czwartek, 10 czerwca 2010

Cedr! To był cedr!

Piosenka - motto na dziś....

Rozpiera mnie energia, mam doskonały humor i czuję się jakbym mogła góry przenosić. Nie mam pojęcia skąd taki nastrój ale cieszę się z każdej jego sekundy. Powoli zaczyna mnie ogarniać weekendowa tęsknota i czuję zapach lata każdym skrawkiem skóry. Zamykam oczy i zatapiam się w trawie na łące za zamkiem. Opadam na zielony kobierzec mając pod skórą wiatr i chłodną bryzę znad rzeki. Trudno powstrzymać się od uśmiechu. Marzę... Już niedługo...

Tymczasem króciutki briefing z wczoraj.

Sushi okazało się przepyszne! Nie udławiłam się, nie umarłam, nie rozchorowałam , a i towarzystwo przesympatyczne dopełniło pozytywnego wrażenia całego wczorajszego wieczoru.
Wredny Typ potrafi opowiadać w sposób fascynujący, człek niemal widzi to na własne oczy. Chociaż części z tego nie chciałabym zobaczyć... ale to przecież szczegół :-P Spacer wieczorną Starówką i lody na barbakanie całkiem miło uwieńczyły wyjście. Stanowczo protestuję przeciwko insynuacjom jakoby smak cedrowy był pomieszaniem leku na przeczyszczenie i kropli żołądkowych... CEDR TO CEDR! ;->
W każdym razie bawiłam się świetnie i chętnie bym to kiedyś powtórzyła.
Oficjalnie stwierdzam także, że wredny typ nie przepoczwarza się w gada. On ewoluuje w dinozaura! ;-pppp

środa, 9 czerwca 2010

Taki szczególny dzień.... dla moich Przyjaciół.

Dzisiaj jest szczególny dzień.. Dzień Przyjaźni. Z tej okazji chciałabym powiedzieć moim przyjaciołom jak są dla mnie ważni i jak mocno ich kocham. Chciałabym podziękować im za serca i towarzystwo, za wsparcie i humor. Chciałabym podziękować za milczenie i bukiet słów. Za to , że z nimi czuję się niezwykle...

Dziękuję, że jesteś
chmuro na niebie
dajesz mi marzenia
królewny w białej sukience
Dziękuję, że bijesz
serce moje z kamienia
to nic ze takie nie czułe
skrusze, kiedy będzie potrzeba
Dziękuję, że jesteś
wodo w strumyku
dzięki tobie istnieję
przepełniona czystą energią
Dziękuje, że jesteś
promyku żółtego słońca
wbijasz się rankiem przez szybę
aby dać mi nadzieję
Dziękuję, że jesteś
mój przyjacielu
może na tym polega istnienie
aby czuć się kimś niezwykłym
żyjąc obok Ciebie.


wtorek, 8 czerwca 2010

Sto lat i butelka rumu!

Dzień pracowity acz całkiem przyjemny. Robota w Piasecznie odznacza sie przestojem, bo nie całe sprawozdanie gotowe, ale jakoś to przetrwam :)
I tak czekałam wieczora i kolacji. Nie zawiodłam się.
Kucharz w "Szwenkierze" stanął na wysokości zadania zachwycając moje podniebienie filetem z łososia z rusztu. Również deserowy fundat czekoladowy smakował jak poezja....
Kwiatów nie było, za to była całkiem miła rozmowa przy kawie....
Dziękuję wszystkim, którzy pamiętali :))))

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Po parapetach skacze świt i słońce się tu zakrada...

Ostatnio w moim życiu powróciłam do tradycji ustalania piosenki na cały dzień. Takiej, która coś o tym dniu mówi, takiej, która coś dla danego dnia znaczy.
Plebiscyt na dzisiejszą wygrała Patrycja Markowska z jednym ze swoich utworów.

Dlaczego ten?
Dlatego, że doskonale pasuje do mojego dzisiejszego nastroju i świetnie oddaje co czuję. Postanowiłam do pewnych rzeczy podchodzić mniej emocjonalnie, bo przecież w tym wszystkim chodzi o zabawę, nieprawdaż?
Tak przynajmniej utrzymują niektórzy. A mój stosunek do całej sprawy jak do tej pory był nieco inny i przez to bolała mnie dusza. Nie zwykłam pozwalać by coś mnie bolało zbyt często i zbyt długo, mój masochizm jest wszakże ograniczony. Dlatego postanowiłam coś zmienić.
Poza tym piosenka jest pełna energii i bardzo radosnych beatów, co dodatkowo podnosi jej walory. W dniu dzisiejszym przepełnia mnie energia i radosne ożywienie. Mimo gróźb, które pozwolę sobie przemilczeć :P (Żadnych piórek! Nie wolno mnie łaskotać! Nie dam się! Pomszczę... ;> )
Czeka mnie przesympatyczne spotkanie z dziewczynami i wspólne zakupy (zabójcze sandałki, nadchodzę!) Z całą pewnością odwiedzę również knajpeczkę vege-tege i zjem coś smakowitego w miłym towarzystwie. Popołudnie zapowiada się miło. :)
Na dobrą sprawę cały tydzień zapowiada się miło :)
Jutro w planach kolacja (w Latisanie mam nadzieję, bo marzę o ich gnocchi ;P)
W środę sushi z Wrednym Typem ;p (może się nie udławię surową rybą ;p A jeżeli tak, to wiecie kogo winić ;>)
We czwartek molestujemy się z Agusią :P
W piątek mam wieczór dla siebie - pazurrrrrrrki będziem robić! Zaplanowałam też kąpiel przy świecach wraz z pełnym słodyczy Mattem ;P
W sobotę ślub Czycha,. Obcałuję Młodą Parę, a potem mam nadzieję prosta droga na dworzec i spotkanie z Lwiczką. Wieczorem może piwko z Kudłatym, który nie tęskni, nie potrzebuje i jest mu wszystko jedno, chociaż może będzie mu smutno jak nie przyjadę. Może mi również będzie trochę smutno, ale life is brutal, a Justa is wredna. ;> W niedzielę powrót do domu i od poniedziałku cudowne szaleństwo przed kolejnym ślubem i weselem w następną sobotę i kolejnym za dwa tygodnie ;p
I zamierzam się wybawić, wytańczyc i wyszaleć :)

wtorek, 1 czerwca 2010

O w duszkę...

"Nie bądź złym człowiekiem, Justyna..."
Ostatnio słyszę te słowa dość często. Prawdę mówiąc już mi od nich słabo i bynajmniej nie jest to powalające uczucie ze względu na ich prawdziwość. Po prostu raczę się z nimi nie zgadzać.
Kudłaty chyba znów przechodzi fazę negowania swoich dobrych cech i zachowań. To męczy...

Nieco zabawnym wydaje się fakt iż mój przyjaciel uważa, że te złe cechy mogłabym od niego przejąć. Według niego zawsze powinnam być uśmiechnięta, radosna, miła dla ludzi... Cóż... Zna mnie chyba jednak zbyt krótko i nie miał możliwości dojrzeć całego repertuaru moich zachowań.
Ci, którzy przetrwali ze mną niejedną burzę mogą zaświadczyć, że jestem pamiętliwa, złośliwa, mściwa, bywam wredna i wyłazi ze mnie prawdziwa jędza. W dodatku z celnym żądłem. Jak osa. Od dźgania nie umieram....
Potrafię być wyrachowana i chłodna, gdy ktoś mnie zrani potrafię z dnia na dzień zmienić się z ciepłej miłej dziewczyny z sąsiedztwa w oschłą sukę, która gryzie dotkliwie.
Okresowo izoluję się od ludzi, gdy jestem nimi zmęczona i zaczynają mnie drażnić.
Sarkazm jest u mnie wrodzony, a nie nabyty, lecz nie szastam nim na lewo i prawo. Z pozoru jestem naiwna, w głębi duszy nieufna.
Jestem jak ogień i woda w jednym, diabeł i anioł obok siebie... Pełna sprzeczności...
Wbrew pozorom potrafię być subtelna, zmysłowa i uwodzicielska. Jeżeli chcę. A żebym chciała muszę mieć ku temu warunki. I motywację.
Gdy ktoś podważa moją wiarę w siebie i to co umiem, rodzi to opór i bunt. Oraz chęć udowodnienia komuś, że się myli. Jednak nigdy na tej osobie.

Żółw powiedział o mnie niegdyś, że jestem mało kobieca, nieseksowna i nie umiem flirtować. Wczoraj nieumiejętność prowokowania, a co za tym idzie flirtowania zasugerował mi ktoś inny. Było to o tyle przykre, że zrobił to ktoś bliski.
Poczułam się jak po kastracji i jakby mi powiedział, że nie umiem oddychać. Podobno prowokowanie wychodzi mi niespecjalnie bo robię to jedynie strojem. To prawie jak zarzucenie mi braku subtelności i zmysłowości. Prawie jak powiedzenie, że jedyne czym mogę zwrócić uwagę mężczyzny jest duży dekolt. Prawie jak pozbawienie mnie seksapilu.
O w duszkę...
Spojrzałam na siebie dzisiaj rano i powiedziałam do swego odbicia: Bzdura...
I od razu przypomniały mi się słowa, które kiedyś powiedziałam do Żółwia: To, że nie robię czegoś w Twoim towarzystwie nie oznacza, że nie posiadam tej umiejętności. Może po prostu nie odczuwam potrzeby korzystania z niej?
A Ty zastanów się dlaczego.

sobota, 29 maja 2010

One night stand...

Nie mogę się na niczym skoncentrować. Od kilku godzin ślęczę nad jednym zadaniem i nie mogę się zmusić do zakończenia go.
Palce same zawijają się w szpony i wędrują w okolice kolan. Mam ochotę rozryć sobie uda z nagromadzonej frustracji.
Udaję, że to co się dzieje wokół mnie nic mnie nie obchodzi ale to nieprawda. Szaleję z niepokoju i tyle...
कोचम गो इ जेस्तेम ज़ज्द्रोसना !
Tak po prostu.
Faza złości nadal mnie trzyma, ale powoli dosięga mnie zobojętnienie. Niedługo życie zatoczy krąg i zacznę znów wyłączać emocje dochodząc do wniosku, że nie są mi potrzebne. A potem zaczne wyłączać ludzi.
Jak po odejściu Maćka.
Czuję się zagubiona i zostawiona samej sobie. Jak zwykle. A jednocześnie wiem, ze nikomu nie powiedziałabym o tym co mnie frustruje w tej chwili.
Dlaczego?
Po pierwsze, bo to za bardzo osobiste.
Po drugie, bo to coś co nie powinno mieć miejsca.
Po trzecie, bo już mnie raz osądzono i nie dam osądzić się ponownie.
Mam ochotę wydrapać sobie सरके i wyrzucić je daleko. Chciałabym, żeby po prostu stało się zbędne i dało się wyłączyć. Jak mikser.
Czuję się tak jakbym zaraz miała eksplodować wrzaskiem.
Wypiszę to z siebie tu i teraz...
क्ज़ुजे सीए जक ज़बव्का व जेगो रेकाच। नी वीएम जुज़ सीओ रोबिक। स्ज़लेजे z ज़ज्द्रोस्की i मम ओचोते व्य्द्रपक सोबी ओच्ज्य बी नी ज़ेर्कक सीओ चवीला। सिएर्पिए गद्य नी ओद्पोविअद i मेच्ज़े सीए व्योब्रज़जक गो सोबी z इन्ना कोबिएता। नी पोविन्नाम टेगो क्ज़ुक, नी मम परवा, अ जेद्नक क्ज़ुजे। अबिएर्ज़्किए to ओदे मनी! बलगम... निएद्लुगो ओस्ज़लेजे जेज़ेली to सीए नी स्कोंच्ज्य। tak जक पोविएद्ज़िअलम ज्निकने। न ज़व्स्ज़े। i वीएम ज़े मिमो टेगो सीओ ओबिएक्य्वल, नी बेद्जिए मनी स्ज़ुकल। पो प्रोस्तु प्र्ज़ेज्द्जिए नाद टीम दो पोर्ज़ाद्कू द्ज़ेंनेगो बो ज्नुद्जोंय मना स्ज़ुका इन्न्य्च बोद्ज्कोव। माँ पुलिने॥ ओना व्य्स्तार्च्ज्य मु जा व्स्जय्स्तको। जा ब्य्लम त्य्ल्को च्विलोव्य्म प्र्ज़्य्स्तन्किएम्, z क्तोरेगो स्कोर्जय्स्तल, बो i क्ज़ेमु मिअल्ब्य नी...
त्य्ल्को द्लाच्ज़ेगो, दो कुर्वी नेद्ज्य to तक बोली????
नी मोगे सपक ओद किल्कू दनी बो गद्य त्य्ल्को ज़म्कने ओच्ज्य विडजे गो z इन्ना, अ विदोक तें दुसी मनी i ज़बिएरा ओद्देच। to प्रव्द्ज़िवे ज्नाच्ज़ेनिए कोस्ज्मारू, कटोरी मिअलम। to नी पुलिन मी जले जय्च्ज्य, to जा समां सीए द्रेच्ज़े। बज पोवोदु... बो गो कोचम जक ग्लुपिया! बो स्ज़लेजे z ज़ज्द्रोस्की! जक ग्लुपिया... बो वीएम ज़े दल निएगो to नी माँ ज्नाच्ज़ेनिया। बो वीएम, ज़े दल निएगो रोव्निए दोब्र्ज़े मोग्लाब्य्म नी इस्त्निएक। बो वीएम, ज़े नी जेस्तेम निकिम स्ज्च्ज़ेगोल्न्य्म।
दल निएगो...

piątek, 28 maja 2010

Chwilowe zwycięstwo i postępujące zniechęcenie...

