadzasz aby?- zapytała cichym i szeleszczącym miło głosem
-Czy ja przesadzam? - zapytałam oburzona - Ja? Przesadzam? - nie dowierzałam własnym uszom - Przesadza to się kwiatki wiosną - odgryzłam się jej, ale ona niewzruszona pokiwała tylko głową z politowaniem.
-Oczywiście, że przesadzasz, Justyna. Pomyśl nad tym- na takie dictum zamilkłam. Miała rację. Przesadzałam. Ja wiem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni w związku z tym dlaczego jeden kłamliwy gad wychowany na mej własnej piersi miałby zachwiać moje zaufanie do ludzi? A jednak. Zachwiał. Świat zadrżał w posadach, a ja się zaczęłam zamykać. Niepotrzebnie.
Ja wiem, że wszystkiemu są winne te cholerne hormony. Hormony i ból. Przeklęta biologia, fizjologia i metafizyka. Dlaczego metafizyka? Nie wiem. Tak mi do koszyka przekleństw wskoczyła...
Wojti powiedział wczoraj, że nie wierzy iż Curie-Skłodowska odkryła rad gdy miała okres. To nie mogłoby mieć miejsca bowiem kobiety z okresem tracą zdolność racjonalnego myślenia. Patrząc na moje zachowanie rozszerzyłabym to jeszcze o grupę kobiet z PMS.
Zróbmy checklistę i zobaczmy czy kwalifikuję się do określenia: jędzowata wariatka z piekła rodem.
1) kompletny brak zdolności racjonalnego myślenia-------- V
2) zachowania histeryczno-paranoidalne ------------------ V
3) niekontrolowane wybuchy płaczu ---------------------- V
4) równie niekontrolowane wybuchy śmiechu ------------- V
5) strojenie fochów ---------------------------------------- V
6) hodowanie much w nosie ------------------------------ V
7) awersja do pizzy pepperoni --------------------------- V
8) usilne próby zrobienia sobie dwóch kucyków mimo zbyt krótkich włosów------- V
9) przyjaciel twierdzi że go przerażam -------------------- V
10) przyjaciel nie-nazywa mnie tępą kurwą a ja się nie oburzam tylko zgryzam w sobie ----- V
11) obsesyjne wmawianie sobie że jestem do niczego ------------ V
12) równie obsesyjne wmawianie sobie, że jestem jeszcze bardziej do niczego ------V
13) niepohamowana potrzeba przytulenia się ----------------- V
14) siedzenie w ciemnym pokoju z 13 zapalonymi świeczkami -------- V
15) ........ jeżeli zacznę wymieniać wszystko, z całą pewnością zabraknie mi miejsca.
Spójrzmy prawdzie w oczy. Ostatnio zachowywałam się jak wariatkowa jędza z piekła rodem.
Wybuchy złości, zazdrości, przygnębienie i depresja.... A to wszystko przez PMS. I okres. I wystarczyła jedynie maleńka kropelka w postaci biurowej suki i zdradliwego znajomego by kompletnie wyrzucić mnie z miłego, ciepłego gniazdka, które sama sobie uwiłam.
To PRZERAŻAJĄCE.
Ale bardziej przerażająca jest chyba lawina, z jaką wszystko potoczyło się potem.
Musiałam chyba sięgnąć dna by zauważyć co się ze mną dzieje.
Sięgnęłam
Dna wanny.
Pomogło.
poniedziałek, 15 lutego 2010
"Cisza" - jak pożegnanie...
Świat wydaje się dziś boleśniejszy niż zwykle. Ja zaś mniej cierpliwa. Tonę w tym bólu odczuwając go każdą cząstką siebie.
"Cisza" boli.
Dostałam ją na odprężenie, a tymczasem wyję przy niej.
Piosenka jak piosenka. Głos Krzysia Cugowskiego jak zwykle przyprawia o ciarki. Ale dziś....
Serce wali jak oszalałe. Słowa dźgają moje jestestwo. Dlaczego?
Brzmią dziś jak pożegnanie. Nie wiem czemu. Po prostu.
Moje obolałe ja dziś tak to odbiera.
Może dlatego , że znów serce mi krzyczy ciszą?
Kilka dni temu, Agunia coś mi uświadomiła. Nawet mi nie wstyd, że się z nią zgadzam. Ja się ZGADZAM. Całą sobą. Najmniejszą komóreczką. I wcale mnie to nie przeraża. A może powinno? Kobieta....
Bez żadnych wyrzutów sumienia.
Kobieta....
Kobieta?
Nie czuję się kobietą.
Nie dziś. Nie teraz.
Teraz jestem bólem.
Ciszą.
Ciszą, która boli.
Słowami.
Słowami, które bolą.
Jestem uosobieniem bólu, jego źródłem i celem.
Pragnę...
Pragnę ciepła rąk.
Pragnę ciszy, która koi.
Pragnę spokoju, który obejmie mnie z kołyszącym szeptem.
Pragnę kubka ciepłej, zielonej herbaty z jaśminem.
Pragnę zapachu waniliowego tytoniu na moim swetrze.
Pragnę masażu stóp.
Pragnę frytek z lodami śmietankowymi.
Pragnę ciepłego oddechu przy moim uchu.
Pragnę miękkiego futerka Luny ocierającej się o policzek.
Pragnę słów, które powodują że się uśmiecham.
Pragnę...
Pragnienia mnie relaksują.
Zajmują Rozum.
Zajmują Serce.
Dają chwilę dla siebie.
Krzyś Cugowski nadal brzmi jak pożegnanie... ale już nie płaczę.
