wtorek, 9 marca 2010

zaDŻEMiona do cna...

Żyj z całych sił, i uśmiechaj się do ludzi,
bo nie jesteś sam.
Śpij, nocą śnij, niech zły sen Cię nigdy więcej nie obudzi,
teraz śpij.
Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,
kiedy ciemny wiatr.
Porywa spokój siejąc smutek i zwątpienie,
pamiętaj że...

Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.

Idź własną drogą, bo w tym cały sens istnienia,
żeby umieć żyć.
Bez znieczulenia, bez niepotrzebnych niespełnienia,
myśli złych.

Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil,
najlepszą z Twoich chwil.

Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,
kiedy ciemny wiatr.
Porywa spokój, siejąc smutek i zwątpienie,
pamiętaj...

Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil,
najlepszą z Twoich chwil.

I nie skończoną...

/Dżem - Do kołyski/

Cały dzień pod znakiem takiego ciemnego wiatru z piosenki, który ścisnął mi serce siejąc smutek i zwątpienie.
Obojętnieję.
Samo jakoś wychodzi. Nieobecność zobojętnia. Coś na zasadzie zobojętnienia kwasu zasadami czy jakoś tak.

Dzień zaczął się nawet w porządku, zakończył się parszywie. Zostałam poproszona o pomoc w sprawie, która kłóci się z moim interesem prywatnym. Przez sekundę rozważałam czy nie pomóc jednak, lecz Serce zrobiło salto w tył i zaprotestowało. Miało rację.
Jak mogłabym pomóc w czymś, co nie tylko nie jest w moim interesie, ale gdy się uda, to poszarpie mnie w środku i zabierze pół mnie samej? Nie umiem... Nie chcę...
Będę się smażyć w piekle.
Sama.
Trudno.

Przywykłam do samotności.

poniedziałek, 8 marca 2010

My life is a mess.... Can you help me?

Nie ogarniam nic dzisiaj. Nic a nic.
My life is a mess. Can you help me?

Dźwiedź okazał się zbawieniem. Zmusza mnie do skupiania się na szczegółach i to zadziwiająco pomaga. Pomaga mi nie myśleć i nie denerwować się. Poza tym w swej łaskawości podzielił się cierpliwością. To również pomaga się trzymać w karbach postanowień.
Cierpliwość topnieje mi w oczach ostatnio. Ciągną się za mną problemy, przełożone, przeniesione, przejęte... Dopiero teraz schodzi ze mnie stres ostatnich tygodni. Potrzebuję by ktoś do mnie mówił, by opowiadał o swoim dniu, by oderwał mnie od czarnych myśli.
Potrzebuję ktosia... Kogoś, kto zjawi się jak mały głód i kogo będę mogła załatwić miską sałatki owocowej jak ciosem karate.
Bo na chandrę pomaga sałatka owocowa. Z sosem z likieru xD
Potrzebuję kogoś kto złapie mnie pod rękę i powie: "Nie łam się Justka. Pomogę Ci. Razem poradzimy sobie szybciej i znów będziesz mogła się śmiać do łez."
Potrzebuję powietrza. Czystego. Wolnego. Pełnego wiatru. To, które mnie otacza, zawiera ciężkie pierwiastki depresji i cierpienia. Dusi mnie i nie mogę oddychać.
Potrzebuję budyniu. Do zrobienia najgłupszej rzeczy z możliwych: Wymazania kilku gębuś. Dla zabawy.
Potrzebuję poduchy z pierza, by móc ją rozwalić i pozwolić piórkom opadać biały, miękkim deszczem.
Nie mam nic z tego czego potrzebuję.
Mam za to Dźwiedziowy głos w słuchawkach, który mówi, że ma pustkę we łbie i za Chiny nie wie czemu dziwka miałaby zamordować klienta.
Ja też nie wiem.
Ale szukanie powodów pomaga.

niedziela, 7 marca 2010

Proszę wstać, Sąd idzie...

Niniejszym oświadczam, że zebraliśmy się tutaj by osądzić Oskarżoną, która dopełniła się kilku zbrodni prawdziwych, w tym tylko jedną w afekcie. Czy Oskarżona przyznaje się do winy?Proszę odnotować, że Oskarżona przytaknęła kiwnięciem głowy.
Oskarżyciel wnosi o najwyższy wymiar kary. ... .... ..... ......

Na wszystko kiwam potakująco. Dlaczego mam zaprzeczać prawdzie? Mam zaprzeczać, że czuję się piękna i spełniona? Przynajmniej chwilami... Przyznaję się do szaleństwa, które sprawia, że się uśmiecham. Przyznaję się do momentów utraty zdrowego rozsądku, które sprawiają, że jestem szczęśliwa. Przyznaję się do sekund, minut, godzin rozkoszy, które przynoszą niewysłowioną przyjemność. Przyznaję się do zazdrości, która rani mnie za każdym razem. To jedyna moja zbrodnia popełniana w afekcie. Pozostałe są popełnione świadomie.
Przyznaję się. Do wszystkiego się przyznaję.

Czy Oskarżona żałuje?

Nie żałuję. Nie żałuję ani chwili. Nie żałuję i będę popełniać te czyny tak często jak będę mogła. Dopóki starczy mi sił albo nie postanowię inaczej. I nikt nie ma prawa mnie osądzać.

A w moich oczach skrzy...

sobota, 6 marca 2010

Et si tu n'existais pas...

Et si tu n'existais pas,
Dis-moi pourquoi j'existerais.
Pour traîner dans un monde sans toi,
Sans espoir et sans regrets.

Et si tu n'existais pas,
J'essaierais d'inventer l'amour,
Comme un peintre qui voit sous ses doigts
Naître les couleurs du jour.
Et qui n'en revient pas.

Et si tu n'existais pas,
Dis-moi pour qui j'existerais.
Des passantes endormies dans mes bras
Que je n'aimerais jamais.

Et si tu n'existais pas,
Je ne serais qu'un point de plus
Dans ce monde qui vient et qui va,
Je me sentirais perdu,
J'aurais besoin de toi.

Et si tu n'existais pas,
Dis-moi comment j'existerais.
Je pourrais faire semblant d'être moi,
Mais je ne serais pas vrai.

Et si tu n'existais pas,
Je crois que je l'aurais trouvé,
Le secret de la vie, le pourquoi,
Simplement pour te créer


Słucham głosu Joe'go Dassine'a i zapadam się.

Zapadam się w dotyku dłoni, w śmiechach i szeptach.
Zapadam się w oczach i kosmykach opadających mi na twarz.
Zapadam się w sobie, Tobie, ale nigdy w nas...
W nieśmiałym jęku.
Zapadam się.
Po prostu.
Bez słowa.
Ot tak...

piątek, 5 marca 2010

Po czwartym piwie....

Szanowny Panie X,

Po czwartym piwie świat wcale nie wygląda lepiej. Nie wygląda też gorzej, jeżeli idzie o ścisłość. Jest taki sam jak wcześniej, może jedynie odrobinkę mniej wyraźny.
Dzisiaj wiele dowiedziałam się o sobie i to spowodowało, ze pierwszy raz w życiu naprawdę chciałam się napić.
Jestem niebezpieczną i niezrównoważoną kobietą, proszę Pana.
Lesbijka, członkini tajemniczej sekty, nie istniejąca w świecie realnym i znudzona życiem trzydziestolatka... Chce Pan dorzucić jakiś kamyczek do tego ogródka? Niech się Pan nie krępuje, proszę Pana.
Nie mam nic przeciwko lesbijkom. To kobiety, seksowne, czułe, wykształcone, uczuciowe, pracowite... Normalne kobiety, jedynie obiekt ich westchnień jest tej samej płci co one. Czy to coś za co należy je potępiać?
Członkini sekty... Zupełnie nie wiem skąd im się to wzięło proszę Pana. Dziwnie na mnie patrzą bo pomagam bezinteresownie? Bo jestem miła? Bo nie krzyczę i się nie wściekam? Bo nie przeklinam tak często i stawiam kontrę? A cóż w tym dziwnego? Ręce mi opadły. I nogi również.
Podobno jestem wymyśloną przyjaciółką, proszę Pana. Myśli Pan że naprawdę nie istnieję? Nie można mnie dotknąć, zranić, przytulić? A może tu raczej chodzi o to ze nie mogę być przyjaciółką bo...? Właśnie.. Bo co?
Znudzona życiem... Nie, ja się raczej w życiu nie nudzę. Za dużo pasji, za dużo celów, za dużo chęci...
Nie mam już czasem siły, proszę Pana.
Zrobiłam dziś Panu miejsce w moim łóżku, przy ścianie... Zrobiłam miejsce chociaż wiem, że pozostanie puste. Dlaczego to zrobiłam? Nie wiem. Może dlatego, że dzisiaj wyjątkowo mocno nie chcę zasypiać sama...
Ale to i tak nie ma najmniejszego znaczenia. To czego chcę albo umyka, albo obraca się do mnie plecami i wypina kształtne półdupki. A ja staram się by nie wypięło się zbyt mocno.
Gdzie ma Pan kubek, proszę Pana? Dzisiaj zebrałby Pan obfity plon, bo łzy lecą same z siebie.
Po czwartym piwie świat wcale nie wygląda inaczej, proszę Pana.... Nie mam piątego by sprawdzić co dalej...