Panna Melancholia czaiła się na mnie od kilku dni. Po przedwczorajszym koszmarze doszłam do wniosku, że ktoś mi naprawdę źle życzy. Wczoraj przynajmniej spałam...
Nic nie dzieje się bez przyczyny, nic nie dzieję się bez powodu, szczególnie w moim życiu.

Koszmar dopadł mnie przed Dniem Matki. Reaguję nań z każdym rokiem mniej histerycznie, mniej emocjonalnie. Panna Melancholia próbowała mnie zmusić do płaczu, ale jej nie wyszło. Pan Złośliwiec próbował mnie nastraszyć i zmusić do kolejnej bezsennej nocy, ale dzięki Ragowi udało się go wygnać w cholerę. Swoją drogą ten facet mnie zaskakuje. Mimo, ze gwałci statystykę jak ostatni zboczeniec :D

Dzisiaj dopadła mnie panna Melancholia... A zaraz za nią Kawaler Zniechęcenie.
W sumie nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy, ale życie zawsze nas zaskakuje. Jak to mówi Kudłaty: "Życia nie oszukasz"
Nienawidzę tych słó, ale prawdziwości im odmówić nie mogę.

Myślałam, że odniosłam zwycięstwo nad moją największą słabością. Myślałam, że w końcu będę mogła zatrzymać się na chwilę i odpocząć mając poczucie bezpieczeństwa i harmonii. Nie dane mi będzie...
Zwycięstwo było chwilowe, przez co smak porażki wyjątkowo gorzki. Ogarniają mnie wizje tysiąca prawdopodobnych scenariuszy, z których jeden wybija się na pierwszy plan podpierając się bolesną świadomością własnego realizmu. Wolałabym się nad nim nie zatrzymywać, ale to niemal niewykonalne, nie na tym etapie, nie w tej chwili....
Czuję narastające zniechęcenie do dalszej walki, do trzymania nerw na wodzy, do udawania, ze nic mnie nie obchodzi. Do stania obojętnie i z uśmiechem na twarzy pozwalania na kopanie mnie z każdą chwilą dotkliwiej.

Znów zapaliłam świece. Tym razem na noc zostawię wszystkie trzy. Na wszelki wypadek i dla spokoju serca. Tego samego, które trzepoce mi w piersi zniechęcone równie jak ja... Całokształtem, próbą sił i domysłami.

Chciałabym móc wstać, spojrzeć w lustro i ze śmiechem powiedzieć: Mam to w dupie.
Problem polega na tym, ze nie mam. Cholernie nie mam...

Panna Melancholia podśpiewuje się ze mnie w kącie. Mam ochotę rzucić w nią butem, ale akurat nie mam żadnego pod ręką.

Milczenie, takie milczenie, zuboża, oddala, odchudza serce. Jak nieobecność.

Wsłuchuję się w hang, bo on pomaga mi uspokoić rozżalone serce i wmawiać sobie, ze mało mnie obchodzi co się z Tobą dzieje i co robisz w tej właśnie chwili. Wmawiam sobie to wpatrując się w płomienie świec. Palą się prosto i równo. Będę jak one. Wyprostowana, spokojna, dumna i pewna swego. Niewzruszona. Niepowstrzymana.

I tylko gdzieś w środku zniechęcona na przyszłość....

niedziela, 9 maja 2010

Rozmowy kontrolowane!

Zostałam właśnie załatwiona!
Obfotografowana, uwieczniona w eterze taka jaką mnie stworzono... Skrzywiona, roześmiana, zdziwiona, zamyślona...
A wszystko przez skype.
Zacznę kontrolować moich rozmówców albo zepsuję kamerkę.
Nie wiedziałam, że podczas rozmowy stroję dziwne miny.
Teraz już wiem :D
Dostałam śmiechawki.

Ja jednak lubię śmiać się z siebie...

Poza tym dźwięki zespołu Keona wprawiają mnie w dobry nastrój.
Taki z ciepłym uśmiechem błyszczącym w oczach. Po prostu nie jestem w stanie tego opanować. Muzyka hangu wtapia się we mnie grając na strunach serca bez mojego udziału. Rozsiewa wokół ciepło, spokój i dziwną radość z tego, że jednak żyję....

piątek, 7 maja 2010

Potrzebujęoddechu...

Needtobreathe...


Cause I need more time
Just a few more months and we’ll be fine
So say what’s on your mind
Cause I can’t figure out just what’s inside

I hoped that you could understand
That this is not what I had planned
Please don’t worry now
It will turn around

Cause I need more time
Just a few more months and we’ll be fine
So say what’s on your mind
Cause I can’t figure out just what’s inside
So say alright
Cause I know we can make it if we try
Cause I need more time
Just a few more months and we’ll be fine


Jeszcze kilka miesięcy i będzie dobrze. W ten czy inny sposób.
Jeszcze kilka miesięcy i się pozbieram ze wszystkiego.

Dużo we mnie złości, dużo gniewu, dużo żalu. Po co?

Gdzieś z tyłu głowy nadal pokutuje myśl, że jednak jestem wybrakowana, jednak niepełna. Irracjonalna bzdura.

Zastanawiałam się czemu nie wierzę w słowa. Nie wierzę, mam je za puste. Dlaczego? Bo kiedyś słowa wsadziły mi nóż w serce i dopilnowały by ta rana nigdy nie została zapomniana. Dlatego nie chcę wierzyć w słowa więcej. Wolę czyny. Niech czyny świadczą o człowieku.
Tylko czy można ignorować słowa zupełnie? Czy przez to nie tracimy czegoś, coś nam nie umyka?

I bądź tu mądra, kobieto...

Potrzebuję oddechu.
Potrzebuję skrzeku mew o świcie.
Potrzebuję morskiej toni po horyzont.
Potrzebuję czasu...

czwartek, 6 maja 2010

Panna Melancholia dzisiaj usiadła na zapiecku obrażona faktem iż postanowiłam ją ignorować. Przesadza. Ja po prostu postanowiłam nie dać się wciągnąć jej roztrząsanie i dzielenie włosa na czworo. Gdyby miała ochotę zachowywać się jak normalny człowiek a nie rozhisteryzowana nastolatka, to z chęcią napiłabym się z nią herbaty i zagryzła ciasteczkiem imbirowym. Ale nie... ona ma swoje poglądy na życie. Niech więc sobie w dniu dzisiejszym siedzi na zapiecku i grzeje marudne ciałko. Ja wolę się krzątać śpiewając z The Pogues.
Opracowuję kolejny raport i robota pali mi się w rękach. Uśmiech nie złazi mi z gęby, co również mnie cieszy.
W ogóle wracam do pionu i chciałabym ten stan utrzymać jak najdłużej, ale nie mam wpływu na działanie jednostek aspołecznych, które dla własnej przyjemności będą próbowały wyprowadzić mnie z równowagi. Czy im się to uda to całkiem odmienna kwestia. Nie wątpię, że będą dokładali starań.

Na bezrybiu i rak ryba, więc chociaż moje ciało nadal domaga się tańca, a ja chwilowo nie mam możliwości zabezpieczyć tej potrzeby, to znalazłam alternatywę. Popołudnie będę spędzać z Agą na ćwiczeniach... Powinno się doskonalić swoje umiejętności prawda? Zapowiada się interesująco, bowiem tym razem na tapetę wzięłyśmy masaż... :-)))))))))))))))

środa, 5 maja 2010

Get off - hips don't lie...

Długi majowy weekend rzeczywiście był długi. Nawet nie ze względu na ilość dni,, po prostu ordynarnie mi się dłużył. Wlókł się w parze z paskudną atmosferą.
Nie myślałam, że kiedykolwiek to powiem: Źle się czułam w Dworczysku. Obca. Niechciana. Zupełnie jakbym przeszkadzała. W dodatku dostałam temperatury i okropnego kataru. Zarazki rozsiewane przez Krisa i Fokę dopadły najpierw mnie, a potem Zuzę.
Chłopcy mieli swój własny pogląd na całą imprezę i pobyt tam. Niechże ograniczę się do kilku słów: Piwo, piwo i rosyjski pornol.
Komentarz z mojej strony zbędny. Oczywiście panowie nie uprzyjemniali sobie pobytu jedynie filmami erotycznymi kategorii... hmmm.... setnej? Oprócz tego królowały filmy wojenne, filmy wojenne i Helikopter w ogniu. Który raz? Policzmy.... ...... 158?
Praktycznie cały czas było zimno i padało. Rozkosznie... Szczególnie dla kogoś, kto ma zapchany nos, ból gardła i temperaturę oscylującą koło 38 z hakiem. Dodajmy do tego kłopoty ze snem i mamy obraz w pełni.
Ale nie mogę spalić tego wyjazdu kompletnie.
Pozytywy?
- Świat i jego upodobanie do filmów trącących psychodelką. "The Wall" - świetny. "Jabłka Adama" - wyśmienity! "Trzeci" - wyborny!
- "Uwiedzenie sukuba" - nie skomentuję, ale uwagi po przeczytaniu przyprawiły mnie o ból szczęki ze śmiechu. Rzeczywiście niezwykle anatomiczne opowiadanie ;-P
- Rafaello - mmmmmmmmmmm.... moje uwielbienie dla migdałów stało się jeszcze silniejsze.
- Cięte T-shirty a'la lata '80 - zdecydowanie i absolutnie sexy ;-)
- Partyjka Carcassone.
- Cytrrrrrrrynówka :-DDD
- "Ty to jesteś prawie osiem zero" :-p Nie ma to jak młodnieć w oczach :-) Nie wiem, co jest z tym moim wiekiem, ale ludzie mają mnie za zdecydowanie młodszą. Nie powiem, żeby mnie to specjalnie martwiło.
- Zabawy umysłem.... Harmonia i spokój mają wiele barw. Ciepło przesyłane umysłem może przybrać wiele kształtów... (A wiesz, Kudłaty, że to też był odruch ludzki?)

Poza tym miło było usypiać z Kudłatym w słuchawce. Chciałoby się powiedzieć: Jak zwykle. A jednak nie. Jednak było jakoś tak inaczej... Może dlatego, że dalej, że inne miejsce...

To zadziwiające jak szybko można się przyzwyczaić do czyjejś obecności, nawet takiej milczącej... Bez niego trudno mi usnąć, bo wtedy jakby czegoś w tym moim usypianiu brakowało. Takie coś kompletnie nieokreślone. Dziwne...

*****

Wyjazd wyjazdem, skończył się i wróciła rzeczywistość.
Dzień na wariackich papierach ale w słuchawkach Prince i jego Get off.
Ocieka zmysłowością dźwięków i doskonale pasuje do mojego nastroju w dniu dzisiejszym. Wołodia miał rację, że humorzasta jestem i zmienna jak kalejdoskop. Dobrze mi z tym., przynajmniej w większości przypadków.
Nosi mnie i moje biodra do tańca.
Zamykam oczy...

Widzę szeroki pas z pończochami ze szwem, buty na obcasie i sukienkę subtelnie podkreślającą każdą krągłość.
Widzę roztrzepane, lekko falujące włosy i dłonie z wypielęgnowanymi paznokciami pomalowanymi lakierem w kolorze czerwonego wina.
Widzę kołyszące się biodra i palce sunące po czarnej satynie od pasa w dół, delikatnie wędrujące po udach aż do krawędzi sukienki w okolicy kolan.
Dłonie wygładzają marszczący się lekko materiał obciągając go w dół. Widzę ścianę, o którą można się oprzeć plecami w chwili, gdy złączone kolana uginają się nieco, na tyle by dłonie mogły musnąć je i oderwać się od ciała.
Widzę ręce rozpostarte i oparte na ścianie na wysokości bioder, przesuwające się po murze, gdy kobieta odrywa od niego plecy i kołysząc biodrami postępuje kilka kroków w przód.
Uda ocierają się o siebie, gdy powoli sunie przez pokój zmierzając w stronę siedzącego w skórzanym fotelu mężczyzny.
Dociera do niego i muska paznokciami jego szyję i kark.
Ugiętą lewą nogę unosi w górę, opierając stopę o podłokietnik fotela.
Dół sukienki podjeżdża w górę odsłaniając paski podtrzymujące pończochy. Ciemne zapinki odznaczają się od jej aksamitnej, jasnej skóry.
Mężczyzna pochyla się i ustami pieści jej seksowne kolano, palcami zaś podąża od kostki, wzdłuż łydki, w górę.....

Otwieram oczy.

Oddycham.

Uśmiecham się.

To po prostu moje majaki...

środa, 28 kwietnia 2010

Pachelbel i Márquez na dobranoc.

Wczorajsza noc była niemal bezsenna, lecz w żadnej mierze nie stracona. Czyż stracone mogą być chwile poświęcone na rozmowę i rozmyślania?

Jeden z rozdziałów mojego życia został zamknięty. Definitywnie pożegnałam Pana X. Czy żałuję? To nie jest odpowiednie słowo. Będę za nim tęsknić. Mocno i dotkliwie, lecz może tak jest lepiej. Wczoraj cała rozmowa napawała mnie niepokojem, dzisiaj przynosi lekkość w sercu.
Wiele rzeczy nabrało nowego wyrazu, nowego wymiaru. Stały się czytelniejsze, bardziej przejrzyste.

Dzisiaj się uśmiecham. W blasku świec, przy dźwiękach Pachelbela i Canon in D, wśród aromatu herbaty jaśminowej wszystko nabiera rumieńców.
Cieszę się, że mam przyjaciela. TAKIEGO przyjaciela.
Cieszę się, że myślę i moje myślenie może jeszcze prowadzić do dalszych refleksji.
Cieszę się, że mogę pomilczeć w ciszy.

Nie płaczę. Uśmiecham się łagodnie i spokojnie. To taki uśmiech, który zaczyna się w sercu i sięga oczu. Prawdziwy. Taki jakiego nie było we mnie od tygodni...