Zatapiam się w swoje pragnienia powtarzane jak litanię.
To wszystko razem mnie wycisza.
Uspokaja.
Cicho...
mówię: Żegnam...
niedziela, 14 lutego 2010
...
Parszywe skomercjalizowanie uczuć, które powinny trwać cały rok. Czerwone serca łypiące na mnie na każdym kroku wydają się drapieżne i klaustrofobiczne. Atakują mnie swoimi idealnymi kształtami dźgając moje ja szpikulcami reklam i słowami : Kocham Cię. I love you. Je t'aime.
Czy nikt nie widzi, że w ten sposób trywializujemy te najcudowniejsze słowa jakimi można obdarzyć innego człowieka? Odbieramy im całą ich magię i urok.
Nie lubię Walentynek. Nie znoszę ich. Straciły urok kilka lat temu, podczas jednej z kolacji przy świecach. Pffff.... Bokserki i wszystko jasne...
To była ostatnia kolacja przy świecach jaką przygotowałam. Nie mogę się przełamać od tamtej pory. Nie nadaję już żadnej takiej oprawy, nie nadaję znaczenia. A Walentynki? Dzień jak dzień. Staram się nie chodzić po mieście, nie odwiedzać sklepów, nie oglądać telewizji, nie włączać radia. Czy jestem zgorzkniała? Może odrobinę... Ale tak na prawdę nie w tym tkwi problem. Po prostu trudno mi się pogodzić z faktem iż większość ludzi traktuje Walentynki jako dzień, w którym powinno się być milszym, pokazywać drugiej osobie swoje uczucia. A potem co? Potem wracamy do starego... Do zwykłych kłótni. Do cichych dni. Do codzienności. Dlaczego? Czy uczucia nie powinny być pielęgnowane bez względu na datę? Czy mąż nie moze bez powodu przynieść żonie kwiatów chociażby w środę? Ot tak. Po prostu. Czy chłopak nie może dziewczyny przytulić mocno i szepnąć jej że ją kocha w poniedziałek? Czy kobieta nie może pocałować namiętnie swego mężczyzny w czwartek? Ot tak. Po prostu. Czy sami jako społeczeństwo musimy wystawiać nasze uczucia na sprzedaż jak na bazarze?
Nie kupuję nic na walentynki.
Owszem składam czasem życzenia. Szczere. Prosto z serca. Takie jakie często składam przyjaciołom w ciągu roku. Wtedy gdy za nimi zatęsknię. Wtedy gdy chcę. Wtedy gdy czuję, że to właśnie ten moment by powiedzieć: Kocham Was.
Jednak nie kupuję nic na walentynki. Nie dokładam się do tej komercyjnej maszyny.
Każdego dnia sprawiam najbliższym prezent.
Wszystkim na raz i każdemu z osobna
Krisowi - temu, z którym związałam swoje życie. Błądzimy, odnajdujemy się, znów błądzimy. Czasem wydaje mi się, ze już nic nie mamy wspólnego, ale jakimś cudem nie potrafię się odwrócić, bo znajduje się coś.... I nie potrafię tego odrzucić. Niezmiennie.
Tommy'emu. - temu, który nigdy mnie nie okłamał i który zawsze stawia mnie do pionu, choćbym nie wiem w jakiej rozsypce była.
Qoo - Który zawsze potrafi mnie jednako rozzłościć i rozbawić. Temu, który jako pierwszy przekonał mnie, że ja to ja i nie ma się czego wstydzić.
Aguni - mojej siostrze, która jest ze mną już tyle lat, że nawet najstarsi górale nie pamiętają nas oddzielnie. Jak siostry mleczne ;-)
Sarze - mojej córce z wyboru. Najcudowniejszej Ponurej Żniwiarce jaką ziemia nosiła. Z nią 9 złotych i śrubokręt na polu gigantycznych Królików nigdy nie zostaną zapomniane. Nigdy mnie nie ocenia, czasem przeklnie, ale i tak nie umiałabym bez niej żyć.
Lidzi - Lwiczce płowej, nieco rozhisteryzowanej czasem, ale tak uroczej w tym wszystkim... Tej, która tuląc się do mnie przegania płacz. I mój i swój. Nawet jeżeli przez chwilę wyjemy obie, to sekundę później śmiech drży wokół.
Zuzce - najmłodszej wiekiem w towarzystwie, ale czasem najbardziej dojrzałej z nas wszystkich.
Wojtjanowi - bez niego moje życie byłoby szare i dziwne. Głos rozsądku gdy tracę głowę. Stawia mi trudne pytania, których nie pozwala pozostawić bez odpowiedzi.
Mru - jest jak inne odbicie mnie samej. Może dlatego tak świetnie się rozumiemy? Nie muszę jej tłumaczyć nic, wszystko "czai" bez słowa ;-)
Kudłatemu - nie ja go wybrałam. Sam się wybrał. A właściwie to niepokorna dusza go wybrała. Co miałam zrobić? Nie będę się z głupią kłócić. Nie chce o tym słuchać, ale i tak Mo Anam Cara przylgnęło do niego. Człowiek, który w równie szybkim tempie potrafi doprowadzić mnie do śmiechu jak i do łez. Wywołuje kilka innych uczuć, które mniej lub bardziej mi pasują. Czasem mam ochotę ukatrupić go na miejscu, czasem uściskać, jeszcze kiedy indziej... sam wie co.
Dla nich wszystkich mam każdego dnia to samo.
Daję to, co mam najcenniejszego.
Daję siebie.
Każdego dnia bez słów powtarzam: Kocham.
sobota, 13 lutego 2010
Frank Sinatra i nieprzespana noc
Pełna niepokoju.