środa, 3 marca 2010

Poza granice obojętności...

Szanowny Panie X.

No i co Pan tak nade mną stoi jak kat?
Po co Panu ten kubek, proszę Pana?
Łzy chce Pan zbierać... Nie będzie łez. Ja nie mam siły by płakać. Zbyt zmęczona jestem...
Na tyle zmęczona by obojętnieć.
Był Pan tak kiedyś zmęczony, proszę Pana?
Tak już poza granice, poza wszystko...Aż do momentu gdy przestaje Pana obchodzić, która godzina, czy noc, czy dzień, czy jadł Pan coś czy nie... Do chwili gdy traci znaczenie, że musi Pan wstać. Robi Pan wszystko automatycznie, bez poświęcenia temu nawet jednej myśli. Bo w ogóle już Pan nie myśli, proszę Pana. I wciąga się Pan dalej, poza granice obojętności. Tam gdzie nie ma nic, gdzie jest próżnia.
Takie właśnie jest to moje zmęczenie, proszę Pana. Ni mniej, ni więcej. Proszę więc nie robić zdziwionej miny, że nie płaczę. Chciałabym, ale nie mogę. Zbyt zmęczona na płacz.
Pyta Pan dlaczego bym chciała? Bo płacz męczy, proszę Pana. Męczy i oczyszcza. Zmęczona może bym usnęła w końcu. A to by oczyściło mi umysł.
Katharsis...
Zaczynam się zastanawiać nad różnymi rzeczami.
Naprawdę chce Pan wiedzieć?
No dobrze. Zastanawiam się nad tym co było na początku - ciało czy umysł? Co ma pierwszeństwo: emocje czy myśli? Pytam siebie dlaczego przyjaźń boli?

Ostatnie nawet wyzwoliło jakieś refleksje. Przyjaźń jest więzią, która angażuje całego człowieka, a boli to, że musi wzrastać i dojrzewać. Przyjaźń, tak jak życie, ma swoje cykle i pory roku. Przewidywalne, lecz nie poddające się kontroli. Przynoszą nie tylko radość, ale i smutek. To też boli.
Jednak co to za przyjemność, poczuć się bezpiecznie w obecności osoby, przy której nie musi Pan kontrolować ani myśli, ani słów, lecz może wylać je wszystkie takie, jakie są, nie oddzielając ziaren od plew. Wie Pan, że przyjacielska dłoń weźmie je i przesieje, zatrzymując to, co wartościowe, a resztę rozwieje podmuchem życzliwości.

Czy warto więc rezygnować z powodu kilku niewielkich blizn, z kogoś, kto daje Panu absolutną swobodę bycia sobą?

Dlaczego Pan milczy, proszę Pana?

wtorek, 2 marca 2010

W końcu...

Szanowny Panie X.

Porozmawiajmy poważnie. Przychodzi Pan tu już od pewnego czasu, prawda? A ja się tak skradam i skradam... i zebrać nie mogę by się do Pana odezwać.

"Cześć" - mówię więc patrząc w podłogę. A Pan unosi moją głowę, szczupłym i ciepłym palcem łapiąc mnie pod brodę i patrzy tylko, uśmiecha się. Milczy. Ja już się peszę, rumienię, chcę uciekać.
"Dzień dobry" - odpowiada Pan w końcu.
Wraca mi oddech.
Proponuję kawę, Pan się zgadza. Nie piliśmy brudzia, więc zostańmy przy moim "Panu"...
Mimo tego zwrotu, który sprawia, że nadal trzymam dystans, czuję się jakbym znała Pana od lat. To wyjątkowe uczucie.
Patrzę...
Pociąga mnie Pan.
Siedzę obok i mam ochotę zanurzyc palce w Pana włosy, musnąć nosem policzek.
Czy mówił Panu ktoś, że pachnie Pan wolnością i spokojem? Pachnie Pan rosą, świeżym listowiem i promieniami słońca.
Z roztargnieniem mieszam łyżką w pustej filiżance.
Zagląda mi Pan przez ramię.
"Tam już nic nie ma poza wspomnieniem kofeiny" - mówi Pan a ja czuję Pana oddech na moim ramieniu.
Nie umiem się powstrzymać i scałowuję ostatnią kroplę kawy z brandy jaka została w kąciku Pana ust.
Milknę.
Przerażona własnym czynem.
Spuszczam wzrok.
Przerażona Pańskim spojrzeniem.
Ulegam.
Porażona gwałtownością Pańskiego jestestwa.
W końcu...

poniedziałek, 1 marca 2010

Okruchy się też kruszą, ale bankructwo zażegnane.

Szanowny Panie X.

Cały dzień czyhałam na Pana, w garści trzymając miłe okruchy dnia. A Pan nie przyszedł....
Z niepokoju i niecierpliwości zgniotłam okruchy w dłoni.
Okruchy też się kruszą, wiedział Pan?

Niepokój to paskudne uczucie, którego powinni zakazać. Karmiłam się nim cały ten czas - to silniejsze ode mnie.
Zmęczenie...
W każdym razie karmiłam się niepokojem, że od dziś zamienił Pan moje życie jak zamienia się mały sklepik osiedlowy na nowo otwarty market z mnóstwem promocji. Tam ciągle się coś dzieje, a u mnie?
Te same twarze, te same emocje niezmienne jak ceny ustalone przed laty.
Nuda...

Otwierałam już pudełko z samotnością by zjeść ją jak czekoladki, gdy wpadł Pan zziajany i zmęczony.
Ot, na chwilę.

Ja się przyzwyczaiłam do tego, że Pan jest, proszę Pana. Gdy Pana nie ma, to jakoś mi tak dziwnie pusto i głucho. Nie chcę myśleć co by było, gdyby Pana nie było.
Nie myślę więc, nie zastanawiam się, nie gdybam..
Dość, że Pan wrócił.
Wstrzymam się z ogłoszeniem bankructwa.

Ja wiem, że o małych sklepikach się zapomina. Tak samo jak o ludziach, którzy są cisi i niepozorni. Takich, którzy nie pchają się na pierwszy plan, a stoją na uboczu. Takich, którzy płaczą w kącie i śmieją się cicho. Oni są jak te sklepiki osiedlowe - małe, rodzinne, pełne ciepła, ale niepozorne. Inne od wszystkich innych.
Tylko czy w markecie ktoś zapamiętałby, że lubi Pan mandarynki, proszę Pana?

niedziela, 28 lutego 2010

Remedium na bezsenność...

Listy do Pana X tworzą się same. Po prostu piszę coś, piszę, piszę.... a tu kolejny list wychodzi, jakby ręka sama chciała wyrzucić wszystko co we mnie siedzi i powiedzieć mu. To zaczyna się robić straszne. Co będzie jeżeli ona postanowi napisać coś, co wolałabym zatrzymać dla siebie?


Szanowny Panie X.

Odwiedza Pan moje życie od czasu do czasu. Miło tak popatrzeć na Pana, gdy Pan krąży pomiędzy zdarzeniami jak między półkami w supermarkecie. Wybiera Pan, ogląda, obmacuje każdą myśl, każdą emocję, każdą informację. Zupełnie jakby Pan kupował owoc i sprawdzał, który dojrzalszy, słodszy, soczystszy...

Z pewną fascynacją zerkam zza węgła, chociaż w chwili obecnej obnaża mi Pan duszę i raczej w poczuciu skromności powinnam się schować. Tymczasem chwyta Pan w szczupłe palce nowe znalezisko. Z rozbawieniem ogląda Pan je z każdej strony i smakuje je Pan jak wyborne wino.
Wyciągam szyję by dostrzec cóż to.
Ach.
Histeria.
Moja histeria z ostatnich kilku tygodni.
Odwrócił się Pan w moją stronę i tym wstydliwym uczuciem wzniósł Pan toast. To okrutne. To okrutne, tak mi wypominać pewne rzeczy. Aż się zarumieniłam.