Uszanuję Twoją dzisiejszą niechęć do rozmowy.
Po prostu wiedz, że jestem i będę,. W ciszy ofiaruję wsparcie. W ciszy wezmę część bólu byś mógł znieść resztę. W ciszy poczekam aż wywalczysz drogę sam, bo walka jest Twoja. W ciszy podam Ci dłoń gdy jej zapragniesz.
Wierzę. Mocno wierzę. W Ciebie.

A wśród moich refleksji zrodzonych dziś w ciszy króluje myśl Marqueza:

"Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że ci się to przytrafiło."



wtorek, 27 kwietnia 2010

Więc jak mam spać....

Jak to dobrze, że skończył się już
Ten podły dzień, co mi Cię zabrał
(...)

Choć noc, choć mrok -
dla nas wszystko już jasne
Więc jak mam spać,
kiedy wiem, że nie zaśniesz
(...)

Ira - Bezsenni


****

Są słowa, które będę pamiętać długo. Nie wszystkie są miłe. Nie wszystkie sprawiedliwe... Duża część z nich bolesna.
Jak te dwa od Kudłatego.
Przetrawię je.

****

Zarzuciłeś mi, że staję się obca, oschła, daleka... A jaka, do diabła, mam być skoro ze mną nie rozmawiasz? Myślisz, że ja odbierałam Cię inaczej? Stałeś się chłodny i zdystansowany, trzymający mnie z dala.
Powiesz, że to przecież normalne bo zawsze taki byłeś? Bzdura...
Twój oddech, Twoje uśpione mlaskanie, rozmowy z Tobą dawały mi siłę. Tymczasem teraz czuję się tak jakby odjęto mi nogi i pozbawiono możliwości chodzenia. Oddechu pozbawiam się sama.

Przyznaję, że moja próba odizolowania się była głupia i kompletnie irracjonalna, ale nie wymagaj ode mnie działania jak robot: zawsze systematycznego, logicznego, uporządkowanego. Ja też mam prawo do chwili bajzlu w głowie. I gorszego dnia.
Nigdy nie powiedziałeś mi, że mnie nie zranisz. To fakt. A jednak mimo tego przeraźliwego strachu, że to zrobisz, ja w głębi serca nadal ufam.
Wiesz, że mógłbyś rozgnieść moje serce i dusze na pył. Jednym gestem. Jednym słowem. W nocy nieomal to zrobiłeś. A ja nieomal naprawdę odeszłam.... Następnym razem nie będę się upewniać. To nie jest groźba. To zwyczajne stwierdzenie. Następnym razem po prostu rozpadniesz mnie w pył i nie będzie powrotu. Po prostu.
Przeraża mnie to, że dopuściłam Cię do siebie tak szybko, że w ogóle Cię dopuściłam do siebie. Nie zwykłam tego robić, nie zwykłam ufać ludziom. A jednak z jakiś dziwacznych względów Tobie zaufałam i otworzyłam się przed Tobą bez granic. Przestraszyłam się. Wiesz o mnie niemal wszystko, znasz wszystkie słabe punkty. Przerażające jest to, co mógłbyś zrobić z tą wiedzą. Czasem robiąc coś, trudno nam się zatrzymać, mimo iż wiemy, ze to nie jest dobre, nie jest najlepsze i mamy nadzieję, że ktoś złapie nas za rękę, potrząśnie i powie: "Stój! Co ty, do cholery, robisz?!"

****

Czasem czuję się tak jakbym kroczyła prosto w przepaść.
Nie wiem czy będzie ktoś kto mnie zatrzyma...

****

Jedno zdanie i płaczę.
Jedno długie zdanie będące odpowiedzią na pytanie Wilczka.
Jedno zdanie, którego sklecenie zajęło mi chwilę.
Jedno zdanie, które określił jako piękne.
Jedno zdanie napisane na prośbę tego upartego Sierściucha....
Futrzaka, z którym rozmowy nigdy nie są banalne.
Wilczka, który lubi zadawać trudne pytania.
Szarego, który dysponuje niezłomną siłą ducha.
Tego samego, który jak wariat zjeżdżał z góry bez hamulców.
Miękkofutrzanego, który zawsze celnym słowem sprawiał, że uśmiechałam się mimo łez.
Wyję.
Ja już nie płaczę, ja wyję.
Z uśmiechem.
I lżejszym sercem.

Pełnia dzisiaj...

niedziela, 25 kwietnia 2010

Krótki weekend....


Piątkowy wieczór upłynął w miłym towarzystwie Raga i Drida oraz sesją na bazie Kinga. Wszystko byłoby pięknie gdybym przez cukierki toffi, minę Grzesia oraz potwora Raga nie dostała głupawki. Ragowa mimika i coś na kształt: "Grrrrrrrrr" rozwaliło mnie i zaliczyłam atak śmiechu. Powtarzalny...
Mimo wszystko zaliczam noc do szalenie udanych :)
Po powrocie zaliczyłam długą rozmowę z T. On naprawdę jest jak mój starszy brat. I to troskliwy. Naprostował mnie trochę. Co prawda uświadomił mi kilka niezbyt zabawnych rzeczy ale dzięki mu za to i tak.
Perspektywa i świadomość tego, że jestem dobrą przyjaciółką, taką z którą się dobrze rozmawia, dobrze bawi i której można się wyżalić w każdym momencie, taką która jest zawsze wtedy gdy potrzeba, jest w zasadzie bardzo miła. Jednak nie wówczas gdy sobie człowiek uświadomi, że tej przyjaciółki nigdy nie zaprosi się do domu na herbatę. Oczywiście to symboliczne ujęcie, ale nawet oddaje to o czym rozmawialiśmy z T. Nie jestem tym typem przyjaciółki, którą zaprasza się na imprezy albo na wypad za miasto. Od tego są przecież inni. To przykre, ale nie powinnam mieć wielkich problemów z zaakceptowaniem tego. Przykrość się chwilę utrzyma i zniknie.
Poza tym przypomniałam sobie skąd u mnie ten brak zaufania i trudności z mówieniem o tym co naprawdę czuję. Trudno pokonać niemal trzynastoletnie przyzwyczajenie.
T. zastosował terapię szokową i najzwyczajniej w świecie nawrzeszczał na mnie za chęć ucieczki i ponownego zagrzebania głowy w piasek. Na szczęście siedzi w tej swojej Kalifornii i nie może zmyć mi łba ani sprać na kwaśne jabłko. Nie wątpię by to zrobił, gdyby był bliżej.
Kazał mi się ubrać i wyjść do ludzi. Dobrze, że nie widział mojej miny.

Jednak wyszłam.
O dziwo przygotowania do sobotniego wyjścia sprawiły mi przyjemność. Nie ma to jak poczuć się kobieco.... Pas do pończoch, pończochy ze szwem, buty na obcasie i kiecka.... A potem w miasto. Spotkanie z Mru okazało się zbawieniem i ocaleniem resztek mojej godności. Wizyta w HRC (mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr) zaowocowała późnym powrotem do domu w niezłym humorze i z lekko szumiącą główką. Ale czasem i takie coś jest potrzebne. Powiesiłyśmy psy na tym na kim trzeba było, dogadałyśmy szczegóły wyjazdu na sierpniowy festiwal i spiłyśmy nieco Adasia. Powspominałyśmy dobre czasy XR oraz wybryki Di i Amry. Adasia nie widziałam całe wieki, więc spotkanie z nim było niebywałą przyjemnością. Niewątpliwie to nadal mój ulubieniec ;) Niestety nieszczęsny odważył się ze mną założyć o przekonanie, że moja osobowość go nie przestraszy., Obie z Mru wybuchnęłyśmy mrocznym śmiechem, obie doskonale wiemy bowiem, że bywam przerażająca....

Niedziela upłynęła spokojnie. Odwiedziny u rodziców wyciszyły mnie dziwnie. Mała Sońka (najnowszy domownik - czyt. szczeniara jamnikowata) okazała się przylepą nie z tej ziemi, która za najlepsze miejsce do spania uznała balkonik z mego biustu i z upodobaniem wciskała maleńki nosek w moją szyję. To było zabawne. Czas upłynął nawet nie wiem kiedy.
Szkoda że już poniedziałek, bo nie chce mi się ani iść do pracy ani wychodzić z domu.
Widocznie taki głupi czas nastał...

piątek, 23 kwietnia 2010

Słów kilka o zrozumieniu kobiet...


"Między kobiecym tak i nie zaledwie koniec igły zmieścić się może."

/ Miguel de Cervantes /


Onegdaj usłyszałam, że pojąć kobietę może jedynie kobieta i muszę przyznać, że w pierwszej chwili zaśmiałam się z tej, jak mi się zdawało, jawnej bzdury. Jednak ostatnie zdarzenia przywołały to twierdzenie i zamyśliłam się nad nim nieco. Otóż faktycznie, pewne aspekty naszej kobiecej natury może poznać jedynie kobieta. Mężczyźni posiedli pewien dar sprawiania, że kobiety dzięki nim czują się albo piękne i wyjątkowe albo wręcz przeciwnie - zrównują się niemal z ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego...
A wszystko jednym słowem.
Właściwie zlepkiem słów.
Zdaniem.
Często nawet tym samym.
Są słowa, których nadużywanie nigdy nie grozi. To komplementy...
Kobiety chcą czuć się wyjątkowo. I nie jest ważne czy mowa o siostrze, matce, ciotce, żonie czy kochance. Nawet najlepsza przyjaciółka, która jest kobietą, potrzebuje komplementów. One sprawiają, że kobieta czuje się zauważana, piękna, doceniana. Miło jej słyszeć, że ładnie wygląda, że ma śliczny uśmiech, że w jej towarzystwie spędza się dobrze czas. Choćby chodziło o jedzenie chipsów, oglądanie głupawego filmu czy puszczanie kaczek z mostu. Miło jej słyszeć od czasu do czasu, że chętnie ktoś zrobi coś po jej myśli, że to ona decyduje. Ale...
Gdy zbyt często słyszy: "Jak chcesz", "Ty zdecyduj", "Jak wolisz", wówczas w jej główce zapala się czerwona lampeczka. Bo czyż te słowa powtarzane zbyt często nie świadczą o tym, że ktoś się nie angażuje zbytnio, że w zasadzie zwala nam na głowę podjęcie decyzji? A uchowaj Boże, dodać przy tym jeszcze: "Mnie to nie przeszkadza". Oj, kłopot gotowy. Kobieta bowiem przetworzy to sobie jako: "Mnie jest obojętne. Zrób co chcesz, bo mi to wisi". To zniechęca i boli.
Kobiety potrzebują by być wysłuchane, a gdy mówią chcą mieć pewność, że nie prowadzą bezsensownego monologu. Chcą by je wysłuchać, przytulić, pogłaskać po ręku i przez chwilę dać im poczucie, ze nie są same. Nie potrzebują rad i rozwiązania problemu, gdyby bowiem tego właśnie oczekiwały, z całą pewnością by padło pytanie: "Co mam z tym zrobić?" Większość mężczyzn na takie wyrzucone emocje natychmiast szuka rozwiązania i podaje je na srebrnej tacy, z dumą wypisaną na twarzy. Przecież właśnie uratowali tę biedną kobietę...
Bzdura! Właśnie pokazali tej zmęczonej kobiecie, w której kłębi się frustracja, iż są przekonani o tym, że ona sama by sobie nie poradziła z daną sytuacją.
Cóż, drogi mężczyzno, strzał we własną stopę byłby mniej katastrofalny i bolesny w skutkach. Właśnie sprawiłeś, że Twoja żona, siostra, dziewczyna, najlepsza przyjaciółka poczuła się niedoceniona. Nie daj Boże jeżeli uczyniłeś to w okresie chronionym (czyt. menstruacja, ciąża i menopauza). Wtedy katastrofa gotowa i zapewniona na najbliższe kilka dni. Weź to pod uwagę drogi panie i wpisz sobie w grafik powiedzenie kobiecie kilku miłych słów. Dzięki nim poczuje się ona zdecydowanie lepiej, a te kilka zgłosek może rozjaśnić jej dzień. I sprawić, że doceniona sama skomplementuje Ciebie. A Ty przecież lubisz słyszeć, że jesteś ważny, mądry i wspaniały, nieprawdaż?

czwartek, 22 kwietnia 2010

Rozpoczęłam sezon na misia...


















...It's time to forget about the past
To wash away what happened last
Hide behind an empty face
Don't ask too much, just say
'Cause this is just a game

Everyone's looking at me
I'm running around in circles, baby
A quiet desperation's building higher
I've got to remember this is just a game...