Pełna smutku.
Pełna rozedrganych emocji.
Moich.
Niepokój odbiera mi oddech.
Niepokój nieuzasadniony, niewyjaśniony.
Umykam przed nim do łazienki.
Zanurzam się w onieśmielający głos Franka Sinatry i ciepłe światło świec.
Zanurzam się w wodę pachnącą jaśminem.
Zanurzam się w siebie.
Zamykam oczy i zanurzam się w wyimaginowanym dotyku.
I głosie Franka S.
Cichym.
Przejmującym.
Przyprawiającym mnie o drżenie.
Zanurzam się pod wodę zaczerpnąwszy oddechu. Tam nie widać, że płaczę. Zanurzam się we łzach.
Słyszę bezgłośne pytanie: Po co?
To Panna Melancholia wkradła się do środka i przycupnęła półdupkiem na brzegu wanny. Mąci dłonią spokojną toń i nawołuje bym się wynurzyła.
Ty nie umiesz tak długo wstrzymywać oddechu, Justyna. Utopisz się - mówi trącając mnie palcem.
Może właśnie tego chcę? Może nie tyle siebie chcę utopić, a jedynie wszystkie niepokoje, całe to rozedrganie... Chciałabym zostać pod wodą dłużej, jednak posłuszna Pannie Melancholii i jej spokojnemu obliczu wynurzam się łapiąc haust powietrza.
Miała rację. Nie umiem dłużej wstrzymywać oddechu.
SMS
Lwiczka.
Kiepsko się bawi. Zabrałabym ją do siebie. Ot tak. Od zaraz.
Odpisuję.
SMS
Inna ważna dla mnie osoba.
SMS. Kolejny... i kolejny... i kolejny.
Oni są jak powietrze.
Przyjaciele.
Bez nich się topię.
piątek, 12 lutego 2010
Pan Rzeczywistość wspomagany wysiłkami Panny Melancholii, Panny Refleksji, Jędzy Zazdrość i niecnego Pana Pożądanie, okryci Sztandarem Państwa *** zmylili mnie pozornym odejściem i zaatakowali w chwili najmniej spodziewanej.
Stwierdzam, że poległam. Bez żadnej przykrości.
Właściwie uległam.
Ciepłu.
Dotykowi.
Zmysłom.
Pocałunkom.
Oddechom.
Słowom.
Szeptom.
Łaskotkom.
Rozum z Sercem zamilkli, bo jak sami stwierdzili, nie zwykli kłamać jednocześnie.
Przypominanie sobie bolało.
Bolało, bo świadomość boli.
Świadomość ciała.
Świadomość serca.
Świadomość duszy.
Świadomość nadziei.
Świadomość wad.
Świadomość zalet.
Świadomość błędów.
Boli świadomość, że nagle wspiera cię ktoś kto nie umie cię zrozumieć. A ten, kto cię rozumie, milczy lub ucieka.
I dociera do ciebie, że już nie wiesz na kogo możesz liczyć, komu ufać. Zastanawiasz się, czy to co słyszysz, widzisz jest prawdą czy już podkolorowanym obrazem, który chcesz zobaczyć. Plączesz się, gubisz, umierasz....
Dlaczego?
Żyjemy w czasach, w których bardziej wierzy się pozorom niż prawdzie uczuć duszy ludzkiej.
Dałam się w tę grę pozorów wciągnąć. Jestem tym zmęczona i zniechęcona, a przede wszystkim zła na siebie. Za naiwność i łatwowierność. Jakże łatwo ulegam. Jakże łatwo daję się zwieść. A jednocześnie chcę w tym trwać. Chcę ufać. Chcę wierzyć. Chcę ulec. Z masochistyczną przyjemnością czerpaną z własnej poranionej zawodami duszy chcę dzielić się sobą.
Po co?
Sama nie wiem właśnie...
czwartek, 11 lutego 2010
Anthony de Mello swoim "Przebudzeniem" zapadł mi w pamięć.
Dlaczego?
Sama nie wiem. Może dlatego, że jest to dla mnie łagodne wytłumaczenie poczucia odrzucenia, które czujemy. O ileż milej powiedzieć sobie: Oni nie odrzucają Ciebie. Odrzucają jedynie swoje wyobrażenie o Tobie. To, które sami stworzyli.
Łatwiej jest to zaakceptować, łatwiej się z tym uporać.
W mojej samotni panuje cisza.
Spokojna.
Błoga.
Moja.
Miła.
Nie wpuszczę do niej nikogo.
Wszystkie moje Panny Melancholie, Panny Rozpacz i Panowie Rzeczywistość trzymają się z daleka.
Nawet oni nie mają tu wstępu.
To Odludnia.
Moja.
Inny świat.
Mój.
Nie ma tu miejsca na akceptację i odrzucenie.
Nie ma miejsca na roztrząsanie własnych słabości.
Nie ma miejsca na zastanawianie się nad silnymi stronami.
Nie ma miejsca na opłakiwanie zranionej dumy, czy zszarganych uczuć.
Nie ma miejsca na radość czerpaną z każdego uśmiechu.
Nie ma miejsca na smutek.
Nie ma miejsca na dobro.
Nie ma miejsca na zło.
Cisza.
Spokój.
Równowaga.
Zatapiam się w nich.
Otulam się nimi jak płaszczem. Pozwalam by delikatnie muskały moją skórę, zapuszczając miękkie macki w tkankę, wtapiając się w nią. Wtapiając się we mnie. Głęboko. Daleko. Sięgając wszystkich neuronów.