Przyznaję, histeryzuję nieco. Ostatnio troszkę więcej, ale nic na to nie poradzę. To z przemęczenia. Gdybym mogła się wyspać... Ech. Ale nie mogę usnąć.

Potrzyma mnie Pan za rękę?

sobota, 27 lutego 2010

Ja jestem, proszę Pana, na zakręcie...

Ludzie listy piszą, piszę i ja, a że ich nie wysyłam to już całkiem inna historia... A nie wysyłam ich bo nie jestem pewna czy wszyscy by sobie życzyli dostać te wiadomości albo nie znam adresu, czasem po prostu powstają pod wpływem chwili... jak ten do Pana X.


Szanowny Panie X.

Wszedł mi Pan do życia jak do sklepu. Powiedział: "Poproszę połowę myśli, ćwierć duszy i garść zaufania". Zapłacił Pan i wyszedł, a sprzedawczyni już wciągnęła Pana na listę stałych klientów otwierając rachunek kredytowy bez limitu. Powinnam się od Pana uczyć...

Wczoraj wieczorem słuchałam Jandy. Mówiłam Panu, że jest genialna? Ja byłam tam, Pan gdzie indziej, a mimo to moje myśli oscylowały wokół Pana jak ćmy wokół lampy. Czy Pan nie wie jaki to nietakt wobec boskiej Krysi i jej "Kobiety zawiedzionej"? Byłaby szczerze oburzona wiedząc, że słuchając jej myślę o niebieskich migdałach (Właściwie o Pańskich oczach i uśmiechu, ale nie wyprowadzajmy jej z błędu. Niebieskie Migdały brzmią tak egzotycznie, a wielka K.J. mogłaby nie zrozumieć mojej fascynacji Pana fizjonomią)

"A ja jestem, proszę Pana, na zakręcie.
Moje prawo to jest Pańskie lewo.
Pan widzi: krzesło, ławkę, stół,
a ja - rozdarte drzewo..."

Mogłabym zaśpiewać tak Panu, ale wcale nie jestem pewna czy w sprzętach domowych nie zobaczyłby Pan kawałka Puszczy Amazońskiej. Widzi Pan stanowczo zbyt dużo.

Ja jestem, proszę Pana, na zakręcie. Boję się zrobić krok w przód, nie chcę robić kroku w tył. A Pan?
A Pan raz mnie kusi z dali przede mną, zaś innym razem nawołuje zza pleców sugerując odwrót. Już mi się w głowie kręci od tego.

Dlaczego nie powiedział Pan, że lubi taki zamęt?

Poszlibyśmy na karuzelę....

czwartek, 25 lutego 2010

Trwać, tak po prostu być...

"Och, miłości moja, tęsknię za tobą, tę tęsknotę jak ból czuję w skórze, w gardle, z każdym oddechem mam uczucie, jakbym wdychał pustkę w piersi, w których już cię nie ma..."

Tak w swojej "Grze w klasy" pisał Julio Cortázar.

Tęsknię. Boleśnie tęsknię. Aż do utraty tchu.
Nie lubię 25 lutych. Od pewnego czasu ich nie znoszę. Odkąd Kochana odeszła...

Całą noc nie spałam, znowu...

Tęsknię za Kochaną.
Tęsknię za jej ciepłem i cierpliwymi ramionami, w które uciekałam ilekroć życie bolało.
Tęsknię za jej łagodnym uśmiechem i spokojnym oceanem słów, jakim mnie obmywała, gdy brały mnie nerwy.
Tęsknię za kojącym dotykiem jej dłoni, którymi osuszała mi łzy.
Tęsknię za jej jasnym uśmiechem, który rozjaśniał nawet najbardziej ponure dni.
Tęsknię za jej mądrym spojrzeniem, które widziało wszystko na wskroś.
Tęsknię za jej bystrym umysłem, pełnym dobrych rad i dobrych słów dla każdego.
Tęsknię.

Dzisiejszy wieczór otulona w ciepły koc i zaopatrzona w zapas świeczek, najchętniej spędziłabym przy jej obecnym łożu. Wśród kwiatów, liści, niepowtarzalnego zapachu miejsca wiecznego spokoju. Ułożyłabym się opierając policzek o zimny kamień.
I trwałabym.
Ciągle i niezmiennie.
Wpatrując się w płomień świecy.
A potem kolejnej.
Całą noc...
W ciszy.

Tęsknię za Kochaną. Najdroższą mi. Najukochańszą. Za Aniołem. Moim. Jedynym. Tym, który zawsze miał dla mnie czas.

Nie chcę rozmawiać.

Miałam nadzieję nie tęsknić. Planowałam iść na koncert Moodlight, którego managerem jest Jacek. Nie mogę. Pójdę i będę siedzieć płacząc. Przy tych wszystkich ludziach. Nie mogę. Planowałam się uodpornić na tęsknotę. Nie umiem.

Dziś nie chcę marudzenia. Nie chcę pretensji. Nie chcę rozmów. Chcę milczenia. Wyrozumiałego i bezpiecznego. Jeśli potrafisz spędzić z kimś pół godziny w zupełnym milczeniu i nie czuć przy tym wcale skrępowania, ty i osoba ta możecie zostać przyjaciółmi.
Potrzebuję. Pragnę. Przyjaciela. Dzisiaj. Pragnę jego ramion i milczenia. Pragnę jego cichego towarzystwa w drżącym blasku świecy. Pragnę by nie krzywił się na moje łzy i nie pytał co się stało. Pragnę by był, by trwał. Ze mną. W bezpiecznej ciszy. Bez rozedrgania. Po prostu...

Tymczasem zamknę się sama w pokoju, zapalę świeczki dla Kochanej, naleję nam obu wina, mimo że ona nigdy nie piła. W milczeniu przerywanym "Ciszą", otulona kocem będę prosić o oddech. Spokojny i krzepiący. Będę prosić o duszę. Taką, która trwać będzie z moją duszą ramię w ramię. Taką, która będzie. Po prostu...

Jak ja...

Pamiętam...
Kochaną...
Pamiętam ją radosną, gdy trzymając mnie za rękę szła na targ. Pamiętam zmęczoną, jak gładziła mnie po włosach, po swoim ciężkim dniu pracy. Pamiętam jak czarowała w kuchni, dosypując do garnka kolejne przyprawy. Pamiętam każdą kolejną zmarszczkę, którą witała z cichym śmiechem, uważając, że dodają jej piękna.
Pamiętam ją z twarzą wykrzywioną bólem, gdy rak zjadał ją od środka i wyciskał powietrze z płuc. Pamiętam ją płaczącą bez słowa skargi. Płakałam z nią. Ukradkiem. By nie widziała.
Pamiętam ją wtuloną we mnie, gdy gasła powoli z maską tlenową na twarzy.
Bez słów.

Nigdy się nie skarżyła. Nigdy nikomu nie powiedziała złego słowa. Przez małe gesty każdego dnia pokazywała jak bardzo nas kocha. Płakała na boku, w kącie. Nie chciała sprawiać kłopotu. Uważała, że i tak już mamy za dużo na głowie.
Była mi bliska, często bliższa niż własna matka. Nie chodziło o to, że rozpieszczała do granic możliwości... Ona po prostu z całą łagodną cudownością prowadziła przez ścieżki życia nie pozwalając upaść i zabłądzić. Nauczyła mnie wiary w ludzi, w to, że w każdym można znaleźć coś pięknego. Nauczyła mnie, że każdemu należy się szansa, że nie wolno nikogo skreślać ostatecznie. Nauczyła mnie nie oceniać ludzi powierzchownie, patrzeć głębiej, szukać w sercu. Nauczyła mnie wdychać zapach wolności unoszący się nad Narwią. Nauczyła doceniać to, co wokół nas. Nauczyła mnie czuć prawdziwie. Nauczyła mnie przekuwać porażki w coś wartościowego, w naukę dla siebie. Nauczyła, że na wszystko przychodzi czas, że na nic nie jest za późno. Nauczyła mnie żyć.
Uwielbiam ją. Była wyjątkowym człowiekiem jakiego nie spotkałam nigdy przed nią i nigdy po niej.