/30 stm - Beautiful lie /

Wzbiera we mnie krzyk. Bezgłośny. Silny. Rozrywający od środka.
Nie mówię o tym, bo i po co?
Nie mogłam spać. Znów męczył mnie koszmar. Byłam zamknięta w małym przezroczystym pudełku i brakowało mi oddechu. Słyszałam głosy na zewnątrz, więc myślałam, że ktoś chce mnie uratować... A on tylko oparł się o nie wygodnie i patrzył jak opadam na dno. Z uśmiechem patrzył jak się duszę... Ktoś. Bez twarzy, a jednak wiedziałam, że się uśmiecha.
Źle się czuję wpychając tam gdzie mnie nie chcą. Ostatnio źle mi wszędzie... U siebie, u innych...
Niby się uśmiecham, niby mówię, że jest w porządku, ale w głębi serca chciałabym przestać oddychać. Tak sama z siebie. W jednej chwili. Z nikim nie rozmawiam na ten temat. Dlaczego? Nikt nie pyta. Udaje mi się zbywać ich zwykłym: "Ciężki dzień, zmęczona jestem". A w środku wszystko wyje i krzyczy. Maskuję uśmiechem wzbierające łzy i pierwszy raz cieszę się, że nosze okulary. Zza szkieł nie widać zawilgoconych oczu. Dławię ten bezgłośny krzyk pilnując by nic nie wydostało się na zewnątrz. Jak Cerber bram Hadesu.
Pan X pytał jak z K. Co miałam powiedzieć? Szczególnie teraz, gdy wszystko się zaciera. Serce pękło mi w nocy a rano zostało pogrzebane. Oczywiście powiedziałam, że z K. jest lepiej, w porządku. Przecież jest. Nie skłamałam. Jest lepiej. Ale czy lepiej znaczy dobrze? Czy lepiej znaczy super? Lepiej znaczy dokładnie to co znaczy: lepiej niż było. Oznacza poprawę. Jednak dy było tragicznie lub katastrofalnie czy można powiedzieć, że lepiej znaczy dobrze? Nie bardzo. Lepiej w takim przypadku znaczy, że jest nieco mniej źle. Nic więcej. Nie mam złudzeń, że wrócimy do tego co było na początku. Zbyt dużo pokutuje między nami bólu, zbyt dużo wzajemnych blizn, zbyt mocno pamiętam. Czasem nienawidzę tej swojej pamięci i nęci mnie perspektywa elektrowstrząsów. Może gdyby wymazali mi pamięć możliwe byłoby bym znów czuła się naprawdę szczęśliwa. Może zapomniałabym ostre i celne słowa, które jak nóż, wbiły mi się w serce. Może nauczyłabym się żyć bez seksu, bo temperament by mi się zmniejszył. Może zapomniałabym... Może byłabym inna.... Jak czysta biała karta, którą można zapisać po swojemu. Tylko czy wówczas byłabym sobą?
Ogarnia mnie przerażenie, które osacza mnie i zaciska macki na moim ciele. Moje własne nigdy niekończące się więzienie tego co mogę i co powinnam, tego co muszę i czego się ode mnie oczekuje. Więzienie złożone z cudzych pragnień i potrzeb. A gdzie miejsce na moje?
Niektórzy potrzebują mnie na wyłączność, innym wystarczy kilka chwil przed snem. A czy ktoś z nich pomyślał chociaż przez chwilę o tym czego potrzebuję ja? Czy ktoś o to zapytał?
Ja potrzebuję czasem nabrać oddechu, takiego który nie boli. Czasem potrzebuję porozmawiać, a nie prowadzić monolog. Monologi mogę przeprowadzać patrząc w lustro albo płomień świeczki. Czasem potrzebuję ludzi, którzy są jak powiew wiatru, świeżego, ożywczego, kojącego. Czasem czyjeś milczące towarzystwo, gdy tylko trzyma mnie za rękę, pozwala mi złapać równowagę, wyciszyć się. Nie... Sądząc po zachowaniu i tym co mówią, nikt o tym nie pomyślał, nikt się nie zastanawiał. Świadomość tego boli. I rodzi niemy krzyk buntu.
Czuję się jak narzędzie, za pomocą, którego zaspokajają braki w swoim życiu. Nigdy nie traktowałam ludzi przedmiotowo i trudno mi pogodzić się z faktem, że ktoś w ten sposób może postrzegać mnie. Jak szczotkę, którą niepotrzebną chowa się do szafy.
Wycofuję się. Powoli się wycofuję bojąc się, że mnie zranią tym razem zbyt mocno. Wołodia miał rację, że jestem ostrożna i brak mi zaufania. Może to wynika z moich doświadczeń, a może z asekuranckiej natury. Czort wie... Nie było zbyt wiele osób, którym dotąd zaufałam. Bezgranicznie jedynie dwóm. Ta statystyka przeraża mnie samą.
Ufam. Obecnie ufam, ale to zaufanie sprawia, ze ciągle czuję się zagrożona. Taki odruch bezwarunkowy. Jak z psem, którego przez lata bito, gdy tylko podszedł. Taki pies będzie się kulił i uciekał na widok każdej wyciągniętej ręki. Nawet tej, którą ktoś chce go pogłaskać.

Rozpoczęłam sezon na misia. Moja przytulna jaskinia woła mnie gwarantując bezpieczeństwo. Wiem, że idzie wiosna, a na wiosnę miśki wychodzą na świat. Ja się chowam,  ale widocznie dziwny ze mnie niedźwiedź. Tchórzliwy nieco, pamiętliwy i zbyt wrażliwy.
 
Nie lubię samotności, lecz jak trwoga to do Boga, jak to mówią. Gdy jest mi źle uciekam. Daleko od ludzi, daleko od wszystkiego... Jak teraz... mam ochotę zwinąć się w kłębek i milczeć. Z Jaredem w słuchawkach, bowiem on jeden jakoś umie stłumić wszystkie myśli kotłujące się w nadmiarze. Kiedyś takim remedium był oddech Kudłatego, ale przestał... Dlaczego? Bo się boję. Staram się uciec, odzwyczaić się. Bo co zrobię gdy go zabraknie? Gdy odejdzie? Zniknie? 

Boję się kolejnej wizyty u Lwiczki i Kudłatego. Wszystko teraz jest inne. Chciałabym by było takie samo, ale jest inne... Nie chcę pamiętać tej ostatniej  wizyty. Boli mnie. Od początku do końca. Boli mnie każda jej sekunda, w szczególności te, które miały dać wytchnienie i przynieść ukojenie. Czy ja mam jakieś oczekiwania? W stosunku do tych chwil nie miałam żadnych. Zamieniły się w koszmar na jawie, który samym swom wspomnieniem wywołuje łzy. Chyba dawno nie czułam się tak samotna i odepchnięta, ale przecież nie będę  o tym mówić żadnemu z nich. Czasem lepiej nie używac słów...

Jednocześnie rozpaczliwie pragnę, żeby ktoś potrzymał mnie za rękę. 

Ktoś...

środa, 21 kwietnia 2010

Nie wierzę w nic...



I believe in nothing,

not the end and not the start
I believe in nothing,
not the earth and not the stars
I believe in nothing,
not the day and not the dark
I believe in nothing
but the beating of our hearts


I believe in nothing

100 suns until we part
I believe in nothing
not in satan, not in god
I believe in nothing,
not in peace and not in war
I believe in nothïng
but the truth of who we are

/30 STM - 100 suns/

Cisza.
Głos Jareda odbija się o ścianki czaszki.
Cisza.
Sto słońc... w kółko.
Cisza....
Powietrze opada mi mgiełką na twarz.
Cisza...
Zasypiam...
Cisza.
Jared w słuchawkach.
Cisza.
Powoli....
Cisza
Śnię bez Ciebie...
Cisza...

Oddycham...

Bez oddechu...

"I can't figure out
Is anybody out there?
All the things you scream about
Do you think of just yourself?
I'm going to start by taking back
So sick of sharing my air
All the trust you shouldn't have
'Cause I can't breathe anymore!"


Boli. Boli gdy wciągam powietrze w płuca. Boli gdy oddycham, więc staram się tego nie robić.

Świat nabiera innych barw. To zadziwiające jak wyraźnie czasem widać pewne rzeczy. Jest taki moment, że widzi się wszystko tak wyraźnie jak za pierwszym razem, kontury są ostre... aż kłują w oczy. A potem zachodzi mgła, barwna, kontury rozmywają się zamieniając w kolorowe plamy....

To zadziwiające jak brak tlenu zmienia nam sposób postrzegania świata.

Nie oddycham....
Wydłużając chwilę bez oddechu co raz bardziej.

Nie oddycham....
Oddech pali mnie w płucach.

Nie oddycham...
Bez powietrza nie czuję cierpienia.

Nie oddycham...
Czy mogę tak zostać?

wtorek, 20 kwietnia 2010

Gdybym nie istniała...

"Why do you come here, when you know I've got troubles enough?
Why do you call me, when you know I can't answer the phone?
And make me lie when I don't want to,
And make someone else some kind of an unknowing fool?
Make me stay when I should not?
If you're so strong then resolve the weakness in me.
Why do you come here, and pretend to be just passing by?
I need to see you - I need to hold you - tightly.(...)"

/J. Armatrading - The Weakness in Me/


Ostatnio się czuję jakby życie nie uciekało mi między palcami, ono spada na mnie lawiną i wbija w ziemię.
Czegokolwiek się nie tknę, zawalam w całości. Prywatnie, bo zawodowo kwitnę.
Dochodzę do wniosku, że powinnam uciec od ludzi zanim kogoś skrzywdzę.
Kristof i Aggie byli zgodni w jednym: przywiązuję do siebie ludzi.
Do cholery, ja nie chcę! Nie wiem jak to robię, nie chcę tego! Tak samo jak nie chcę przywiązywać się do nich. A robię to. W sposób zatrważający mnie samą. Angażuję się w ich życia i cierpię, raniąc ich przy tym. Nie chcę nikogo ranić, bo to sprawia, że nienawidzę sama siebie. Za ból, który sprawiam. I za ból, którym oni obdarzają mnie...
I w tym wszystkim zapominam o sobie. Oddaję im całą siebie a potem patrzę jak wyrzucają mnie do kosza, gdy moja obecność staje się zbędna. Gramolę się z tego kosza o własnych siłach, ledwie żywa i wynoszę z tego nic. Kompletnie nic. Bo następnym razem popełniam ten sam błąd. Angażuję się. I just really do care.

Po co? Dlaczego?

Masochizm.. To musi być masochizm, bo co innego?
Staram się nie urazić nikogo, nie przysporzyć mu cierpienia i na nic się to zdaje. Bo ludzie cierpią.
Powinnam otoczyć się murem. Być przyjacielem dla ludzi, lecz nikogo nie dopuszczać do siebie. Czy to w ogóle jest wykonalne?

Zostanę sama. Wybiorę własne cierpienie w zaciszu pustelni i samotność. Tę znienawidzoną. Tę, która mnie przeraża. Zatrzasnę serce i nie dam nikomu się dotknąć. O ile będę w stanie. Chciałabym. Czasem naprawdę bym chciała to umieć. Tylko, że ja kocham tych ludzi. Słysząc, ze ich ranię moje serce rozpada się na miliony małych kawałków. Jak James.
Mam ochotę zapalić.
Pierwszy raz w życiu.
Złapać za papierosa i zaciągnąć się głęboko by dym wypełnił mi płuca. A potem przestać oddychać.
Właściwie tym nie muszę się przejmować, bo brakuje mi tchu.

Ponura odeszła. Uznała, że ją porzuciłam, odwróciłam się od niej. Przyznaję, że nie miałam dla niej zbyt wiele czasu ostatnio. Głównie ze względu na pracę i to co się działo w tym popieprzonym trójkącie: ja, Lwiczka i Kudłaty. Mogła czuć się odepchnięta. Nie chciałam tego. Nadal jest dla mnie ważna tak mocno jak była. Nie da się wrócić czasu, a chciałabym...

Lwiczka odejdzie. Wiem to. Czuję. Właściwie już odeszła. W chwili, gdy pierwszy raz zareagowała złością na moją przyjaźń z Kudłatym. W tym momencie postanowiła odłączyć się. Dlaczego nie mogę przyjaźnić się z nimi obojgiem? Dlaczego nie możemy wypracować sobie własnego kodu, własnego języka... Dlaczego muszą się wkradać wzajemne pretensje. To boli. Lwiczka powiedziała, że ją ranię, że czuje się odstawiona na boczny tor. Zawsze starałam się jakoś zrównoważyć to wszystko, czas jaki poświęcałam i jednemu i drugiemu. Tu co prawda chodzi bardziej o czas jaki Kudłaty poświęca na kontakt ze mną, przynajmniej w moim odczuciu.

Kudłaty odejdzie. Prędzej czy później odejdzie. Już same jego pytanie, które zadał ostatnio ... Jak myślisz kiedy nasza przyjaźń się skończy? Kiedy skończy się szczerość? Stawianie takich pytań świadczy o tym, że się o takim obrocie sprawy myśli. Ja nie myślałam do tej pory, nie rozważałam tego, nie zastanawiałam się. Było to dla mnie coś kompletnie poza możliwością poznania. Jakże mogłabym nie być szczera? Jak mogłabym się nie przyjaźnić? Po tym pytaniu zaczęłam się zastanawiać. Kiedy się skończy? Nie wiem, lecz wiem co nastanie później. Pustka. W moim życiu...

Gdy kończy się szczerość, zaczyna się samotność.
Moze ja po prostu jestem jednostką aspołeczną i złym człowiekiem? Takim, który najpierw przytłacza ludzi samym sobą aż do zamęczenia, a potem wczepia się jak rzep i trzeba odrywać go od siebie by w końcu odetchnąć... Może powinnam się sama zdecydować na samotność i odizolować od ludzi? Dla ich i własnego bezpieczeństwa emocjonalnego.

Lwiczka i Kudłaty mają dziś rozmawiać. Dobrze. Chociaż moja fatalistyczna część natury krzyczy, że dostanę efektem tej rozmowy jak kulą armatnią. Chociaż rykoszetem.
Nie będę się wtrącać. Nie będę dawać rad i wysnuwać wniosków.
Będę milczeć. Wszyscy na tym skorzystają jak mniemam.

Boję się.
Jestem przerażona.
Samą sobą. Tym życiem, które na mnie spada. Świadomością, że ranię i krzywdzę tych, którzy są mi najbliżsi. Zaczynam myśleć, że dla nich byłoby lepiej gdyby mnie nie poznali. Byli by szczęśliwsi bez balastu jaki ze sobą niosę.
Gdybym nie istniała...

Może powinnam?


czwartek, 15 kwietnia 2010

Wyciągnę rękę o jeden raz więcej niż Ty ją odtrącisz...


Chciałabym pomóc, lecz nie wiem czy umiem.

Nie mogę rozwiązać problemów za Ciebie, nie mogę podejmować za Ciebie decyzji, nie mogę określić, co jest dla Ciebie ważne. To musisz zrobić sam.