Witam je z ulgą.
Pozwalają mi nie czuć.
Pozwalają mi nie myśleć.
Pozwalają mi nie widzieć.
Pozwalają mi nie słyszeć.
Gdyby jeszcze pozwoliły mi nie oddychać...
środa, 10 lutego 2010
Moja mała odludnia.
Jak zwał, tak zwał.
Ta jest moja. Własna. Jedyna.
Pełna ciszy i spokoju. Pełna mnie.
Samej.
Zaparkowałam w niej na własne życzenie. Dlaczego?
Bo lubię. Bo chcę. Bo tu jest bezpiecznie.
Bo tutaj nikt nikogo nie rani.
Bo mogę się otulić własnym uczuciami.
Bo każdą emocję przekuwam tu na równowagę.
Bo mogę być głucha.
Bo mogę być niema.
Bo mogę być ślepa.
Bo tylko tutaj mogę być w pełni sobą.
Kiedyś było inaczej.
Kiedyś...
Odeszło
sobota, 23 stycznia 2010
wtorek, 8 września 2009
A jednak lepiej byc samotną niż niemile widzianą...
Odkąd pamiętam.
Prześladowały w ten miły i nieszkodliwy dla nikogo sposób.
Twain czarował mnie swoją twórczością.
Ostatnio robiłam porządek w przepastnych czeluściach domowej biblioteczki i w ręce wpadły mi "Pamiętniki Adama i Ewy". Uśmiałam się do łez. Do łez i przez łzy.
Bo ileż razy sama czuję, ze w moje życie wkradają się takie nieporozumienia? Ile razy ze strony bliskich doświadczam nieprzyjemnych słów i zachowań? Ile razy oni z mojej? Bez liku. Ale nie tylko ze strony bliskich. Ze strony tych dalszych również.
Czasem myślę, że to jest wpisane w nasze jestestwo, że nie ma ucieczki od niedopowiedzeń, niezrozumienia i błędów. Czasem żałuję, ze nie ma pigułek na niemiłość...
I żałuję, ze nie ma pigułek na samotność.
Często czuję się samotna. Nie sama, a samotna. Mogę być otoczona wianuszkiem znajomych i nadal czuję się samotna.
Bez zrozumienia.
Bez szans na poczucie się częścią ich grupy.
Uśmiecham się i kiwam głową.
Nadal Samotna.
Wolę jednak być samotną niż niemile widzianą...
sobota, 5 września 2009
Jesień się zbliża
Śpiewam. W dużej ilości. Zachłystuję się Jaredem z jego seksownym "R". Upijam się głosem Aarona z jego cudownym wokalem. Odreagowuję ostatni stres odwiedzając kolejne światy, kolejne postacie. Ryczę nad "Milionem małych kawałków", wyję przy "Moim przyjacielu Leonardzie".
W nocy nie sypiam. Znów koszmary... Ale wiem, że miną. Zawsze mijają. Panna Rozpacz próbowała ostatnio przedostać się przez zasieki, ale ją odparto. Panna Refleksja siedzi cicha w kącie. nie ma dla mnie żadnych rad ostatnio. Jesień za pasem, to się oszczędza przed sezonem. Pogadanki zostawia sobie na długie i zimne wieczory. Pan Rzeczywistość za to szaleje. Dziś uraczył mnie uderzeniem o szafkę. Bo i po co chciałam słonecznika sięgać? Że niby do chleba dosypać? Pff. Mam te zachcianki... Wczoraj Pan Rzeczywistosć mnie nastraszył, ale wyszło pozytywnie. Szefowa mi poważną robotę przydzieliła. Nie wiem jak się z tym ogarnę. Jeszcze nie mam planu. Rozum mi się buntuje. Serce mi się buntuje. Zawiązali przedziwna koalicję i chcą chwili spokoju. Walczą o urlop. A w tej swojej walce są gorsi od zwiazków zawodowych, stoczniowców i górników razem wziętych. Bez kitu. Sięgają po terroryzm emocjonalny. Stawiają mnie pod ścianą i co ja mogę? Kapituluję licząc, ze ten ich urlop nie potrwa zbyt długo. Na odchodne zostawili mi paczkę z muzyką żeby się ode mnie głupoty trzymały z daleka. Pan Rzeczywistość śmieje mi się w twarz gdy proszę go o pomoc. Zamiast się za mną ująć to wyciąga swoje notatki i mi je pokazuje. Zapisał skubaniec wszystko co chciałam zrobić i trzyma to z żelazną konsekwencją. Moja rada dla Was? Nie obiecujcie sobie solennie niczego. Bo później taki kolejny terrorysta wytknie Wam to i rzuci tym w twarz... Wzruszam ramionami, zakładam słuchawki, włączam "Right Here" i drąc się z Aaronem biegnę przed siebie. Obiecałam przecież, ze będę biegać. Cham nie powiedział mi dziś, ze będzie padać rano. Zmokłam. Zimno mi. A on stoi i się śmieje. Nie upiekę mu już żadnego ciasta. Na złość. I na zdrowie. Przytył ostatnio. Panna Refleksja zrywa się z kąta i podchodzi do okna. "Samotność..." mówi tylko. Zamyślam się dzierżąc kubek gorącej herbaty na rozgrzanie. Samotność jest dla wszystkich taka sama. Bez względu na wiek, wyznanie, charakter czy miejsce zamieszkania. Nie są też ważne powody. Często nawet jej nie zauwazamy. Tak jak nie zauważamy w życiu wielu rzeczy. "Sceny naszego życia podobne są do obrazków w masywnej mozaice, które z bliska nie robią wrażenia; trzeba stanąć od nich z dala, aby ocenić ich piękno... Rzeczy teraźniejsze natomiast przyjmujemy w poczuciu tymczasowości, uważając je za nic innego, jak tylko drogę do celu. Dlatego to ludzie, spoglądając u kresu swych dni wstecz, stwierdzają zazwyczaj, że całe ich życie upłynęło pod znakiem "ad interim", i ze zdziwieniem widzą, iż to, co na ich oczach przechodziło tak niedocenione i mdłe, stanowiło właśnie ich życie..." przebrzmiewają mi słowa Schopenhauera. Panna Refleksja odwraca się od okna z uśmiechem. "Dobrze, że ty studiujesz życie, Justyna. Dobrze, że widzisz..." i wraca do kąta. Pan Rzeczywistość milknie i siada koło niej. Sadzam tyłek razem z nimi i się tak nad tym swoim życiem zamyślam. Panna Refleksja się myli. Często nie widzę. Ale przynajmniej się staram zobaczyć. To że sąsiadka ledwie idzie. To, ze samotny sąsiad nagle zaczął się uśmiechać. To, że na ramieniu Piotrka spod 98 przybył nowy tatuaż.... To, że ktoś potrzebuje, zeby go po prostu przytulić i pomilczeć. To, że ostatnio popełniłam kilka błędów i nie wiem jak je naprawić... Widzę. Staram się widzieć to wszystko. Notuję w Pamięci. Chcę żeby inni też widzieli. Chcę żeby wiedzieli. I wiem czemu zaczynam nucić...