Kochana...
Jak można pomieścić w sobie,
Tyle troski, ciepła i miłości.
Jak można podarować innym,
Tyle uśmiechu, dobroci, radości.
Jak można zdobyć zdolność,
By w trudnych chwilach
nieść pociechę.
Jak można,
powiedz Babciu,
stać się jak Ty,
cudownym człowiekiem?

Mówią, że mam jej charakter. Chciałabym. Niczego w życiu nie pragnęłabym bardziej niż być jak ona.
Irenka.
Babcia.
Kochana.

Pozostała tylko czerwona świeża róża w wazonie i laurka z napisem: „Kochanej babci…”

środa, 24 lutego 2010

Sprostowanie

Są rozczarowania przynoszące zaszczyt tym, którzy są ich przyczyną.

Jedno takie przeżyłam. Może nawet nie tyle rozczarowanie ile nieporozumienie, które stało się moim udziałem. Jak zwykle coś opacznie zrozumiałam.
Przepraszam Kudłaty, że posądziłam Cię o brak zaufania. Myliłam się. Cholernie się myliłam.

Zaufanie jest czymś tak pięknym, że nawet największy oszust odczuwa pewien szacunek dla tego, kto go nim obdarza.
Byłam nie tyle wściekła ile zbyt rozżalona by to dostrzec. Słowa, które zrozumiałam na opak bolały.
Dobrze, że tym razem zamiast się dać ponieść swoim emocjom, zgodnie z Rozumem i Sercem, wstrzymałam się od wybuchu i porozmawialiśmy.

Niewyspanie jest jedyną wadą rozmów z Tobą.

A do tej konkretnej rozmowy mam jedno słowo komentarza: Dziękuję...


Połówko jabłka... z ogonkiem ;-)

niedziela, 21 lutego 2010

Każda łza uczy nas jakiejś prawdy.

Dlaczego płaczemy?
Czasem z radości, czasem ze smutku, a czasem bez powodu płaczemy. Przez łzy wyrażamy to co czujemy. Nierzadko jest to ból, gorycz i smutek. Płaczemy w chwilach narodzin i chwilach śmierci. W ważnych momentach, często brak nam słów, a jedyne co potrafimy wyrazić, to płacz. Bardzo często płacz jest uznawany za naszą słabość i przejaw bezradności. Płaczemy w chwilach kryzysu bo czujemy, że nic już się nie da zrobić, a jedyne co nam pozostało to właśnie łzy.
Niegdyś w chwili zagubienia otrzymałam mailem niecodzienną wiadomość, która mnie wzruszyła. Krótka opowiastka o kobiecych łzach, o ich naturze...
"Dlaczego płaczesz? - młody chłopiec zapytał swą mamę.
- Ponieważ jestem kobietą, odpowiedziała mu.
- Nie rozumiem, odpowiedział. Ona go przytuliła i rzekła: ...i nigdy się nie dowiesz, ale nie martw się to normalne.
Później chłopiec spytał swojego Ojca, dlaczego Mama płacze bez powodu? - Wszystkie kobiety płaczą bez powodu. ...było to wszystko co mógł mu odpowiedzieć. Mały chłopiec urósł i stał się mężczyzną i wciąż nie wiedzą dlaczego kobiety płaczą. Nareszcie uklęknął złożył ręce i zapytał: Boże... Dlaczego kobiety płaczą (tak łatwo)?
A Bóg mu odpowiedział...
- Kiedy tworzyłem kobietę postanowiłem ją uczynić wyjątkową. Stworzyłem jej ramiona na tyle silne by mogła dźwigać ciężar całego świata! Dałem jej nadzwyczajną siłę, pozwalającą jej rodzić dzieci jak również znosić odrzucenie, spowodowane czasem przez jej własne dzieci! Dałem jej stanowczość, która pozwala jej na opiekę nad rodziną i przyjaciółmi.Niestraszna jej choroba! Stworzyłem ją wrażliwą, aby kochała wszystkie dzieci, nawet wtedy, gdy jej własne ją bardzo skrzywdzą!
Dałem jej siłę, aby opiekowała się swoim mężczyzną mimo jego wad, Zrobiłem ją z żebra mężczyzny, tak, aby chroniła jego serce! Dałem jej mądrość, aby wiedziała, że dobry mężczyzna nigdy nie skrzywdzi swej kobiety. Czasem jednak testuje jej siłę i wytrwałość w wierze w niego. Na sam koniec dałem jej również łzę do wypłakania. Jest to jej jedyna słabość! Jeśli kiedyś zobaczysz, że płacze, powiedz jej jak bardzo ją kochasz i jak wiele robi dla innych. I jeśli nawet wciąż płacze, sprawiłeś, że poczuła się lepiej."

Nawet po tych kilku latach lubię wracać do tych słów i przez chwilę zatrzymać nad nimi.
I zawsze patrzę na ostatnio minione tygodnie z pytaniem: Dlaczego płakałam? Każda łza uczy nas jakiejś prawdy, czego więc nauczyły mnie moje?

Spojrzałam wstecz. Łez było dużo, ale nie jestem przekonana czy wszystkie nauczyły mnie czegoś. Jednak znajdą się dwie, które na pierwszy rzut oka mnie napadły.
Obie dotyczą zaufania i przyjaźni. Te dwa aspekty po sprawie z Paulem splotły się w jeden nierozerwalny węzel. Swój mały węzełek doplótł też Kudłaty. Obaj przypomnieli mi dwie sentencje łacińskie. A nauki płynące z obu przerażają mnie i usilnie staram się ich nie łączyć.
Paul potwierdził starą prawdę: Qui saepenumero nos per fidem fefellerunt, eorum orationi fidem debere non habemus. Mieli rację starożytni, twierdząc, iż nie powinniśmy darzyć zaufaniem tych, którzy nas często w tym zawiedli. Moja naiwność i wiara w to, że każdemu należy się druga szansa, kolejny raz podcięła mi nogi. Upadłam, potłukłam sobie tyłek, podniosłam się i pójdę dalej. Bez Paula i jego prawd życiowych. Następnym razem, gdy pojawi się w okolicy strzelę do niego ze śrutówki. Jak do Panny Rozpacz.
Kudłaty nie uzurpował sobie prawa do potwierdzenia łacińskich powiedzonek. On zadał im kłam. Do tej pory żyłam w błogim przeświadczeniu, że zaufanie to rzecz obopólna. Habita fides ipsam plerumque fidem obligat. Otóż nie. W kilku bardzo treściwych słowach dowiedziono mi w jakim błędzie tkwiłam. Chylę czoła przed przeprowadzeniem tak sprawnego i przekonującego obalenia twierdzenia funkcjonującego od lat. Powiedziałam, że postaram się o tym pamiętać. Kolorowałam. Ja Z PEWNOŚCIĄ to zapamiętam i będę miała na uwadze. Dlaczego? Bo mam dobrą pamięć. Bo to coś co mnie... nawet trudno mi się do tego ustosunkować. Zabolało? Chyba nie. Zirytowało? Nawet nie... Sprawiło przykrość? Owszem... Dało nauczkę? Do końca życia... Słowa "Jesteśmy przyjaciółmi", które kiedyś padły, nagle zyskały nowy wymiar, lecz czy zyskały również głębię? Z całą pewnością nie. Bo przecież w tym wszystkim nie ma wyjątków... Po prostu, naiwności moja, kolejny raz dostałaś po nosie ;) Lepiej wcześniej niż później.
Amicum laedere ne ioco quidem licet, więc nawet przez myśl mi nie przemknął żaden komentarz. ;-)
In amicitia nihil fictum est, nihil simulatum et quidquid est, id est verum et voluntarium. I to ostatnie sprawia, że mój stosunek i moje poglądy się nie zmieniły. I mimo wszystko doceniam szczerość tej chwili obalania mitów. Wstrząśnięty niedawnym odkryciem Rozum nawet nie analizuje rozmów poprzednich, nie zastanawia się nad tęsknotami i bezinteresownością zachowań. Wierzy. Przyjmuje rzeczy takimi jakie są, nie doszukuje się ukrytych znaczeń. Po prostu...
Tylko gdzieś na dnie, skryte za mostkiem, głupie Serce szepcze: Czy można zaufać komuś kto nie ufa Tobie?

piątek, 19 lutego 2010

Bhí mé leat

Ja to ty

Wysłuchaj mnie, bo ja to ty
Choć pewnie trudno ci uwierzyć
Że ty i ja, że ja i ty
Tak wiele mamy wspólnych przeżyć