Jedyne co mogę to stać obok i pomagać Ci wstać ilekroć upadniesz.
Mogę słuchać, ciągle, w kółko, bez przerwy. Mogę słuchać tak długo jak długo będziesz mówił, tak długo jak mi pozwolisz. Mogę doradzić, jeżeli tego będziesz chciał, lecz nie wcześniej. Mogę trzymać Cię za rękę i czekać aż uśniesz. Mogę po prostu być, cicha, niepozorna, ale obecna. Mogę pójść z Tobą na spacer. Taki bez słów, wśród kasztanów albo dębów. Mogę nauczyć Cię jak przytulać się do brzóz by szeptami ukoiły rozedrgany umysł. Mogę bezgłośnym słowem przypomnieć, że nie jesteś sam. Mogę podać Ci dłoń w chwilę po tym jak ją odtrącisz. Mogę stać z Tobą ramię w ramię nawet jeżeli się z Tobą nie zgadzam. Mogę odbierać Twój telefon w środku nocy by usłyszeć, że chcesz pomilczeć. Mogę...
Mogę tylko tyle...

Chcę...

niedziela, 11 kwietnia 2010

[*]

Nadal nie umiem się otrząsnąć z tego co się stało.
Nadal nie dociera to do mnie w pełni druzgocącej świadomości.

Straszna tragedia dotknęła nasz naród. Nikt nie spodziewałsię, nikt nie pomyślał nawet, że czeka nas coś takiego. Prezydencki samolot Tupolew 154-m rozbił się w smoleńskim lesie. Nieopodal Katynia. Na pokładzie było 96 osób. Nikt nie przeżył. Były wśród nich najwyższe osobistości w państwie, w tym para prezydencka, ministrowie, zwierzchnictwo sił zbrojnych, byli także Ci mniej znani, dla wielu z nas wręcz anonimowi. Lecieli do Katynia na 70. rocznicę zbrodni na polskich oficerach. O godzinie 8.56 czasu polskiego samolot, przy bardzo gęstej mgle próbował wylądować na starym, fatalnym lotnisku wojskowym w Smoleńsku.
Nie jest istotne rozważanie dlaczego zdecydowali się tam lądowac. To jak płakanie nad rozlanym mlekiem, wybaczcie to mało stosowne porównanie.
Zastanawia mnie jedno, dlaczego najważniejsze osobistości państwa leciały tym samym samolotem. Jak powiedział jeden z komentujących tę tragedię Roman Polko „ Aż się prosiło o coś złego”. Jestem tego samego zdania. Nie wkłada się wszystkich jajek do jednego koszyka... Powinno lecieć kilka mniejszych samolotów. Nauczyłam się dmuchać na zimne...

Dlaczego nie wyciągnięto wniosków po wypadku polskich żołnierzy i oficerów sprzed roku? Wówczas także zginęli wysokiej rangi żołnierze.Wówczas też lecieli jednym samolotem…

Wczoraj była wigilia Miłosierdzia Bożego. Pięć lat temu, w sobotę 2 kwietnia, zmarł nasz największy Polak - Papież Jan Paweł II… Wtedy też była wigilia Miłosierdzia Bożego. Do tego wczoraj przypadała 70. rocznica zabicia polskich oficerów przez NKWD w Katyniu. Pasażerowie Tupolewa zginęli w lesie, niedaleko miejsca mordu katyńskiego.

Tak wiele symboli, tak wiele znaków, co to może znaczyć? Wielokrotnie słyszałam stwierdzenia, że jesteśmy narodem wybranym, dlatego Bóg nas ciągle doświadcza. Denerwuje mnie fakt, że w złych chwilach zwala się wszystko na Boga, niejednokrotnie zapominając o nim w chwilach dobrych. Może powinniśmy zastanowić się co Ten na górze chce nam przez tę tragedię powiedzieć.

Wszyscy pamiętamy niedawne dyskusje premiera i prezydenta, których tematem był samolot. Kłócili się o to który z nich ma polecieć do Brukseli. Wtedy wydawało się to irytująco śmieszne. Jak dla mnie to był pierwszy znak, że stanie się coś co na zawsze zmieni nasze zapatrywania na ten środek transportu. Teraz stał się symbolem cierpienia i bólu naszego społeczeństwa.

Chciałabym wierzyć, że natchnieni ostatnimi tragicznymi wydarzeniami politycy, przestaną się kłócić a zajmą się sprawami naprawdę ważnymi. Jestem jednak realistką i mój pragmatyzm zbyt mocno daje o sobie znać. Bardziej niestety skłaniam sie ku twierdzeniu, że tragedia zostanie wykorzystana i zbezczeszczona brudną grą polityczną.

Dokładnie tak jak wykorzystywano śmierć Jana Pawła II przed pięcioma laty.

Ci, którzy odeszli mają teraz lekkie serca, cieszą się towarzystwem tych, którzy odeszli przed nimi. I tylko nam , na ziemi, z ciężkim sercem przychodzi pogodzenie się z faktem, że ich już nie będzie...

Cześć ich pamięci.

sobota, 10 kwietnia 2010

Guziki

Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie

są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychwstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las

tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów

/Z. Herbert/

Dziś nie trzeba więcej słów. Słowo - to wiele, ale milczenie - to wszystko....

Milczę z tymi, którzy odeszli [*]

sobota, 3 kwietnia 2010

...

Masochistka....

Pieprzona masochistka emocjonalna ze mnie...

Powinnam sama siebie kopnąć w dupsko. Nic dziwnego, że ludzie mnie ranią skoro sama im daję ku temu sposobność. Ba! Zachęcam ich do tego.
Odsłaniam się i sama wskazuję im czułe punkty.

Pieprzona masochistka.

Na każdą dzisiejszą łzę i cierń bólu zapracowałam sama. Daję się wciągać w ich i nie umiem się odciąć. Serce mi pęka, a nadal patrzę jak pastwią się nade mną w swojej bezmyślnej nieświadomości.

Niknę... Nic nie jest takie jak było. Już od dawna. Rozsypuję się i z każdym dniem mnie mniej. Nie widzą tego. Nie chcą widzieć. Tak jest prościej, lepiej, ładniej... Nie widzieć..

Patrzę załzawionymi oczami jak rwą mi serce rozpalonymi szczypcami ignorancji i uśmiecham się, bo przecież nie pokażę im swojego bólu, nie pokażę cierpienia. Wstydzę się. Boję się. Odgradzam się.

Nieuchronne zbliża się wielkimi krokami. Wiem, że mnie to zniszczy. Jednym słowem, jednym spotkaniem, jednym gestem. Zmiecie z powierzchni w sposób absolutny. Taki, po którym się nie podniosę. Płaczę, drżę, lękam się, ale nie ruszam się z miejsca.

Trzy rzeczy w życiu przychodzą niezapowiedziane i są nie do opanowania: strach, zazdrość i miłość. We mnie kotłują się wszystkie na raz.

Dlaczego nie idę? Dlaczego nie odchodzę? Dlaczego nie znikam?
Stoję jak słup soli, chociaż wiem, że to co nadchodzi zetrze mnie na proch i odbierze mi duszę.

Masochistka emocjonalna...

Powinnam uciec...

czwartek, 1 kwietnia 2010

Nie cierpię...

"I hate the way you talk to me,
And the way you cut your hair.
I hate the way you drive my car.
I hate it when you stare.
I hate your big dumb combat boots,
And the way you read my mind.
I hate you so much it makes me sick,
It even makes me rhyme.
I hate the way you're always right.
I hate it when you lie.
I hate the way you make me laugh,
Even worse when you make me cry.
I hate it when you're not around,
And the fact that you didn't call.
But mostly I hate the way I don't hate you,
Not even close,
Not even a little bit,
Not even at all."


Dzisiaj znów oglądałam "10 things I hate about you". Australijski akcent Heatha przyprawia mnie o ciarki i dreszcze. Ciągle... Zamykam oczy i słyszę głos. Nie Heatha. Ten inny. Przyprawiający mnie o podobne ciarki, mimo braku australijskiego akcentu. Otwieram oczy, a jego jak nie było tak nie ma. Ciężkie jest życie, nieprawdaż?
Niemniej jednak chciałabym zadedykować mu ten przewrotny wiersz.
Dlaczego?
Z tego samego powodu, dla którego tyle razy mówiłam mu: Nie cierpię Cię.
Równie przewrotnie.
Z powodu, dla którego trudno mi usnąć bez jego "Dobranoc", dziwnie się czuję bez "Dzień dobry", a dzień bez kilku zamienionych słów wydaje się dziwnie pusty.

Panie X... ja nadal Pana nie cierpię... :)

środa, 31 marca 2010

Na pamięć: 21 Guns

Do you know what's worth fighting for
When it's not worth dying for?
Does it take your breath away
And you feel yourself suffocating?
Does the pain weigh out the pride?
And you look for a place to hide?
Did someone break your heart inside?
You're in ruins

One, 21 guns
Lay down your arms
Give up the fight
One, 21 guns
Throw up your arms into the sky
You and I

When you're at the end of the road
And you lost all sense of control
And your thoughts have taken their toll
When your mind breaks the spirit of your soul
Your faith walks on broken glass
And the hangover doesn't pass
Nothing's ever built to last
You're in ruins

One, 21 guns
Lay down your arms
Give up the fight
One, 21 guns
Throw up your arms into the sky
You and I

Did you try to live on your own
When you burned down the house and home?
Did you stand too close to the fire?
Like a liar looking for forgiveness from a stone

When it's time to live and let die
And you can't get another try
Something inside this heart has died
You're in ruins

One, 21 guns
Lay down your arms
Give up the fight
One, 21 guns
Throw up your arms into the sky

One, 21 guns
Lay down your arms
Give up the fight
One, 21 guns
Throw up your arms into the sky
You and I


/Green Day - 21 guns/


Pierwszy raz w życiu błogosławię fakt, ze wmawianie sobie różnych rzeczy mi wychodzi jak nic. Ktoś kiedyś powiedział, że nieobecność odchudza serce. Wmawiam sobie, że tak nie jest. Wmawiam sobie, ze nie tęsknię. Wmawiam sobie, że niczego i nikogo mi nie brak. Dlaczego? Ano dlatego, ze brakuje mi tak bardzo. Dlatego, że tęsknię tak bardzo.
I wmawiam sobie. Wmawiam sobie, że to moje wmawianie jest skuteczne.
Wmawiam sobie przy dźwiękach 21 guns.
Powoli zaczynam śpiewać.
W kółko.
Ciągle.
Aż zapominam się w piosence.
Aż zapominam o tym swoim wmawianiu.

Leżę z zapaleniem płuc. Dzisiaj z grona moich znajomych o to jak się czuję zatroszczyło się kilka osób. Z grona moich przyjaciół: Lwiczka, Agi, Zuz i Wojti. To miło. Gdy zażartowałam, że tylko oni czyhają na mój spadek, Lwiczka nazwała mnie głupią i powiedziała że po prostu mnie kochają. I poryczałam się. Jakoś tak mnie to rozczuliło. A może dlatego, że Pan X o to nie zapytał? Postanowiłam się nie narzucać. Twierdzi, że tęskni, że chciałby by to po nim było widać. Cóż. Chciałabym tęsknić w taki sposób. Tęsknić i nie odzywać się, tęsknić i nie mieć potrzeby powiedzenia choćby zwykłego: "Hej. Jak się masz?"
Nauczę się. Szybko się uczę.

Włączam 21 guns...

Nie wiedziałam, że Green Day jest taki dobry na pamięć...

niedziela, 28 marca 2010

Retrospekcja - Kroniki Dużego Cichego, Dezire i zapach mandarynek

Jak ziemia wilgotna do rak twoich lepko przywieram
I staję się maścią leczę gdy w ciało mnie wcierasz
Za gęste powietrze a moja skóra oddycha
Cień ziębił mnie jeszcze ty go wargami odpychasz
Płonę

Owiń lekko mnie wokół ciała
Opleć mną miękki puls twoich ust
Potem układaj mnie jakbyś obawiał się
Że nie starczy ci mnie by przykryć cię

Zmieniasz mnie w ogień tobą pachnę i płonę
Ogrzewasz jak wodę gdy wytapiam się w tobie
Spływam swobodnie skóra muskając twe palce
Wiem już co będzie gdy się całkiem zatracę
Ja płonę

Owiń lekko mnie wokół ciała
Opleć mną miękki puls twoich ust
Potem układaj mnie jakbyś obawiał się
Że nie starczy ci mnie by przykryć

/Dezire - Płonę /

Kroniki Dużego Cichego rozłożyły mnie na łopatki. Stanowiły dziś cudną odmianę pozwalającą się na chwilę odbić od ciężkiej ściany koncentracji. Śmiałam się do łez czytając o obozach, na których byłam. Śmiałam się do łez wspominając gagi i zabawne sytuacje (-Cichy, czy możesz mi wytłumaczyć co robi bielizna Justysi w Twoim namiocie? - Ekhm... Mieszka?). Jacy my byliśmy młodzi i beztroscy... A jacy jesteśmy dzisiaj? Młodzi i beztroscy... Beztroscy może nieco mniej, ale nadal mamy w sobie ten ogień. Przynajmniej niektórzy :P I to napawa mnie optymizmem :))))

Z rzeczy, które mnie cieszą dzisiaj najbardziej jest fakt, że chyba znalazłam styl, w którym czuję się świetnie.
Spojrzałam ostatnio w lustro, zerknęłam na ofertę odzieżową proponowaną dla kobiet w rozmiarze 46+ i załamałam rączki. A potem przyjrzałam się raz jeszcze i przyszło olśnienie. A gdzie kształty Marylin Monroe?! Lata '50! Cudownie kobiece i seksowne pin up girls, które zachwycały pewnością siebie i pięknem krągłości.
W przypływie nagłej inspiracji przeszukałam zasoby internetu i jęknęłam z rozkoszną satysfakcją. To coś dla mnie! Ubrania i kroje dzięki, którym bezkształtne worki proponowane przez współczesnych producentów ubrań na zawsze znikną z mojej szafy.
Spódnice ołówkowe akcentujące wcięcie w talii i krągłe biodra, bluzeczki i sukienki podkreślające proporcjonalność figury. W końcu kobieta może być kobietą bez względu na rozmiar płaszcza.
Zadowolona z siebie zamówiłam szeroki pas do pończoch w kolorze czarnym oraz pończochy ze szwem z tyłu (Mrrrrrrrr!). Następnie z nieśmiałością zagłębiłam się w aukcje na allegro. Jest! Były sukienki, w moim rozmiarze! Oczka zaświeciły mi się łakomie, po czym hamując własne zapędy skusiłam się na dwie: Mena oraz Marylin. Nie mogę się już doczekać gdy wszystkie części dotrą w moje łapki. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze butów. Oczywiście na wszystko posiadającym portalu allegro znalazłam i owe, lecz jakoś nie jestem przekonana do zakupu butów przez internet, wolę je przymierzyć.