To notice when I'm not around
I know that your eyes
See straight through me
And speak to me
Without a sound
sobota, 30 maja 2009
Bo z ciebie to taki anioł...
Antoine de Saint - Exupery powiedział swego czasu, że "przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać". Moje skrzydła zapomniały jak latać już dawno temu. Często wokół siebie znajduję pustkę. Dzwoniącą w uszach ciszę. Dzisiaj T. powiedział mi coś, co Panna Refleksja uznała za warte uwagi. Później maltretowała mnie tymi słowami i swoimi przemyśleniami przez kilka godzin. Otóż szanowny Kawaler Orderu Jakojedynymogecimówićcochce uświadomił mi pewien fakt dotyczący mojego życie:
"Bo ty, Justka, jesteś jak taki anioł. Zjawiasz się w życiu człowieka, gdy najbardziej tego potrzebuje. Robisz rewolucję, wywracasz człowiekowi życie do góry nogami, stawiasz do pionu, godzisz z samym sobą... i znikasz. Jak anioł... tylko taki z podciętymi skrzydłami. A wiesz czemu? Bo ludzie zapominają o tobie. Sama im pozwalasz. I dlatego samotnie ryczysz w poduszkę, gdy jest ci źle"
Wściekłam się w pierwszej chwili. Ale po staranowaniu piersi Panny Refleksji, która wzięła T. w obronę, musiałam przyznać mu rację. Ludzie zapominają i trudno mieć im to za złe, skoro sama na to pozwalam. Ba! ja im to ułatwiam. Gdy tylko zaczynają sobie życie układać, przestaję się odzywać uznając, Bóg wie czemu, że mają ciekawsze rzeczy do roboty niż rozmowa ze mną. Działanie kompletnie pozbawione logiki i sensu. Tak samo się dzieje, gdy to ja potrzebuje pomocy, bo przestaję sobie z czymś radzić... Jednego dnia jestem, a drugiego już nie. Zamykam się szczelnie we własnej skorupce, schodzę głęboko do bunkra, otaczam się zasiekami z drutu kolczastego, a na straży stawiam osiłka z kałaszem. I ryczę w poduszkę. Samotnie.
I tym sposobem kolejna grupa moich znajomych rozpływa się w nicość. Serce boli.... A moje skrzydła nadal nie pamiętają jak latać... Może lepiej, że je podcinają? Przynajmniej się nie potykam gdy idę...
środa, 27 maja 2009
Zrozumienie
"Siebie można przemilczeć,
także - przeczekać,
a nawet - przeżyć.
Tylko nie - zrozumieć."
Jednego dnia sama zapraszam Pannę Rozpacz do domu, następnego strzelam z wiatrówki, gdy tylko ją zobaczę na horyzoncie. Dzisiaj najchetniej bym ją wykreśliła z tego swiata. Zapomniałabym, że istnieje. To samo czasem robię z Panną Refleksją, Panem Melancholią i Dziadkiem Humorem. Czasem mówię co myślę, kiedy indziej gryzę się w język. Czasem śmieję się, gdy moje Serce wyje z rozpaczy, a nastepnym razem wyje razem z nim. Niekiedy każę Rozumowi iść precz, w kolejnej chwili błagam by wrócił.
Zrozumie to kto?
Zrozumienie innych przychodzi mi łatwiej. Ich motywy, zachowania, powody widze jakoś wyraźniej. Ich działania układają się w mniej lub bardziej, ale jednak logiczną całość. Moje? Nie bardzo. To tak jakbym jednocześnie chciała iść w przód i w tył - przecież to fizycznie niemożliwe. I motam się tak sama ze sobą. I nie chodzi o to, ze nie wiem czego chcę. Moje pragnienia są wyjątkowo dobrze sprecyzowane, tylko droga do nich taka jakaś... dziwna... inna niż wszystkie wokół. Ale idę nią. Nadzieja pomaga mi iść naprzód, wytrwałość stać, gdy napotkam przeszkodę, a odwaga - wracać, gdy zbłądzę. Jednak siebie nadal nie rozumiem. Może nie warto próbowac? Może po prostu zaakceptować, przemilczeć, przeczekać? Iść dalej mając na uwadze słowa Orzeszkowej:"Ku celom pożądanym wiodą drogi trudne." Może jedną z trudności jest brak zrozumienia własnych działań?
wtorek, 26 maja 2009
A ja wolę moją mamę...