Słuchając mnie o sobie słuchaj
Bo więcej łączy nas niż dzieli
Więcej tu pokrewieństwa
Niż my sami tego chcieli

Opowiedz mi, opowiedz
Opowiedz mi wysłucham cię
Opowiedz mi o sobie
A ja słuchając zdziwię się
Jak wiele mnie jak wiele mnie
Jest w tobie
Wiele mnie ...
Jak wiele mnie jest w tobie
Wiele mnie …

/Indios Bravos/


Czasem życie płata nam przedziwne figle. Rozum poszedł spać, Serce przysiadło się do mnie na swoim zydelku i nuciło melodię. Rozpoznałam Indios Bravos. I mimo całego szacunku dla Serca, to jednak wolę oryginalny głos Gutka. Ale nie idzie mi o teraz o zdolności wokalne Serduszka. Idzie mi o treść piosenki. Niezwykle rzadko zdarza się byśmy na swej drodze spotkali kogoś komu moglibyśmy zadedykować powyższe słowa. Ja miałam w życiu szczęście. Spotkałam dwie. Jedna odeszła wiele lat temu. Druga żyje, oddycha, śmieje się... I nie chce słyszeć, że jest MAC. Bo to ją, tę osobę, rusza, rozczula, drażni, nie zgadza się ze mną (*niepotrzebne skreślić).

Poza tym w moim życiu jakiś czas temu pojawił się Pan X. Ważna dla mnie persona. Dlaczego? A niechże to pozostanie moją tajemnicą.... :-))))) Grunt, że wywołuje uśmiech na mojej gębie.

czwartek, 18 lutego 2010

Bo we mnie jest seks.... - czyli zróbmy rachunek sumienia.

PMS przeminął z wiatrem, przynajmniej do następnego miesiąca, a we mnie znów narasta to coś...
Seks, namiętność, pasja - to wszystko przeplata się we mnie, kotłuje a potem absorbuje mi myśli.
- Co we mnie siedzi takiego? - zapytałam kiedyś Agunię, gdy po raz 1345 rozkładałam siebie na czynniki pierwsze (a właściwie nie siebie, tylko moje relacje z ludźmi). Aga spojrzała na mnie i z pełną powagą rzekła
- Siostra, Ty jesteś Skorpionicą... - i wróciła do picia herbaty.
Zupełnie jakby to wszystko miało wytłumaczyć.
Innym razem w pizzerii na Dworcu Centralnym w Warszawie, siedząc z Wojtkiem przy kawie, gdzieś w krótkiej przerwie pomiędzy jego pociągami (głupie PKP!) usłyszałam: - Bo w Tobie się łatwo można zakochać.
Powtórzę w odpowiedzi cytując jedno z najczęściej powtarzanych przez Szymona słów: BZDURA!
We mnie ludzie się nie zakochują. Można się mną zafascynować, zaintrygować, można mieć ochotę mnie udusić, ale nie zakochać...
Dlaczego? Już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż jestem istotą dziwną. Jak kosmita. Nie mam tylko zielonej skóry i wielkiej głowy z czułkami. O aspektach estetycznych mojej fizjonomii trudno mi mówić, bo z natury jestem zbyt samokrytyczna. Wbrew pozorom. Spróbujmy jednak...
Pierwsze wrażenie, to dla tych płytkich jest ostatnim. Dlaczego? (to moje ulubione słówko)
Ponieważ Ci płytcy potrafią spojrzeć jedynie na formę, a gdy ta im się nie spodoba nie wnikają głębiej, nie doszukują się więcej. A moja forma jest gruba. Nie bójmy się tego słowa.
Jestem gruba. Proporcjonalna przy tym, to fakt, ale nadal gruba. Mówiąc, że lubię moje ciało, skłamałabym. Toleruję je (poza niektórymi rejonami, które na serio uwielbiam xD ). Mówiąc, że go nie lubię, również łgałabym jak z nut.
Mam grube nogi z równie potężnymi łydkami, szerokie biodra i nieduży brzuszek. To są te rejony, których w sobie nie lubię.
Jest pupa z dużymi acz zadziwiająco umięśnionymi pośladkami - zaświadczyć może ten, kto chociaż raz próbował mnie uszczypnąć mnie w tyłek! ;-)))))))) Wyżej zaczynają się miejsca, które w sobie lubię.
Piersi... Dawno, dawno temu T. w przypływie szczerości wyznał, że o moich piersiach można napisać poemat. Potem wygłosił coś na kształt zabawnej fraszki, która spowodowała, ze atak śmiechu o mało co mnie nie zabił. Ale to nie jest istotne. Ważne natomiast jest to, jakie właściwie one są. Spore całkiem... Duże.... Gigantyczne... To określenia, których bym użyła. Ciężkie... i niewiarygodnie wrażliwe. Uwielbiają pieszczoty i nie lubią być pomijane. Kłócą się ze mną o staniki, bo lubią dobrze wyglądać. Lubię je w sobie.
Kontynuujmy spacer - kolejnym przystankiem jest szyja i ramiona. Gładka skóra, kilka pieprzyków... Wrażliwość w skali 1 do 10? Jakieś 8.
Wyżej jest już jedynie głowa.
Zaokrąglona acz raczej łagodna twarz.
Usta w sam raz. Pełne, miękkie, nie za duże, nie za małe. Lubiące naturalność. Szminki nie uświadczysz na nich, co najwyżej ochronną albo błyszczyk.
Zgrabny nosek. Na nim piegi. Lubię te małe pocałunki Słońca. Nie rozumiem zupełnie jak można chcieć się ich pozbyć? One nadają twarzy takiego urokliwego wyrazu.
Schowane za okularami oczy. Te lubię chyba najbardziej. Lubię ich kształt, - całkiem regularny. Lubię ich kolor - zmienny i zależny od nastroju. Lubię ich wyraz - są szczere i znaleźć w nich można każdą emocję, która mnie ogarnie. Okolone całkiem normalnymi i przeciętnymi rzęsami...
Włosy - na głowie mam ambaras. Zmieniam kolor włosów i fryzurę zależnie od nastroju i fazy księżyca, także nie warto się nimi zajmować.
Warto za to zajrzeć pod czaszkę. Tam znajduje się Mózg. To królestwo Rozumu, który nie lubi gdy mu się przeszkadza. Wybaczcie, więc, że do środka mu zaglądać nie będziemy. Grunt, że mózg jest najbardziej erogenną częścią mnie. Wszystko ma swój początek tutaj.
Zakończyliśmy spacer po moim fizycznym JA. Tym, które możecie dostrzec na Dzień dobry. Jeżeli ktoś nie zatrzyma się by pogrzebać głębiej - jego strata :-) Bo to co w sobie lubię zaczyna się głęboko pod powierzchnią - Osobowość.
Jestem Skorpionicą i nie jestem pozbawiona przywar tego znaku. A jakie w ogóle są te Skorpionice? Po małym reaserch'u w sieci udało mi się zsyntetyzować informacje i wyszło mi takie cuś:

KOBIETA SKORPION

Pierwsze wrażenie? Jest tajemnicza. Do perfekcji opanowała więc sztukę milczenia, które mówi wszystko. Gdy spotyka mężczyznę, który budzi jej ciekawość, wrażenie, jakie to na niej robi, objawia się tylko lekko dostrzegalnym poruszeniem. Nie ma w zwyczaju się spieszyć. Instynkt drapieżnika mówi jej, że nie powinno się przedwcześnie zdradzać swoich zamiarów. Lekceważąco odnosi się do banalnych sztuczek - zalotnych uśmiechów i zakładania nogi na nogę. Gdy znajduje się w towarzystwie takich kobiet, stanowi do nich silny kontrast. Jej metoda okazuje się skuteczna. Mężczyzna odbiera wyzwanie czując, że musi podjąć ten niemy dialog, jeśli nie chce okazać się małym chłopcem.

Jest zdolna do wielkich namiętności. Nie celuje dla zabawy w różowe, emaliowane serduszka. Jej strzały są prawdziwe i wbijają się głęboko. Kontakty z mężczyznami motywowane są emocjami i głębokimi potrzebami. Nie zna letnich uczuć. Albo pochłaniają ją całkowicie, albo wcale. Pożąda i nienawidzi. Kogo zaś pokocha, pragnie posiąść na zawsze. Nie ma określonego typu mężczyzny, który jej się podoba. Nie ma znaczenia jaki kolor mają jego oczy, czy nosi garnitur czy sweter. Ważne jest to coś, co sprawia, że chce poznać go bliżej. Nie zawsze dowierza intuicji, pragnie wiedzieć o nim wszystko, czytać w jego sercu. Nie chciałaby oddać serca człowiekowi powierzchownemu lub co najgorsze tchórzliwemu. Kto chce zaskarbić sobie jej względy musi udowodnić, że stać go na wiele. l jeszcze jedno. Nie powinien nigdy próbować zabawiać jej opowieściami o swoich miłosnych podbojach. Nie ma ochoty dzielić z nikim miejsca ani w jego sercu, ani pamięci!