Od samego patrzenia na te świetne ciuchy poczułam się seksownie i zapadka w moim umyśle ponownie otworzyła się na piękno tego świata. Przy okazji zalewając mnie falą zmysłowości i pożądania. Okrucieństwo losu nie zna granic ;)
I z tegoż wspaniałego powodu przypomniała mi się stara piosenka Dezire "Płonę". Bowiem i ja płonę, z wielu powodów. Pragnienia należy zaspokajać, co też sukcesywnie zamierzam czynić, ale do tego potrzeba kilku jeszcze składowych.

Nieustannie tęsknię za Panem X.
Za jego fizyczną obecnością. Za tym by móc go dotknąć, wtulić się w jego ramiona podczas oglądania filmu, za jego zapachem, za smakiem, za uśmiechem, za żartami, za spojrzeniem.
Ba! Nawet za tym czymś, co pali tęsknię...
Tęsknię za wspólnym oglądaniem głupawego filmu i piciem piwa, za jedzeniem chipsów o północy i poszukiwaniem zapalniczki w półmroku.
Tęsknię za dziecinną bitwą na poduszki i całkiem dojrzałymi dywagacjami nad polskim społeczeństwem i jego stanem intelektualnym.
Tak po prostu.
Tęsknię.
I cieszy mnie, że on też tęskni.
Przynajmniej staram się przemóc moją ostatnią nieufność i wierzyć w to, że tak jest.
Skoro tak mówi. Nie mam przecież powodów by wątpić w jego słowa, prawda?
Dość, że dzięki temu nie czuję się samotna w tej mojej tęsknocie.
I nie czuję się głupio wsadzając nos w torebkę po tytoniu.
Ani wąchając w sklepie mandarynki.

poniedziałek, 22 marca 2010

Kształt mojego serca...

Sting mi gra w tym sercu, co się spod ziemi wygrzebało.
Wina Leosia Zawodowca i Kudłatego.
Shape of my heart - delikatne, subtelne dźwięki, które wyciszają i uspokajają.

A serce się wygrzebało i w nocy mnie nękać zaczęło, spać nie dało. Musiałam je wstawić na miejsce.
Uparte, małe, wredne! Istna cholera...
I na samo dzień dobry znów mnie nęka. Tą swoją dobrocią cholerną.

Wolałabym być niemiła i sukowata, tacy ludzie mają lepiej i łatwiej w życiu, ale nie umiem. Wszystko przez tą upierdliwą małą mendę siedzącą mi w piersi jak na tronie. Rządzi się utrapienica jedna.
Serce.

Jej kształt się zmienia. Z każdą chwilą rośnie w siłę, odzyskuje rumieniec.
Ech...
A myślałam, że tylko wątroba może się w człowieku regenerować...

niedziela, 21 marca 2010

Colorblind

I am colorblind
Coffee black and egg white
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am
Taffy stuck, tongue tied
Stuttered shook and uptight
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am...fine
I am covered in skin
No one gets to come in
Pull me out from inside
I am folded, and unfolded, and unfolding
I am
colorblind
Coffee black and egg white
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am...fine
I am.... fine
I am fine

Zamykam kolejny rozdział życia. Najwyższy czas.
Boli jak jasna cholera, ale nie będę z tym zwlekać.
I tak mam wrażenie, że jest już za późno.

Chwyciłam za skalpel zdrowego rozsądku i zaczęłam mozolną pracę.
Odcinam niewypowiedziane słowa. Jak ścięgna oddzielam je od siebie i pieczołowicie chowam do pudełka po butach.
Odcinam nienazwane uczucia. Jednym ruchem. Bez sentymentów. Je pogrzebię bezpośrednio w ziemi. Niech gniją. Po jaką cholerę narosły?
Amputuję Cię. Miażdżę. Własnoręcznie.
Nie chcę Ciebie w moim życiu.
Bolisz.
Zbyt często bolisz.

Mówili, że nie wytrzymam bez Ciebie, że nie dam rady żyć..
Sama tak twierdziłam.
Czas się przekonać.
Jeżeli doczekam ranka, to znaczy, że kłamali.
Jeżeli nie... Cóż... Wtedy to nie będzie i tak miało znaczenia.

Wycinam Cię brutalnie i do cna.
Nie zostawię nawet najmniejszej niteczki łączącej Cię ze mną.

Boże, dlaczego to tak boli? Dlaczego boli coś do czego nie mam prawa, coś czego nie chcę?
Niedopowiedzenia, manipulacje, gierki słowne - to wszystko Twoje metody działania. Usuwam je z siebie jak wrzód. Krwawisz? Dobrze.
Cierp.
Cierpię z Tobą.

Milczenie gdy chce się krzyczeć.
Uśmiech gdy chce się wyć.
Nieuzasadnione tęsknoty.
Znikam je z siebie wraz z Tobą.

Już nie krzyczysz.
Amputowałam Cię.

Czuję pustkę. Zimną i przeraźliwą.

Chowam Cię do metalowej puszki po maślanych ciastkach.

Nie chcę być już dobrym człowiekiem, bo dobrzy ludzie cierpią.
Nie chcę cierpieć.
Never ever.

Grzebię Cię pod brzozą.
Wycinam tabliczkę.
Kładę pojedynczą różę.
Tuż obok napisu.
"Serce"

Nie miałam Cię już by dopisać "Zdradzieckie"...

poniedziałek, 15 marca 2010

Dystans...

Wieczór w towarzystwie naparu z lipy zakrapianego rumem, cytryną i miodem. Ot na rozgrzanie. A to wszystko przy dźwiękach "The Truth" - Good Charlotte.

Na dystans jesteśmy mniej onieśmieleni, niż patrząc sobie w twarz; że łatwiej przychodzi nam coś napisać, niż powiedzieć...

Chrzanię dystans. Chcę prawdy.
Brutalnej, bolesnej, wczepiającej mi się w mózg i wydzierającej ostatki nadziei i przyzwoitości.
Chcę cholernej prawdy.

Mam dość gubienia się w domysłach.

Czego Ty ode mnie chcesz? Czego oczekujesz? Dlaczego mnie dręczysz wciąż swoim niezdecydowaniem, swoimi humorami, swoimi pretensjami? Nie odpowiadam Ci więc po co wciąż tu jesteś? Po co stoisz mi pod oknem i pukasz wciąż i na nowo? Dlaczego dręczysz mnie pakując się do mojej głowy, nie dając o sobie zapomnieć - jakbym w ogóle mogła.... To trwa zbyt długo, nie sądzisz? Podejmij chociaż raz w życiu męską decyzję. Ja się poddaję, kapituluję, wieszam białą flagę zostawiając Tobie decyzję co dalej z ta bitwą. Nie mam na to wszystko siły. Zwijam się samotna w kłębek. Zasypiam samotna. Przecież nigdzie człowiek nie jest równie samotny jak leżąc w łóżku z własnymi myślami i uczuciami, chwilę przed zaśnięciem.
Bezgłośnie wyję błagając o to by ktoś przegnał koszmary i potrzymał mnie za rękę, gdy zasypiam. Nikt nie słyszy tego milczącego wołania. Nikt nie zna mnie na tyle by się zorientować, prawda?
Po tylu latach jestem dla nich wszystkich obca.
Tak naprawdę nie chcieli mnie poznać. Nikt. Nawet pies z kulawą nogą.
Ja nie będę błagać.
Nigdy więcej nie będę już nikogo o nic błagać.
Ani o to by mnie dotknął, ani o to by mnie przytulił.
Nigdy.
Never.
Ever.

Te podchody mnie męczą.

Masz odwagę mi powiedzieć wszystko prosto w twarz?

Ja naprawdę wolę być samotna niż niemile widziana.

niedziela, 14 marca 2010

Ludzie rozczarowują w małych szczegółach...

Ludzie dawniej byli bliżsi sobie.
Nie mieli wyjścia. Musieli.
Broń nie niosła tak daleko jak dzisiaj.

Weekend obfitował w rozmaite przemyślenia. Doszłam do wniosku, że nie należy od ludzi nic oczekiwać. W każdym razie nie należy wymagać od nich równie wiele jak od siebie. To nie ma szans powodzenia. Lepiej jest spodziewać się po nich tego co najgorsze - można co najwyżej miło się zdziwić. A tak... Oczekuje człowiek od innych tego samego czego oczekuje od siebie i tylko rozczarowanie rośnie.
Ludzie rozczarowują w małych szczegółach. O ile jest to pojedyncza mała bzdurka to nie ma problemu., przechodzimy nad nią do porządku dziennego. Jednak gdy takich małych bzdurek zbierze się więcej? Wtedy czujemy irytację i rozżalenie.
We mnie właśnie takie rozżalenie wezbrało.
Sara powiedziała onegdaj, że na brak szacunku człowiek sam sobie pracuje. Miała rację. Ja sobie na brak szacunku dla mojej osoby zapracowałam ciężko. Czy moje stwierdzenie jest pełne sarkazmu? Oczywiście! To pełnoprzekrojowa autoironia.
Tak to właśnie bywa... Gdy oddajesz z siebie zbyt dużo, ludzie się przyzwyczajają i korzystają z tego pełnymi garściami. Z upływem czasu to im powszednieje i staje się czymś normalnym, czymś co zawsze jest. Nieważne, ze ty kolejny raz zarywasz noc. Gdy nieśmiało o tym wspominasz dziwią się. "A po co? Przecież my cię nie prosiliśmy o to" - mówią. Mają rację. Nie prosili. A skoro sama dałaś, to widocznie miałaś taką potrzebę. Nie szanujesz siebie, moja droga kobietko, więc z jakiej racji oni mają szanować Ciebie?
Sprawa ma się inaczej kiedy to Ty potrzebujesz wsparcia. To, że potrzebujesz nie oznacza, że je dostaniesz. Nagle może się okazać, że Ty stoisz na ostatnim miejscu łańcucha potrzeb do spełnienia. To, że Ty rzucałaś, kobietko, wszystko by pomóc, nie ma znaczenia, bo przecież nikt Cię o to nie prosił. Trzeba być asertywnym, moja droga. Żeby ludzie Cię cenili, trzeba czasem mówić: "Nie".
Najbardziej jestem ostatnio rozczarowana mężczyznami w moim życiu. Nie tylko tymi, których kocham, w ten czy inny sposób. Zdziwieni? Kochać można na różne sposoby. Kocha się męża, partnera, brata, mentora, przyjaciela... A co jeżeli oni rozczarowują najbardziej? Jak pisał Jonathan Caroll w "Białych jabłkach"- "Tak to już jest, że kobiety złoszczą się, denerwują lub są rozczarowane mężczyznami z tego czy innego powodu. To nieuchronne. Im bardziej cię przedtem kochały, tym większy zawód sprawiasz im na końcu. Dajesz za mało albo za dużo. Zły kolor, zły czas, zły gest. Powiedz komplement, a zbędą cię wzruszeniem ramion lub zimną uwagą typu: „Spostrzegawczy jesteś”.
Wspaniały Caroll nie napisał jedynie czemu. Mężczyźni bowiem rozczarowują w szczegółach najczęściej. Sami pragną zostać wysłuchani, pragną by oddać im nieco czasu ze swego życia, pragną by pogłaskać ich po głowach i powiedzieć: "Będzie dobrze". Pragną by zostać z nimi aż usną, by utwierdzić ich w przeświadczeniu jacy są cudowni, wspaniali i jedyni. Kiedy jednak kobiety potrzebują by to je ktoś potrzymał za rękę gdy zasypiają.... Cóż, jest wiele rzeczy ważniejszych od nich. To właśnie takie małe niby nic nie znaczące rozczarowanie. Zawiedziona kobieta nie upomni się o swoje w sposób nachalny i bezpośredni, raczej zdusi to w sobie obracając swoją niemą prośbę w żart. Dojdzie przy tym do wniosku, że więcej narzucać się nie będzie i kolejnej prośby nie usłyszysz, drogi mężczyzno. A poczucie odrzucenia i zlekceważenia, będzie w kobiecie tkwić jak kaktus w sercu. I boleć będzie. Jak mnie boli.
Czas więc zacząć się szanować. I swój czas szanować. I swoją pomoc. I obecność. Czas zacząć mówić: "Nie".
Może jeszcze zaczną to doceniać...

sobota, 13 marca 2010

No comment,,,

Żadnego komentarza dotyczącego dzisiejszego dnia... Zapomnieć, zaspać, zapić...
Tak koszmarnego dnia dawno nie miałam.
Najpierw praca, potem wzięły w łeb wszelkie plany a mnie to nawet nie obeszło, co świadczy o tym, że znów jestem przemęczona.
Za późno na przeprosiny.... Timbaland w słuchawkach. One Republic na głośnikach.
Wieczór spędzam z winem, kominkiem i ciszą.
Ciszą nieplanowaną. Ale cóż to za niespodzianka w dniu dzisiejszym? Żadna...
Liczyłam na kilka słów komentarza, ale widocznie nie tylko ja mam dzień, w którym żaden komentarz się nie nasuwa? A może po prostu to nie było warte żadnego słowa. Zaczyna mi to wisieć i powiewać.
W przebłysku rozsądku, Wojti, powiedział dziś, że się znudzę. Pierwsza. Miał rację? Nie skomentuję tego dziś. Czemu? Bo po prostu chwilowo mam mętlik w głowie i jest mi tak cholernie i kurewsko przykro, że aż nie mogę oddychać.