Znów źle spałam. Śniły mi się maleńkie rączki, którychnie mogłam uchwycić. Znów we śnie słyszałam płacz dziecka, którego nie mogłam znaleźć... Doszły mi kolejne siniaki na ręku. Znów w nocy uderzyłam o szafkę....
Nerwy mam napięte do granic możliwości. Czuję się tak jakbym za chwilę miała się rozsypać. Na pył. Na kurz... taki już nie do pozbierania.
poniedziałek, 25 maja 2009
Niech staną zegary...
Zamilkną telefony
Dajcie psu kość
Niech nie szczeka, niech śpi najedzony.
Niech milczą fortepiany
I w miękkiej werbli ciszy
Wynieście trumnę
Niech przyjdą żałobnicy
Niech głośno łkając samolot pod chmury się wzbije
I kreśli na niebie napis "On nie żyje!"
Włóżcie żałobne wstążki na białe szyje gołębi ulicznych
Policjanci na skrzyżowaniach niech noszą czarne rękawiczki.
W nim miałem moją północ, południe i zachód i wschód
Niedzielny odpoczynek i codzienny trud.
Jasność dnia i mrok nocy, moje słowa i śpiew
Miłość, myślałem, będzie trwała wiecznie,
Myliłem się,
Nie potrzeba już gwiazd - zgaście wszystkie - do końca
Zdejmijcie z nieba Księżyc i rozmontujcie słońce
Wylejcie wodę z morza, odbierzcie drzewom cień
Teraz już nigdy na nic nie przydadzą się...
Panna Rozgoryczenie trzyma się na szczęście ode mnie z daleka. Jednak odwiedziła mnie znów Panna Refleksja. Pod pachą przytargała grube tomisko pełne zdarzeń minionych. Otwiera mi kolejne karty i podsuwa pod oczy. Niedobra ona. A mi w tych oczach łzy się zbierają.
Na jednych z pierwszych kart: Przyjaciel... jeszcze zadowolony, szczęśliwy, pełen życia. Na następnej... Tylko pół roku... Moje serce zabrane. Rozdarte i rozdeptane przez Los w ciężkich butach. Ryczę...
Następne karty... Zapuchnięte oczy bolą...
Doszłyśmy dopiero do połowy tej grubej księgi, a z mojego serca został jakis taki mocno sponiewierany ochłap i strzępek. Z każdym grymasem bólu, w oczach Panny Refleksji odbija się zrozumienie i współczucie. A ja wyję: Co to ma być? Cholerne katharsis? Źle sobie dzień wybrałaś, panno Refleksjo... Oj źle...
Natrafiam na chwilę, gdy w sieci znalazłam wpisy Panny Rozpacz na Kateferii. Znów ryczę... jak za pierwszym razem. Wpisy kończą się w styczniu. Sprawdziłam. Ciekawe jak sobie Panna Rozpacz radzi. Ledwie tłumię odruch, by do niej napisać. Czy słusznie? Nie wiem. Tłumię ze strachu. Że nie odpowie...
Kolejna karta i kolejny wybuch płaczu. Tu odszedł drugi Przyjaciel... Nagle. Z dnia na dzień. Nienawidzę motorów. Nienawidzę kierowców Volkswagenów... Nienawidzę! Za kilka dni minie 6 lat... A ja nadal ich nienawidzę. Co roku chadzam w miejsce gdzie odszedł. Co roku boleśnie uświadamiam sobie, ze mogłam odejść razem z nim... Gdyby nie głupi przypadek... Ja miałam jechać na tym motorze... Czasem męczą mnie głupie wyrzuty sumienia. Że mnie na nim nie było. Że ja żyję a on nie...
Kilka kart wywołuje uśmiech. Ociera łzy... Serce mi wraca do życia. A myślałam kiedys, że to niemożliwe. Wracają do mnie kojące słowa, ciepły dotyk, gorący oddech. Ale czy rzeczywiście wracają? Przecież one są na stałe. Nawet gdy kolejne z kart zostają naznaczone bólem. Te kojace słowa nadal słyszę w tle. Co z tego, ze szeptem... Dotyk przesmyka mi pogłowie głaszcząc uspokajająco. Słyszę dwa głosy. Po kolejnej karcie zostaje juz tylko jeden.
Kochana odeszła... Tęskno mi. Tęskno mi za nią czasem tak bardzo, że aż mi tchu brakuje. Czasem gdy idę na cmentarz nie mogę się powstrzymać by chociaż na chwilę nie przytulić policzka do zimnego pomnika. Jak jestem sama... Przy innych jakoś mi tak nieswojo. Jakby zabierali mi najbardziej intymne przeżycia. Pozwalam sobie wówczas tylko na ukradkowy całus przesłany ręką. Tęsknię za jej mądrością, za dobrymi słowami, za ciepłym usmiechem, za subtelnym zapachem, którym rozjaśniała najgorszy dzień. Tęsknię za aromatem sernika, który piekła. Tęsknię za Nią. Za Kochaną...
Drugi głos jest ze mną. A we mnie narasta strach, że któregoś dnia go zabraknie, że zniknie, odejdzie.... Kurczowo się go łapię... aż tłamszę... chcę zachować dla siebie... To mnie przeraża.