Nie istnieje dla niej miłość platoniczna, ale erotyczne pasje nie mają nic wspólnego z obsesją. Różnią się od niej tym czym znawca kuchni odróżnia się od pospolitego obżartucha. O ile pierwszy potrafi zachwycić się wykwintnością dania o tyle drugi rzuca się na pierwsze lepsze jedzenie powodowany wiecznym ssaniem w żołądku. Ona jest mistrzynią celebracji. Noc z nią zaczyna się od pobudzenia apetytu - prowokacyjnych pieszczot, śmiałych, budujących napięcie, ale jeszcze nie obiecujących dalszego ciągu. Dopiero, gdy naprawdę zachce posunąć śle dalej, gra ciał zaczyna się na dobre. Pełna niespożytej energii i zmysłowości, kocha się z zapamiętaniem i determinacją z jaką zdobywa się szczyty.

Życie z nią prowadzi do nieba lub piekła. Zanim ktoś postanowi ruszyć w drogę niech przeczyta co napisane jest na drogowskazie! Jej dewiza to "wszystko" albo "nic". Zdarza jej się więc "zużyć" kilku mężów udowadniając to światu. Przeszkodą w jej drodze do szczęścia jest zaborczość i przesadna emocjonalność. Szczęście to dla niej stan trudno osiągalny, oznacza bowiem sytość uczuć, ufność i spokój, czyli to wszystko co jest jej z gruntu obce. Woli bawić się w wojnę i pokój, przechadzać się wśród beczek z prochem. Jej związki z partnerem bywają trochę zbyt intensywne. Zwykle zbyt wiele daje by łatwo się zadowolić. Prowadzi życie pełne wzlotów i upadków i pełną determinacji walkę o dominację. Jak każdy szanujący się drapieżnik, stara się być arbitrem, a nie niewolnikiem swoich pożądań. Emocje, nad którymi nie panuje niszczą ją. Na szczęście ma silną osobowość. Przywiązuje się do mężczyzny, którego szanuje i podziwia, a jej podziw nie zależy od urody, ani stanu konta. Trudno jest jej pogodzić się ze zdradą lub brakiem lojalności. Jeśli ktoś ją zawiedzie już nigdy nie jest tak jak było. Krainę gorących uczuć od lodowatej obojętności dzieli przepaść cieńsza niż włos...

Oto mój obraz według tego co znaleziono w ogólnie dostępnych źródłach. Wirtualnie stworzony portret. Zadziwiająco prawdziwy...





środa, 17 lutego 2010

Bo jest paru ludzi, ogień i Venus :-D

No dobrze. Przetrawiłam wszystko. Kotłowało się to we mnie kilka dni i nareszcie dojrzało do narodzin. Już bez bólu.
Zostałam zraniona i sprzedana. Zdradzona i oszukana. Zdarza się. Przykre, ale zdarza się.
Bolało jak cholera, ale trudno żeby nie bolało kiedy po kilku latach ktoś ci wydziera kawał serca i na twoich oczach wyrzuca do kosza.
Paul to zrobił. Zawiódł na całej linii, zachował się jak ostatni cham i kawał ...piiiiiiiii... (Obiecałam nie bluźnić. Moje małe postanowienie). Musiałam to przeboleć. Co prawda przez te moje bóle porodowe nieźle dałam w kość innym, za co przepraszam.
PRZEPRASZAM! * Kaja się, pada do stóp, piecze sernik, chociaż to post. *
Obiecuję poprawę i przestaję już zachowywać się jak ostatnia sucz.
Chwilowo wracam do korzeni, czyli odkurzyłam płyty zespołu o wdzięcznej nazwie IRA.


Pięć po dwunastej więc pora już wstać
Dzień mocno chwycić nim on złapie mnie
Otwieram oczy i biorę się w garść
Nie ma czym przejmować się

Bo jest paru ludzi
Bo jest parę w życiu dobrych chwil
Bo jest parę złudzeń które warto mieć by żyć
Choć raz, tylko raz, tu na ten świat
Bóg nam pozwala przyjść
Zawsze lepsze coś niż nic

W kieszeni pusto czyli bez zmian
Nie będę przecież ganiał jak pies
Czy sięgnę nieba czy sięgnę do dna
Wszystko do przeżycia jest

Bo jest paru ludzi...

Z bagażem pełnym snów
Po wszystko i po nic
Wyruszam dziś donikąd znów
Lecz zawsze warto iść

Przez dzień do nocy, od nocy po dzień
Bez planów życie to cały mój plan
Mieć mogłem więcej, mam za to dziś mniej
Nie bój się wystarczy nam

Bo jest paru ludzi...
Otwieram oczy i biorę się w garść

wtorek, 16 lutego 2010

An fhoghlaim mé riamh?

Czy ja się kiedykolwiek nauczę? - zapytałam dziś siadając z Panną Melancholią do herbaty. Pan Rzeczywistość zaszył się w kącie z talerzem pełnym pierogów z kapustą i postanowił jawnie nas ignorować. Rozum i Serce poszli na spacer stwierdzając, że po dzisiejszym dniu potrzebują wytchnienia.
A ja zostałam z Panną Melancholią i jej zieloną herbatą pachnącą różą. A wraz z nią czekała na mnie Panna Refleksja, milcząca od dni kilku.
-Czy ty nie przesadzasz aby?- zapytała cichym i szeleszczącym miło głosem
-Czy ja przesadzam? - zapytałam oburzona - Ja? Przesadzam? - nie dowierzałam własnym uszom - Przesadza to się kwiatki wiosną - odgryzłam się jej, ale ona niewzruszona pokiwała tylko głową z politowaniem.
-Oczywiście, że przesadzasz, Justyna. Pomyśl nad tym- na takie dictum zamilkłam. Miała rację. Przesadzałam. Ja wiem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni w związku z tym dlaczego jeden kłamliwy gad wychowany na mej własnej piersi miałby zachwiać moje zaufanie do ludzi? A jednak. Zachwiał. Świat zadrżał w posadach, a ja się zaczęłam zamykać. Niepotrzebnie.
Ja wiem, że wszystkiemu są winne te cholerne hormony. Hormony i ból. Przeklęta biologia, fizjologia i metafizyka. Dlaczego metafizyka? Nie wiem. Tak mi do koszyka przekleństw wskoczyła...
Wojti powiedział wczoraj, że nie wierzy iż Curie-Skłodowska odkryła rad gdy miała okres. To nie mogłoby mieć miejsca bowiem kobiety z okresem tracą zdolność racjonalnego myślenia. Patrząc na moje zachowanie rozszerzyłabym to jeszcze o grupę kobiet z PMS.
Zróbmy checklistę i zobaczmy czy kwalifikuję się do określenia: jędzowata wariatka z piekła rodem.
1) kompletny brak zdolności racjonalnego myślenia-------- V
2) zachowania histeryczno-paranoidalne ------------------ V
3) niekontrolowane wybuchy płaczu ---------------------- V
4) równie niekontrolowane wybuchy śmiechu ------------- V
5) strojenie fochów ---------------------------------------- V
6) hodowanie much w nosie ------------------------------ V
7) awersja do pizzy pepperoni --------------------------- V
8) usilne próby zrobienia sobie dwóch kucyków mimo zbyt krótkich włosów------- V
9) przyjaciel twierdzi że go przerażam -------------------- V
10) przyjaciel nie-nazywa mnie tępą kurwą a ja się nie oburzam tylko zgryzam w sobie ----- V
11) obsesyjne wmawianie sobie że jestem do niczego ------------ V
12) równie obsesyjne wmawianie sobie, że jestem jeszcze bardziej do niczego ------V
13) niepohamowana potrzeba przytulenia się ----------------- V
14) siedzenie w ciemnym pokoju z 13 zapalonymi świeczkami -------- V
15) ........ jeżeli zacznę wymieniać wszystko, z całą pewnością zabraknie mi miejsca.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Ostatnio zachowywałam się jak wariatkowa jędza z piekła rodem.
Wybuchy złości, zazdrości, przygnębienie i depresja.... A to wszystko przez PMS. I okres. I wystarczyła jedynie maleńka kropelka w postaci biurowej suki i zdradliwego znajomego by kompletnie wyrzucić mnie z miłego, ciepłego gniazdka, które sama sobie uwiłam.
To PRZERAŻAJĄCE.
Ale bardziej przerażająca jest chyba lawina, z jaką wszystko potoczyło się potem.
Musiałam chyba sięgnąć dna by zauważyć co się ze mną dzieje.
Sięgnęłam
Dna wanny.
Pomogło.

poniedziałek, 15 lutego 2010

"Cisza" - jak pożegnanie...