Brak mi Tommiego i jego ramienia, na którym mogę wypłakać wszystkie żale a on nie będzie pytał o powód płaczu.

Brak mi wirtualnego ... Dlaczego? Bo to jest takie.... Hmmm.... xDDDDD Na to też nie mam komentarza. Może ja po prostu jestem dziwna? xD

Jak się odrobinę ogarnę, pójdę z Adaśkiem do kina. W końcu trzeba znaleźć trochę czasu dla swojego ulubieńca ;-) Ale żadnych spotkań na przystanku pod IPN-em xD Nigdy więcej takich przeżyć! Ile to już minęło? Pół roku? Może troszkę więcej. W zasadzie do kina z Adaśkiem zabrałabym i Lwiczkę. Rozerwałaby się nieco, pośmiała, oderwała od myślenia w kółko o tym samym. I mnie i jej dobrze by to zrobiło.

Odciąć się od tego wszystkiego, odseparować, odetchnąć... Chronić siebie... To właśnie powinnam zrobić. To podpowiada mój rozsądek. Nie dać się ranic i nie dać się kopać. Nigdy więcej. Nikomu.

Ludzie to hieny. Przychodzą łasząc się do Ciebie gdy czegoś potrzebują, ale gotowi są rozszarpać Cię gdy tylko okażesz słabość.

I najpoważniejsza refleksja, która dziś mnie zaatakowała z całą siłą...MYLIŁAM SIĘ!
Cholernie się myliłam.
Agusia też się myliła.
Nie warto do tego wracać. Należy zagrzebać głęboko i dopilnować by nikt się do tego nie dokopał. Nigdy.
Tylko świadomość popełnionego błędu boli i tkwi jak zadra.
Wyrwę ją. Amputuję połowę siebie. Byle nie myśleć i nie czuć. Wyrwać z korzeniami i spopielić wzrokiem.

Nauczę się być asertywna i mówić nie.
Konsekwencji też się nauczę. Tych wobec samej siebie.

Jedno słowo. Czekałam na to jedno słowo cały dzisiejszy pieprzony dzień.
Nie nadeszło.
Nie będę czekać więcej.
Nie będę i koniec.

Więcej czasu mi nie potrzeba.

czwartek, 11 marca 2010

Karmel w puszce, krakersy z nutellą...

Niezdrowe i dziwne smaki.
Karmel w puszce, krakersy i słone paluszki z nutellą... Ktoś jeszcze czegoś sobie życzy?
Kajmak do zjedzenia w nocy.
Gdy się pisze potrzeba energii.. A ja dużo piszę ostatnio. Wróciłam do pisania książki. Dwa rozdziały gotowe, trzeci w głowie.

Książka o wariatce.
O kobiecie szalonej.
Niemoralnej.
Nieetycznej.
Łamiącej konwenanse.
Niszczycielce.
O moim alter ego.

Lwiczka przeczyta ją w całości jako pierwsza. Obiecałam.
Dedykację też już mam gotową...
Niezmienną od lat.

Pisanie pomaga. Zajmuje czas i myśli. Skupianie się na szczegółach pomaga. Pozwala nabrać dystansu.
Inspiracji mam aż nadto. Nad dystansem i cierpliwością pracuję w pocie czoła.
Od pisania robią mi się zakwasy w dłoniach (mogą?) i odgniotki na opuszkach palców. Na klawiaturze nikną znaczniki liter.
Kubek jest czarny od mocnej kawy.
Łyżka równie ciemna od nutelli.
Pisanie pomaga.
Karmel w puszce także.
Może to dobry tytuł?


---------------------------------------------------------

Wojtek wczoraj zwrócił mi uwagę na pewną rzecz. Mówiłam, że z niego taki głos rozsądku w moim życiu? Stwierdził, że ma nadzieję, iż to nie on jest tym Przyjacielem, bo to duża odpowiedzialność. Miał rację! Nie pomyślałam o tym!

Dla mnie wszystko jest jasne, ale może niepotrzebnie o tym mówiłam? Może to jedna z tych rzeczy, które muszą leżakować, jak wino, zanim nabiorą odpowiedniej mocy i smaku?
A może to jedna z tych rzeczy, które w ogóle powinny czekać aż ktoś sam się do nich dokopie?

Teraz już za późno. Mleko się rozlało. Bombki @%#$ strzelił... itd... itp...

Grunt, że reakcja (o ile można ją tak nazwać xD ) była pięknie wymierzonym prawym sierpowym w mój policzek. Jestem grzeszną kobietą, Biblia u mnie jedynie na półce, więc drugiego nadstawiać nie będę. Nie lubię jak mnie biją. Nigdy więcej raczej wracać do tego nie będę. End of story. Case closed. Discussion is over.

Nie obrażam się. Zakończyłam obrażanie się na ostatniej klasie szkoły podstawowej, gdy po raz kolejny moja szkolna sympatia powiedziała do mnie per "Piggy". Roześmiałam się wtedy w głos i z tamtym dniem zakończyłam erę obrażania się. Po prostu czasem jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. Mam uczucia. Zdziwieni?

Emocje się kłębią we mnie jak rój os, więc będę musiała je wypuścić. Nakieruję ich siłę na orbitreka. I Arniego. Ten ostatni jako jedyny ze stoickim spokojem znosi moje humory. W odwecie za wszystko, obiję mu dziś pyszczek. Nie obrazi się. Będzie się cieszył.

A potem ja ze stoickim spokojem zasiądę z łyżeczką w kajmaku i przeleję wszystkie myśli na kolejne strony książki.
Karmel w puszce.
To zdecydowanie adekwatny tytuł...




środa, 10 marca 2010

M.A.C. - a o czym Ty do mnie rozmawiasz?

Szanowny Panie X.

Chciałabym Panu opowiedzieć o czymś, a właściwie o kimś.
M.A.C - to nie jest jego imię. To skrót od określenia zaczerpniętego z języka gaelickiego.
Mo Anam Cara.
Konkretna dla mnie osoba.
Mo Anam Cara.
Przyjaciel Duszy.
Nie przypominam mu o tym zbyt często, chociaż są dni gdy chciałabym wykrzyczeć to głośno.
To dni gdy obnaża mnie bez trudu. Gdy sięga we mnie i czerpiąc z siebie samego obnaża mi Duszę stawiając ją nagą przed swoimi oczami.
To dni, gdy cieszę się z czegoś, dni gdy płaczę, dni w których pęka mi serce... Żadne określone.
Po prostu dni.
Chciałabym mu powiedzieć o tym, kim dla mnie jest, patrząc mu prosto w oczy, ale nie umiem.
Może dlatego, ze prosił bym nie mówiła mu takich rzeczy? Najprawdopodobniej.
Może dlatego że się boję? Boję się, że z jego strony nie ma tego samego, ze jednak on wszystko odbiera inaczej... Na pewno.
A mimo wszystko chciałabym żeby wiedział.
Chciałabym żeby zrozumiał, pojął, chociaż to wszystko jest tak trudne i skomplikowane.
Jeżeli Pan pozwoli, proszę Pana, to opowiem to Panu. Tak jakbym mówiła to jemu.
Siadam naprzeciwko Pana, ze świeczką pachnącą wanilią w dłoniach. Jej subtelny aromat dodaje mi odwagi, a chybotliwy blask płomienia sprawia, że bez problemu mogę skryć się w cień, gdy tylko zechcę.
Czy jest Pan gotowy, proszę Pana?

Mo Anam Cara.
To termin, którego tłumaczenie najlepiej oddaje sformułowanie Przyjaciel Duszy. Nie najlepszy przyjaciel,nie bratnia dusza ale właśnie Przyjaciel Duszy.
A wszystko wywodzi się od Celtów.
Mówiłam Panu, ze mnie fascynują?
W Celtyckiej tradycji duchowej uważa się, że dusza promieniuje poza ciało, co okresla się jako aurę. Czasem spotykamy kogoś wobec kogo nasza dusza staje się otwarta i ufna. Do końca, bez barier, bez oporów. I te dwie dusze, nie serca a dusze, łączą się by płynąć razem. Aby taka właśnie głęboka więź powstała, trzeba znaleźć swego Przyjaciela Duszy, Anam Cara.
Pański Przyjaciel Duszy, proszę Pana, zawsze akceptuje to jakim Pan naprawdę jest, podtrzymując Pańskie wewnętrzne światło i piękno. By to docenić prawdziwie, sam musi Pan je dostrzec w sobie, co nie jest proste. Celtowie wierzyli, że Przyjaźń Dusz, to niezwykłe błogosławieństwo pozwalające na obudzenie świadomości własnej natury, charakteru oraz możliwości doświadczania radości innych.
Niezwykły Przyjaciel Duszy, proszę Pana, to ktoś komu można powierzyć najintymniejsze i najbardziej skryte szczegóły życia, ktoś z kim dzieli się głębię siebie, swój umysł i swoje serce. Taka przyjaźń jest aktem uznania i przynależności, wyzbywa się i odcina wszelkich konwencji, moralności i kategorii. Taka przyjaźń nie daje ubrać się w ramy ani ograniczyć schematami. Rozumie Pan o co mi chodzi? Dla tych dusz nie ma klatek, nie ma ograniczeń, jest za to światło zrozumienia, które przepływa pomiędzy nimi wolno i swobodnie.
Niech Pan nie patrzy na mnie tak dziwnie. Nie umiem znaleźć na to innych słów. Nie umiem opowiedzieć tego w sposób bardziej zrozumiały.
Tęsknota za samą jego obecnością, za rozmową, za milczącym zrozumieniem, za wsparciem, które daje sama świadomość, że jest obok... Ta cała więź, specjalne towarzystwo sprawia, że moja dusza czuje się dopełniona. Niech się Pan tak nie śmieje, nie mam na to innych określeń. Może dla Pana brzmi to pompatycznie, może banalnie, może tandetnie. Dla mnie brzmi dokładnie tak jak powinno.
Przyjaciel Duszy wzbudza miłość. Miłość jednej duszy do drugiej duszy. To nie jest zakochanie, nie miłość w sensie romantycznym. To coś więcej. To taka miłość, która po prostu wypełnia i trwa, nie odbiera zmysłów, ale jest zawsze obok, na wyciągnięcie ręki. To taka miłość-przyjaźń, która kruszy Pana bariery wewnętrzne, jednym tchnieniem znika pasy ochronne, którymi się Pan otacza. Anam Cara to jedyna osoba na świecie, której pozwala Pan zajrzeć do najgłębszych zakamarków duszy, którą sam zaprasza Pan do najskrytszej świątyni swojego ducha. Jej obecność jest tak naturalna, tak powszednia, jakby była tam od zawsze. Trzeba wielkiej odwagi, proszę Pana, by dopuścić kogoś tak blisko. Ja tę odwagę znalazłam w sobie, proszę Pana. Czy także on ją odnajdzie? Nie wiem.
O ile przyjaźń uznawana jest jako dar sam w sobie, swoiste błogosławieństwo, o tyle błogosławieństwo jakim jest Przyjaciel Duszy sprawia, że czujesz iż dotarłeś do najświętszego miejsca na ziemi: domu. Ta więź między Przyjaciółmi jest nierozerwalna, nierozwiązywalna, niezniszczalna. Będzie trwała bez względu na wiek, czas, miejsce czy okoliczności.
To właśnie czuję, proszę Pana.
Przytłaczające? Przerażające? Piękne? Niezwykłe?
Prawdziwe, proszę Pana.
Moja dusza nie ma przed nim tajemnic, proszę Pana. Nie koloryzuje, nie ubarwia. Jaśnieje własnym wewnętrznym blaskiem. Śmieje się gdy jestem szczęśliwa, czy też gdy on jest szczęśliwy. Płacze gdy mnie ogarnie smutek, lub też jego ogarnie żal. Drży z rozkoszy od splecionych oddechów.

Chciałabym żeby kiedyś powiedział: Chcę byś mi opowiedziała o Anam Cara.
Chciałabym kiedyś opowiedzieć mu to patrząc w jego oczy.

Tymczasem dziękuję, że mnie Pan wysłuchał, proszę Pana.

wtorek, 9 marca 2010

zaDŻEMiona do cna...

Żyj z całych sił, i uśmiechaj się do ludzi,
bo nie jesteś sam.
Śpij, nocą śnij, niech zły sen Cię nigdy więcej nie obudzi,
teraz śpij.
Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,
kiedy ciemny wiatr.
Porywa spokój siejąc smutek i zwątpienie,
pamiętaj że...

Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.

Idź własną drogą, bo w tym cały sens istnienia,
żeby umieć żyć.
Bez znieczulenia, bez niepotrzebnych niespełnienia,
myśli złych.

Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil,
najlepszą z Twoich chwil.

Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,
kiedy ciemny wiatr.
Porywa spokój, siejąc smutek i zwątpienie,
pamiętaj...

Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil,
najlepszą z Twoich chwil.

I nie skończoną...

/Dżem - Do kołyski/

Cały dzień pod znakiem takiego ciemnego wiatru z piosenki, który ścisnął mi serce siejąc smutek i zwątpienie.
Obojętnieję.
Samo jakoś wychodzi. Nieobecność zobojętnia. Coś na zasadzie zobojętnienia kwasu zasadami czy jakoś tak.

Dzień zaczął się nawet w porządku, zakończył się parszywie. Zostałam poproszona o pomoc w sprawie, która kłóci się z moim interesem prywatnym. Przez sekundę rozważałam czy nie pomóc jednak, lecz Serce zrobiło salto w tył i zaprotestowało. Miało rację.
Jak mogłabym pomóc w czymś, co nie tylko nie jest w moim interesie, ale gdy się uda, to poszarpie mnie w środku i zabierze pół mnie samej? Nie umiem... Nie chcę...
Będę się smażyć w piekle.
Sama.
Trudno.