Na kolejnej karcie znów błyszczy jasna plamka. To moja Kosa. Te 9 złotych. Mękka. Ta, która jest dla mnie jak córka, której nie mam. I znów ogarnia mnie strach. Że przestanie mnie chcieć. Że sie znudzi.. Zniknie...
Z niepokojem patrzę na Pannę Refleksję i kolejną kartę, którą chce odkryć.
Pusta...
Kolejna. Pusta... Pusta.. Pustapustapustapusta.
Spoglądam na Pannę Refleksję. Uśmiecha się ciszą.
Oddycham z ulgą.
Nie wszystko w moim życiu zostało jeszcze napisane. Nadal jeszcze mam białe karty do zapełnienia. Nadal mogę odbijać na nich łzy i uśmiechy. Nadal mogę na nich tańczyć walca albo tango. Nadal mogę wtrącać w ciemność zapomnienia albo uwodzić pamięcią. Nadal mogę... Nie umarłam i nie odeszłam... Parafrazując:
Mnie nadal gwiazd potrzeba - zapalcie wszystkie - do końca
Zawieście na niebie Księżyc i zamontujcie słońce
Wlejcie wodę do morza, zwróćcie drzewom cień
One nadal jeszcze do wszystkiego przydadzą się...
piątek, 15 maja 2009
A ja się śmieję!
Nie wiecie?
To zmieńcie pracę!
I to nie tak, że starej nie lubiłam.
Lubiłam pracę, lubiłam ludzi, ale w pewnym momencie zaczęłam się uwsteczniać, rutyna mnie zjadała… Brak perspektyw, stagnacja i brak możliwości rozwoju to rzeczy, które tępię bezlitośnie i bez sentymentów. To rzeczy, które sprawiają, że czuję się mała, zaściankowa i głupia. A z całą pewnością taka nie jestem.
W każdym razie dopadła mnie z rana Panna Refleksja. Zaczepiła w windzie. Po krótkiej wymianie zdań doszłam do wniosku, ze babka ma rację. Zmiany są dobre. Nawet te najmniejsze.
Ostatnio dużo zmian w moim życiu. Szczególnie tych związanych z nastawieniem do Życia samego w sobie. Życie zaskakuje, zaurocza mnie… Gdy zaczynam już wątpić, ono podsuwa mi małe miłe prezenciki w postaci osób spotykanych na drodze. Tych pozytywnie zakręconych… A takich w moim życiu ostatnimi czasy przybyło.I mam nadzieję, że szybko nie ubędzie. Cieszę się... Śmieję! Cały czas... na okrągło.... Inni marudzą, narzekają, krzyczą... A ja się śmieję!
sobota, 7 lutego 2009
Kilku kumpli weź...
Powstanie dom, w którym mieszkać się da
Kumpli weź patyk w garść
Potrafisz to
Wyrośnie dom choć nie było tu go.."
Ostatnio renesans w moim domu przeżywają bajki dla dzieci. Spowodowane jest to dużą ilością szybko rosnących dzieci znajomych. Przecież ta fajna "ciocia Justyna" musi być na bieżąco.
Dzieci znajomych płacą za to szerokim uśmiechem, moi domownicy - bólem głowy. Pod hasłem moich domowników ukrywa się oczywiście Kristof, bo psa nie liczę. Suńka się na ból głowy nie uskarża. A Krzysztofa trzeba zrozumieć. Ma chłopak anielską cierpliwość. Na jego miejscu słysząc po raz szesnasty piosenkę Ani Jurksztowicz "Kilku kumpli weź.." z "Prosiaczka i przyjaciół", uciakłabym gdzie pieprz rośnie. A Kristof znosi ciagłą migrenę... i jeszcze pociesza, gdy mi nerwy puszczą. A puszczają ostatnio często. W ogóle jakaś mało ogarnięta się zrobiłam. Mało ogarnieta prywatnie, bo zawodowo wręcz przeciwnie... Wszystko terminowo, zgodnie z kalendarzem, bez terminarza to się teraz nie ruszam, bez telefonu to jak bez ręki. Nawet jezyk mi się nieco wyostrzył. Podobno nie daję już sobie po głowie chodzić, tylko usadzam nadpobudliwe jednostki. Cóż... Akcja budzi reakcję. Praca nad samodzielnym projektem bardzo mnie zmieniła. I ta nowa ja bardzo mi się mnie samej podoba. Mogę więcej. Właściwie to wierzę, że mogę więcej. A przyjaciele mnie w tym wspierają, utwierdzają. Dzięki nim przestaję wierzyć, a zyskuję pewność, że mogę więcej. A to połowa sukcesu. I chociaż mnie samą od Prosiaczkowych piosenek boli głowa, to ta jedna pomaga mi wiarę utrzymać. Wiarę w to, że z pomocą przyjaciół i bliskich osiągnąć można wiele. I za to ich kocham.
środa, 24 grudnia 2008
Choinka...
sobota, 13 grudnia 2008
A Serce boli...
Definicja zaufania według słownika to: „poleganie na uczciwości, prawdziwości, przyjaźni i zdrowych zasadach drugiej osoby, poleganie na kimś”. Mało w dzisiejszych czasach tego zaufania pośród ludzi. Bo i mało ludzie zwracają uwagę na zasady. I w tym właśnie tkwi błąd, który Rozum tak bardzo mi wytyka. Ufam ludziom.