Czuję się fatalnie.
Świat wydaje się dziś boleśniejszy niż zwykle. Ja zaś mniej cierpliwa. Tonę w tym bólu odczuwając go każdą cząstką siebie.

"Cisza" boli.
Dostałam ją na odprężenie, a tymczasem wyję przy niej.
Piosenka jak piosenka. Głos Krzysia Cugowskiego jak zwykle przyprawia o ciarki. Ale dziś....
Serce wali jak oszalałe. Słowa dźgają moje jestestwo. Dlaczego?
Brzmią dziś jak pożegnanie. Nie wiem czemu. Po prostu.
Moje obolałe ja dziś tak to odbiera.
Może dlatego , że znów serce mi krzyczy ciszą?

Kilka dni temu, Agunia coś mi uświadomiła. Nawet mi nie wstyd, że się z nią zgadzam. Ja się ZGADZAM. Całą sobą. Najmniejszą komóreczką. I wcale mnie to nie przeraża. A może powinno? Kobieta....
Bez żadnych wyrzutów sumienia.
Kobieta....
Kobieta?
Nie czuję się kobietą.
Nie dziś. Nie teraz.
Teraz jestem bólem.
Ciszą.
Ciszą, która boli.
Słowami.
Słowami, które bolą.
Jestem uosobieniem bólu, jego źródłem i celem.
Pragnę...
Pragnę ciepła rąk.
Pragnę ciszy, która koi.
Pragnę spokoju, który obejmie mnie z kołyszącym szeptem.
Pragnę kubka ciepłej, zielonej herbaty z jaśminem.
Pragnę zapachu waniliowego tytoniu na moim swetrze.
Pragnę masażu stóp.
Pragnę frytek z lodami śmietankowymi.
Pragnę ciepłego oddechu przy moim uchu.
Pragnę miękkiego futerka Luny ocierającej się o policzek.
Pragnę słów, które powodują że się uśmiecham.
Pragnę...

Pragnienia mnie relaksują.
Zajmują Rozum.
Zajmują Serce.
Dają chwilę dla siebie.

Krzyś Cugowski nadal brzmi jak pożegnanie... ale już nie płaczę.
Zatapiam się w swoje pragnienia powtarzane jak litanię.
To wszystko razem mnie wycisza.
Uspokaja.

Cicho...
mówię: Żegnam...

niedziela, 14 lutego 2010

...

Walentynki....

Parszywe skomercjalizowanie uczuć, które powinny trwać cały rok. Czerwone serca łypiące na mnie na każdym kroku wydają się drapieżne i klaustrofobiczne. Atakują mnie swoimi idealnymi kształtami dźgając moje ja szpikulcami reklam i słowami : Kocham Cię. I love you. Je t'aime.
Czy nikt nie widzi, że w ten sposób trywializujemy te najcudowniejsze słowa jakimi można obdarzyć innego człowieka? Odbieramy im całą ich magię i urok.
Nie lubię Walentynek. Nie znoszę ich. Straciły urok kilka lat temu, podczas jednej z kolacji przy świecach. Pffff.... Bokserki i wszystko jasne...
To była ostatnia kolacja przy świecach jaką przygotowałam. Nie mogę się przełamać od tamtej pory. Nie nadaję już żadnej takiej oprawy, nie nadaję znaczenia. A Walentynki? Dzień jak dzień. Staram się nie chodzić po mieście, nie odwiedzać sklepów, nie oglądać telewizji, nie włączać radia. Czy jestem zgorzkniała? Może odrobinę... Ale tak na prawdę nie w tym tkwi problem. Po prostu trudno mi się pogodzić z faktem iż większość ludzi traktuje Walentynki jako dzień, w którym powinno się być milszym, pokazywać drugiej osobie swoje uczucia. A potem co? Potem wracamy do starego... Do zwykłych kłótni. Do cichych dni. Do codzienności. Dlaczego? Czy uczucia nie powinny być pielęgnowane bez względu na datę? Czy mąż nie moze bez powodu przynieść żonie kwiatów chociażby w środę? Ot tak. Po prostu. Czy chłopak nie może dziewczyny przytulić mocno i szepnąć jej że ją kocha w poniedziałek? Czy kobieta nie może pocałować namiętnie swego mężczyzny w czwartek? Ot tak. Po prostu. Czy sami jako społeczeństwo musimy wystawiać nasze uczucia na sprzedaż jak na bazarze?
Nie kupuję nic na walentynki.
Owszem składam czasem życzenia. Szczere. Prosto z serca. Takie jakie często składam przyjaciołom w ciągu roku. Wtedy gdy za nimi zatęsknię. Wtedy gdy chcę. Wtedy gdy czuję, że to właśnie ten moment by powiedzieć: Kocham Was.
Jednak nie kupuję nic na walentynki. Nie dokładam się do tej komercyjnej maszyny.
Każdego dnia sprawiam najbliższym prezent.
Wszystkim na raz i każdemu z osobna
Krisowi - temu, z którym związałam swoje życie. Błądzimy, odnajdujemy się, znów błądzimy. Czasem wydaje mi się, ze już nic nie mamy wspólnego, ale jakimś cudem nie potrafię się odwrócić, bo znajduje się coś.... I nie potrafię tego odrzucić. Niezmiennie.
Tommy'emu. - temu, który nigdy mnie nie okłamał i który zawsze stawia mnie do pionu, choćbym nie wiem w jakiej rozsypce była.
Qoo - Który zawsze potrafi mnie jednako rozzłościć i rozbawić. Temu, który jako pierwszy przekonał mnie, że ja to ja i nie ma się czego wstydzić.
Aguni - mojej siostrze, która jest ze mną już tyle lat, że nawet najstarsi górale nie pamiętają nas oddzielnie. Jak siostry mleczne ;-)
Sarze - mojej córce z wyboru. Najcudowniejszej Ponurej Żniwiarce jaką ziemia nosiła. Z nią 9 złotych i śrubokręt na polu gigantycznych Królików nigdy nie zostaną zapomniane. Nigdy mnie nie ocenia, czasem przeklnie, ale i tak nie umiałabym bez niej żyć.
Lidzi - Lwiczce płowej, nieco rozhisteryzowanej czasem, ale tak uroczej w tym wszystkim... Tej, która tuląc się do mnie przegania płacz. I mój i swój. Nawet jeżeli przez chwilę wyjemy obie, to sekundę później śmiech drży wokół.
Zuzce - najmłodszej wiekiem w towarzystwie, ale czasem najbardziej dojrzałej z nas wszystkich.
Wojtjanowi - bez niego moje życie byłoby szare i dziwne. Głos rozsądku gdy tracę głowę. Stawia mi trudne pytania, których nie pozwala pozostawić bez odpowiedzi.
Mru - jest jak inne odbicie mnie samej. Może dlatego tak świetnie się rozumiemy? Nie muszę jej tłumaczyć nic, wszystko "czai" bez słowa ;-)
Kudłatemu - nie ja go wybrałam. Sam się wybrał. A właściwie to niepokorna dusza go wybrała. Co miałam zrobić? Nie będę się z głupią kłócić. Nie chce o tym słuchać, ale i tak Mo Anam Cara przylgnęło do niego. Człowiek, który w równie szybkim tempie potrafi doprowadzić mnie do śmiechu jak i do łez. Wywołuje kilka innych uczuć, które mniej lub bardziej mi pasują. Czasem mam ochotę ukatrupić go na miejscu, czasem uściskać, jeszcze kiedy indziej... sam wie co.

Dla nich wszystkich mam każdego dnia to samo.
Daję to, co mam najcenniejszego.
Daję siebie.
Każdego dnia bez słów powtarzam: Kocham.

sobota, 13 lutego 2010

Frank Sinatra i nieprzespana noc

W moim domu cisza.
Pełna niepokoju.
Pełna smutku.
Pełna rozedrganych emocji.
Moich.