Przywykłam do samotności.

poniedziałek, 8 marca 2010

My life is a mess.... Can you help me?

Nie ogarniam nic dzisiaj. Nic a nic.
My life is a mess. Can you help me?

Dźwiedź okazał się zbawieniem. Zmusza mnie do skupiania się na szczegółach i to zadziwiająco pomaga. Pomaga mi nie myśleć i nie denerwować się. Poza tym w swej łaskawości podzielił się cierpliwością. To również pomaga się trzymać w karbach postanowień.
Cierpliwość topnieje mi w oczach ostatnio. Ciągną się za mną problemy, przełożone, przeniesione, przejęte... Dopiero teraz schodzi ze mnie stres ostatnich tygodni. Potrzebuję by ktoś do mnie mówił, by opowiadał o swoim dniu, by oderwał mnie od czarnych myśli.
Potrzebuję ktosia... Kogoś, kto zjawi się jak mały głód i kogo będę mogła załatwić miską sałatki owocowej jak ciosem karate.
Bo na chandrę pomaga sałatka owocowa. Z sosem z likieru xD
Potrzebuję kogoś kto złapie mnie pod rękę i powie: "Nie łam się Justka. Pomogę Ci. Razem poradzimy sobie szybciej i znów będziesz mogła się śmiać do łez."
Potrzebuję powietrza. Czystego. Wolnego. Pełnego wiatru. To, które mnie otacza, zawiera ciężkie pierwiastki depresji i cierpienia. Dusi mnie i nie mogę oddychać.
Potrzebuję budyniu. Do zrobienia najgłupszej rzeczy z możliwych: Wymazania kilku gębuś. Dla zabawy.
Potrzebuję poduchy z pierza, by móc ją rozwalić i pozwolić piórkom opadać biały, miękkim deszczem.
Nie mam nic z tego czego potrzebuję.
Mam za to Dźwiedziowy głos w słuchawkach, który mówi, że ma pustkę we łbie i za Chiny nie wie czemu dziwka miałaby zamordować klienta.
Ja też nie wiem.
Ale szukanie powodów pomaga.

niedziela, 7 marca 2010

Proszę wstać, Sąd idzie...

Niniejszym oświadczam, że zebraliśmy się tutaj by osądzić Oskarżoną, która dopełniła się kilku zbrodni prawdziwych, w tym tylko jedną w afekcie. Czy Oskarżona przyznaje się do winy?Proszę odnotować, że Oskarżona przytaknęła kiwnięciem głowy.
Oskarżyciel wnosi o najwyższy wymiar kary. ... .... ..... ......

Na wszystko kiwam potakująco. Dlaczego mam zaprzeczać prawdzie? Mam zaprzeczać, że czuję się piękna i spełniona? Przynajmniej chwilami... Przyznaję się do szaleństwa, które sprawia, że się uśmiecham. Przyznaję się do momentów utraty zdrowego rozsądku, które sprawiają, że jestem szczęśliwa. Przyznaję się do sekund, minut, godzin rozkoszy, które przynoszą niewysłowioną przyjemność. Przyznaję się do zazdrości, która rani mnie za każdym razem. To jedyna moja zbrodnia popełniana w afekcie. Pozostałe są popełnione świadomie.
Przyznaję się. Do wszystkiego się przyznaję.

Czy Oskarżona żałuje?

Nie żałuję. Nie żałuję ani chwili. Nie żałuję i będę popełniać te czyny tak często jak będę mogła. Dopóki starczy mi sił albo nie postanowię inaczej. I nikt nie ma prawa mnie osądzać.

A w moich oczach skrzy...

sobota, 6 marca 2010

Et si tu n'existais pas...

Et si tu n'existais pas,
Dis-moi pourquoi j'existerais.
Pour traîner dans un monde sans toi,
Sans espoir et sans regrets.

Et si tu n'existais pas,
J'essaierais d'inventer l'amour,
Comme un peintre qui voit sous ses doigts
Naître les couleurs du jour.
Et qui n'en revient pas.

Et si tu n'existais pas,
Dis-moi pour qui j'existerais.
Des passantes endormies dans mes bras
Que je n'aimerais jamais.

Et si tu n'existais pas,
Je ne serais qu'un point de plus
Dans ce monde qui vient et qui va,
Je me sentirais perdu,
J'aurais besoin de toi.

Et si tu n'existais pas,
Dis-moi comment j'existerais.
Je pourrais faire semblant d'être moi,
Mais je ne serais pas vrai.

Et si tu n'existais pas,
Je crois que je l'aurais trouvé,
Le secret de la vie, le pourquoi,
Simplement pour te créer


Słucham głosu Joe'go Dassine'a i zapadam się.

Zapadam się w dotyku dłoni, w śmiechach i szeptach.
Zapadam się w oczach i kosmykach opadających mi na twarz.
Zapadam się w sobie, Tobie, ale nigdy w nas...
W nieśmiałym jęku.
Zapadam się.
Po prostu.
Bez słowa.
Ot tak...

piątek, 5 marca 2010

Po czwartym piwie....

Szanowny Panie X,

Po czwartym piwie świat wcale nie wygląda lepiej. Nie wygląda też gorzej, jeżeli idzie o ścisłość. Jest taki sam jak wcześniej, może jedynie odrobinkę mniej wyraźny.
Dzisiaj wiele dowiedziałam się o sobie i to spowodowało, ze pierwszy raz w życiu naprawdę chciałam się napić.
Jestem niebezpieczną i niezrównoważoną kobietą, proszę Pana.
Lesbijka, członkini tajemniczej sekty, nie istniejąca w świecie realnym i znudzona życiem trzydziestolatka... Chce Pan dorzucić jakiś kamyczek do tego ogródka? Niech się Pan nie krępuje, proszę Pana.
Nie mam nic przeciwko lesbijkom. To kobiety, seksowne, czułe, wykształcone, uczuciowe, pracowite... Normalne kobiety, jedynie obiekt ich westchnień jest tej samej płci co one. Czy to coś za co należy je potępiać?
Członkini sekty... Zupełnie nie wiem skąd im się to wzięło proszę Pana. Dziwnie na mnie patrzą bo pomagam bezinteresownie? Bo jestem miła? Bo nie krzyczę i się nie wściekam? Bo nie przeklinam tak często i stawiam kontrę? A cóż w tym dziwnego? Ręce mi opadły. I nogi również.
Podobno jestem wymyśloną przyjaciółką, proszę Pana. Myśli Pan że naprawdę nie istnieję? Nie można mnie dotknąć, zranić, przytulić? A może tu raczej chodzi o to ze nie mogę być przyjaciółką bo...? Właśnie.. Bo co?
Znudzona życiem... Nie, ja się raczej w życiu nie nudzę. Za dużo pasji, za dużo celów, za dużo chęci...
Nie mam już czasem siły, proszę Pana.
Zrobiłam dziś Panu miejsce w moim łóżku, przy ścianie... Zrobiłam miejsce chociaż wiem, że pozostanie puste. Dlaczego to zrobiłam? Nie wiem. Może dlatego, że dzisiaj wyjątkowo mocno nie chcę zasypiać sama...
Ale to i tak nie ma najmniejszego znaczenia. To czego chcę albo umyka, albo obraca się do mnie plecami i wypina kształtne półdupki. A ja staram się by nie wypięło się zbyt mocno.
Gdzie ma Pan kubek, proszę Pana? Dzisiaj zebrałby Pan obfity plon, bo łzy lecą same z siebie.
Po czwartym piwie świat wcale nie wygląda inaczej, proszę Pana.... Nie mam piątego by sprawdzić co dalej...

środa, 3 marca 2010

Poza granice obojętności...

Szanowny Panie X.

No i co Pan tak nade mną stoi jak kat?
Po co Panu ten kubek, proszę Pana?
Łzy chce Pan zbierać... Nie będzie łez. Ja nie mam siły by płakać. Zbyt zmęczona jestem...
Na tyle zmęczona by obojętnieć.
Był Pan tak kiedyś zmęczony, proszę Pana?
Tak już poza granice, poza wszystko...Aż do momentu gdy przestaje Pana obchodzić, która godzina, czy noc, czy dzień, czy jadł Pan coś czy nie... Do chwili gdy traci znaczenie, że musi Pan wstać. Robi Pan wszystko automatycznie, bez poświęcenia temu nawet jednej myśli. Bo w ogóle już Pan nie myśli, proszę Pana. I wciąga się Pan dalej, poza granice obojętności. Tam gdzie nie ma nic, gdzie jest próżnia.
Takie właśnie jest to moje zmęczenie, proszę Pana. Ni mniej, ni więcej. Proszę więc nie robić zdziwionej miny, że nie płaczę. Chciałabym, ale nie mogę. Zbyt zmęczona na płacz.
Pyta Pan dlaczego bym chciała? Bo płacz męczy, proszę Pana. Męczy i oczyszcza. Zmęczona może bym usnęła w końcu. A to by oczyściło mi umysł.
Katharsis...
Zaczynam się zastanawiać nad różnymi rzeczami.
Naprawdę chce Pan wiedzieć?
No dobrze. Zastanawiam się nad tym co było na początku - ciało czy umysł? Co ma pierwszeństwo: emocje czy myśli? Pytam siebie dlaczego przyjaźń boli?

Ostatnie nawet wyzwoliło jakieś refleksje. Przyjaźń jest więzią, która angażuje całego człowieka, a boli to, że musi wzrastać i dojrzewać. Przyjaźń, tak jak życie, ma swoje cykle i pory roku. Przewidywalne, lecz nie poddające się kontroli. Przynoszą nie tylko radość, ale i smutek. To też boli.
Jednak co to za przyjemność, poczuć się bezpiecznie w obecności osoby, przy której nie musi Pan kontrolować ani myśli, ani słów, lecz może wylać je wszystkie takie, jakie są, nie oddzielając ziaren od plew. Wie Pan, że przyjacielska dłoń weźmie je i przesieje, zatrzymując to, co wartościowe, a resztę rozwieje podmuchem życzliwości.

Czy warto więc rezygnować z powodu kilku niewielkich blizn, z kogoś, kto daje Panu absolutną swobodę bycia sobą?

Dlaczego Pan milczy, proszę Pana?

wtorek, 2 marca 2010

W końcu...

Szanowny Panie X.

Porozmawiajmy poważnie. Przychodzi Pan tu już od pewnego czasu, prawda? A ja się tak skradam i skradam... i zebrać nie mogę by się do Pana odezwać.

"Cześć" - mówię więc patrząc w podłogę. A Pan unosi moją głowę, szczupłym i ciepłym palcem łapiąc mnie pod brodę i patrzy tylko, uśmiecha się. Milczy. Ja już się peszę, rumienię, chcę uciekać.
"Dzień dobry" - odpowiada Pan w końcu.
Wraca mi oddech.
Proponuję kawę, Pan się zgadza. Nie piliśmy brudzia, więc zostańmy przy moim "Panu"...
Mimo tego zwrotu, który sprawia, że nadal trzymam dystans, czuję się jakbym znała Pana od lat. To wyjątkowe uczucie.
Patrzę...
Pociąga mnie Pan.
Siedzę obok i mam ochotę zanurzyc palce w Pana włosy, musnąć nosem policzek.
Czy mówił Panu ktoś, że pachnie Pan wolnością i spokojem? Pachnie Pan rosą, świeżym listowiem i promieniami słońca.
Z roztargnieniem mieszam łyżką w pustej filiżance.
Zagląda mi Pan przez ramię.
"Tam już nic nie ma poza wspomnieniem kofeiny" - mówi Pan a ja czuję Pana oddech na moim ramieniu.
Nie umiem się powstrzymać i scałowuję ostatnią kroplę kawy z brandy jaka została w kąciku Pana ust.
Milknę.
Przerażona własnym czynem.
Spuszczam wzrok.
Przerażona Pańskim spojrzeniem.
Ulegam.
Porażona gwałtownością Pańskiego jestestwa.
W końcu...

poniedziałek, 1 marca 2010

Okruchy się też kruszą, ale bankructwo zażegnane.

Szanowny Panie X.

Cały dzień czyhałam na Pana, w garści trzymając miłe okruchy dnia. A Pan nie przyszedł....
Z niepokoju i niecierpliwości zgniotłam okruchy w dłoni.
Okruchy też się kruszą, wiedział Pan?

Niepokój to paskudne uczucie, którego powinni zakazać. Karmiłam się nim cały ten czas - to silniejsze ode mnie.
Zmęczenie...
W każdym razie karmiłam się niepokojem, że od dziś zamienił Pan moje życie jak zamienia się mały sklepik osiedlowy na nowo otwarty market z mnóstwem promocji. Tam ciągle się coś dzieje, a u mnie?
Te same twarze, te same emocje niezmienne jak ceny ustalone przed laty.
Nuda...

Otwierałam już pudełko z samotnością by zjeść ją jak czekoladki, gdy wpadł Pan zziajany i zmęczony.
Ot, na chwilę.

Ja się przyzwyczaiłam do tego, że Pan jest, proszę Pana. Gdy Pana nie ma, to jakoś mi tak dziwnie pusto i głucho. Nie chcę myśleć co by było, gdyby Pana nie było.
Nie myślę więc, nie zastanawiam się, nie gdybam..
Dość, że Pan wrócił.
Wstrzymam się z ogłoszeniem bankructwa.

Ja wiem, że o małych sklepikach się zapomina. Tak samo jak o ludziach, którzy są cisi i niepozorni. Takich, którzy nie pchają się na pierwszy plan, a stoją na uboczu. Takich, którzy płaczą w kącie i śmieją się cicho. Oni są jak te sklepiki osiedlowe - małe, rodzinne, pełne ciepła, ale niepozorne. Inne od wszystkich innych.
Tylko czy w markecie ktoś zapamiętałby, że lubi Pan mandarynki, proszę Pana?