Ufam ludziom zwykle za bardzo. A nie wszyscy są tego zaufania godni. Zwykle dostaję za to po tyłku. Ale nie umiem przestać ufać. Zazwyczaj otaczam się tarczą optymizmu. Mocną, grubą, zdolną przetrwać wiele. Siłę by ją utrzymać czerpię z mojej wiary w ludzi. Ale w ciągu kilku ostatnich miesięcy moja wiara w ludzi została nieco nadszarpnięta. Co Rozum dotkliwie uświadomił mi dzisiaj... Nie mógł sobie darować tych drobnych uszczypliwości. Wypunktował co do jednego przypadku, gdy za tą wiarę w człowieka dostałam po głowie. Dotkliwe te krzyki Rozumu dzisiaj.
Zebrało mu się dziś na rozrachunki, do diaska! Nie mógł lepszej pory znaleźć? Zdrajca! Wykorzystał to, że przed Bożym Narodzeniem dopada mnie depresja, że jestem słabsza, podatniejsza na jego utyskiwanie.
I zasiał we mnie ziarno niepokoju. Zaszczepił ponowna chęć ucieczki przed ludźmi. Podsycił pragnienie zamknięcia się w czterech ścianach.
I wiem, że Serce dziś cierpi, ale nie mam dla niej słów pocieszenia. Nie mam słów pocieszenia także dla Rozumu. Może po Świętach je znajdę. Jak umilkną te wszystkie burze. Chwilowo mam kompletnie zaburzony tok myślenia, miejscami graniczący z paranoją. Znów patrzę na życie przez pryzmat ostatnich mało przyjemnych zdarzeń. Tych, o których wiem tylko ja. Nie mam odwagi wypowiedzieć ich na głos. Nie mam odwagi przed samą sobą przyznać, że wszystko składa się w jedną paskudna całość. Nie chcę do tego bagna już wracać. Nie chcę się wikłać w jakieś chore gierki czyichś niezaspokojonych ambicji... I nie mam siły by zatrzasnąć temu drzwi. A Serce cierpi przez to moje niezdecydowanie. A Serce boli...
czwartek, 11 grudnia 2008
Dwie połówki jabłka...
Rozum chciał się wyprowadzić na dobre z powodu nierównowagi emocjonalnej Serca. Na szczęście jakoś się dogadali, bo co ja bym biedna bez Rozumu zrobiła? Dziś dla odmiany Serce szaleje...
Rozum: Ale o co Ci chodzi, Serce?
S: Już ja wiem o co mi chodzi! Specjalnie mnie tu zamknąłeś i nie pozwalasz się ruszyć. Specjalnie mnie ograniczasz! Nie pozwalasz poszaleć! A ja chcę drżeć! Chcę bić szaleńczo! Chcę czuć!
R: Serce, Serce... Ale ja to wszystko dla Twojego dobra... Wiesz co będzie jak się rozszalejesz? Każdemu się oddasz, na drobne rozmienisz i nic z Ciebie nie zostanie... Oni przez chwilę się pocieszą, porzucą Cię i będziesz cierpiało... Tego pragniesz, durne Serce? Tego chcesz?
S: Tak! Tego chcę! Ty się z innymi spotykasz, a ja nie mogę? Ty codziennie na coś oczy wyślepiasz, czegoś nowego doświadczasz, a ja nie mogę?! To niesprawiedliwe! Chcę więc się rozmienić na dobre! Chcę żeby mnie dotykano, głaskano, ściskano. Chcę coś czuć, do cholery!
R: Kretyńskie Serce! Nie wiesz o co prosisz! Wiesz ile tam bólu? Ja co dzień na ten ból spoglądam i codziennie głowię się jak Cię od tego bólu uchronić, a Ty?!
S: Co ja?! Nie pomyślałeś o tym, statusiały Rozumie, że ja może chcę sama tego bólu doświadczyć? Zarzucasz mi, że jestem dziecinna. Że na życiu się nie znam... Jak mam je poznać skoro mnie od niego separujesz?! Ale nie możesz mnie odgrodzić zupełnie! Ono do mnie śpiewa! Codziennie! Cichutko wpełza do mnie i pieści z daleka moje komórki, moje przedsionki, drażni przez osierdzie... dociera do mnie z tlenem. Najpełniej wtedy, gdy ty śpisz, Rozumku. Przechytrzyło Cię to życie... Już w nim zasmakowałam i chcę więcej.
R: Serce... Serce... Ja nie chę byś cierpiała... Nie będę Cię na siłę trzymał, ale nie chcę by Cię bolało...
S: Ehmmm... Rozum, Ty zbladłeś...
R: Nic mi nie jest... Po prostu wyobraziłem sobie, że Ciebie zabrakło...
S: Nie masz czego sobie wyobrażać? Przecież Cię nie zostawię zupełnie... Tylko troszkę poszaleję, ale wrócę zaraz... No nie martw się, Rozum. Nie martw się.
R: Obiecujesz, ze wrócisz? Że nie uciekniesz po cichu? Że nie oddasz się na zawsze byle komu?
S: Oj, Rozum. Przecież wiesz, ze takich decyzji nie podejmuję się pochopnie. Takie decyzje trzeba dobrze przemyśleć. A kto jest w myśleniu lepszy niż Ty? To chyba jasne, że decyzję taką musimy podjąć wspólnie.
R: Chyba miałem chwilowe wygładzenie fałdek...
S: Zazdrosny byłeś i tyle...
S: Wrócę. Z pewnością wrócę. A ty będziesz czekał na mnie?
R: Zawsze... Co ja bym zrobił bez Serca?
S: To dobrze... Co ja bym zrobiła bez Rozumu?
******
I tak sobie gawędzą, kłócą się i ględzą. Ale żyć bez siebie nie mogą. Jak dwie połówki jabłka...