Niepokój odbiera mi oddech.
Niepokój nieuzasadniony, niewyjaśniony.
Umykam przed nim do łazienki.
Zanurzam się w onieśmielający głos Franka Sinatry i ciepłe światło świec.
Zanurzam się w wodę pachnącą jaśminem.
Zanurzam się w siebie.
Zamykam oczy i zanurzam się w wyimaginowanym dotyku.
I głosie Franka S.
Cichym.
Przejmującym.
Przyprawiającym mnie o drżenie.

Zanurzam się pod wodę zaczerpnąwszy oddechu. Tam nie widać, że płaczę. Zanurzam się we łzach.
Słyszę bezgłośne pytanie: Po co?
To Panna Melancholia wkradła się do środka i przycupnęła półdupkiem na brzegu wanny. Mąci dłonią spokojną toń i nawołuje bym się wynurzyła.
Ty nie umiesz tak długo wstrzymywać oddechu, Justyna. Utopisz się - mówi trącając mnie palcem.
Może właśnie tego chcę? Może nie tyle siebie chcę utopić, a jedynie wszystkie niepokoje, całe to rozedrganie... Chciałabym zostać pod wodą dłużej, jednak posłuszna Pannie Melancholii i jej spokojnemu obliczu wynurzam się łapiąc haust powietrza.
Miała rację. Nie umiem dłużej wstrzymywać oddechu.
SMS
Lwiczka.
Kiepsko się bawi. Zabrałabym ją do siebie. Ot tak. Od zaraz.
Odpisuję.
SMS
Inna ważna dla mnie osoba.
SMS. Kolejny... i kolejny... i kolejny.
Oni są jak powietrze.
Przyjaciele.
Bez nich się topię.

piątek, 12 lutego 2010

Wczoraj runęły mury mojej Samotni.
Pan Rzeczywistość wspomagany wysiłkami Panny Melancholii, Panny Refleksji, Jędzy Zazdrość i niecnego Pana Pożądanie, okryci Sztandarem Państwa *** zmylili mnie pozornym odejściem i zaatakowali w chwili najmniej spodziewanej.
Stwierdzam, że poległam. Bez żadnej przykrości.

Właściwie uległam.

Ciepłu.
Dotykowi.
Zmysłom.
Pocałunkom.
Oddechom.
Słowom.
Szeptom.
Łaskotkom.

Rozum z Sercem zamilkli, bo jak sami stwierdzili, nie zwykli kłamać jednocześnie.

Przypominanie sobie bolało.
Bolało, bo świadomość boli.
Świadomość ciała.
Świadomość serca.
Świadomość duszy.
Świadomość nadziei.
Świadomość wad.
Świadomość zalet.
Świadomość błędów.

Boli świadomość, że nagle wspiera cię ktoś kto nie umie cię zrozumieć. A ten, kto cię rozumie, milczy lub ucieka.
I dociera do ciebie, że już nie wiesz na kogo możesz liczyć, komu ufać. Zastanawiasz się, czy to co słyszysz, widzisz jest prawdą czy już podkolorowanym obrazem, który chcesz zobaczyć. Plączesz się, gubisz, umierasz....

Dlaczego?

Żyjemy w czasach, w których bardziej wierzy się pozorom niż prawdzie uczuć duszy ludzkiej.
Dałam się w tę grę pozorów wciągnąć. Jestem tym zmęczona i zniechęcona, a przede wszystkim zła na siebie. Za naiwność i łatwowierność. Jakże łatwo ulegam. Jakże łatwo daję się zwieść. A jednocześnie chcę w tym trwać. Chcę ufać. Chcę wierzyć. Chcę ulec. Z masochistyczną przyjemnością czerpaną z własnej poranionej zawodami duszy chcę dzielić się sobą.

Po co?

Sama nie wiem właśnie...

czwartek, 11 lutego 2010

*Nikt nie odrzuca ciebie, odrzuca tylko to, kim jesteś według jego mniemania. Zresztą, jest to broń obosieczna, nikt też nie akceptuje ciebie. Dopóki ludzie się nie obudzą, po prostu akceptują lub odrzucają posiadane przez siebie wyobrażenie o tobie. Stworzyli sobie twój wizerunek i albo go odrzucają, albo akceptują.*

Anthony de Mello swoim "Przebudzeniem" zapadł mi w pamięć.

Dlaczego?

Sama nie wiem. Może dlatego, że jest to dla mnie łagodne wytłumaczenie poczucia odrzucenia, które czujemy. O ileż milej powiedzieć sobie: Oni nie odrzucają Ciebie. Odrzucają jedynie swoje wyobrażenie o Tobie. To, które sami stworzyli.

Łatwiej jest to zaakceptować, łatwiej się z tym uporać.

W mojej samotni panuje cisza.
Spokojna.
Błoga.
Moja.
Miła.

Nie wpuszczę do niej nikogo.

Wszystkie moje Panny Melancholie, Panny Rozpacz i Panowie Rzeczywistość trzymają się z daleka.

Nawet oni nie mają tu wstępu.

To Odludnia.
Moja.

Inny świat.
Mój.

Nie ma tu miejsca na akceptację i odrzucenie.
Nie ma miejsca na roztrząsanie własnych słabości.
Nie ma miejsca na zastanawianie się nad silnymi stronami.
Nie ma miejsca na opłakiwanie zranionej dumy, czy zszarganych uczuć.
Nie ma miejsca na radość czerpaną z każdego uśmiechu.
Nie ma miejsca na smutek.
Nie ma miejsca na dobro.
Nie ma miejsca na zło.

Cisza.
Spokój.
Równowaga.

Zatapiam się w nich.
Otulam się nimi jak płaszczem. Pozwalam by delikatnie muskały moją skórę, zapuszczając miękkie macki w tkankę, wtapiając się w nią. Wtapiając się we mnie. Głęboko. Daleko. Sięgając wszystkich neuronów.

Witam je z ulgą.
Pozwalają mi nie czuć.
Pozwalają mi nie myśleć.
Pozwalają mi nie widzieć.
Pozwalają mi nie słyszeć.
Gdyby jeszcze pozwoliły mi nie oddychać...

środa, 10 lutego 2010

Moja mała odludnia.

Odludnia, samotnia, pustelnia...

Jak zwał, tak zwał.
Ta jest moja. Własna. Jedyna.

Pełna ciszy i spokoju. Pełna mnie.

Samej.

Zaparkowałam w niej na własne życzenie. Dlaczego?

Bo lubię. Bo chcę. Bo tu jest bezpiecznie.

Bo tutaj nikt nikogo nie rani.

Bo mogę się otulić własnym uczuciami.

Bo każdą emocję przekuwam tu na równowagę.

Bo mogę być głucha.

Bo mogę być niema.

Bo mogę być ślepa.

Bo tylko tutaj mogę być w pełni sobą.

Kiedyś było inaczej.

Kiedyś...

Odeszło

sobota, 23 stycznia 2010

Kolejna gruba kreska postawiona w moim życiu.

Kolejna nadzieja, że będzie dobrze.

Kolejna wybrana droga.

Kolejny rok.


====================================================================

wtorek, 8 września 2009

A jednak lepiej byc samotną niż niemile widzianą...

Artyzm i wielkość Marka Twaina zawsze mnie prześladowały.
Odkąd pamiętam.
Prześladowały w ten miły i nieszkodliwy dla nikogo sposób.
Twain czarował mnie swoją twórczością.
Ostatnio robiłam porządek w przepastnych czeluściach domowej biblioteczki i w ręce wpadły mi "Pamiętniki Adama i Ewy". Uśmiałam się do łez. Do łez i przez łzy.
Bo ileż razy sama czuję, ze w moje życie wkradają się takie nieporozumienia? Ile razy ze strony bliskich doświadczam nieprzyjemnych słów i zachowań? Ile razy oni z mojej? Bez liku. Ale nie tylko ze strony bliskich. Ze strony tych dalszych również.
Czasem myślę, że to jest wpisane w nasze jestestwo, że nie ma ucieczki od niedopowiedzeń, niezrozumienia i błędów. Czasem żałuję, ze nie ma pigułek na niemiłość...
I żałuję, ze nie ma pigułek na samotność.
Często czuję się samotna. Nie sama, a samotna. Mogę być otoczona wianuszkiem znajomych i nadal czuję się samotna.
Bez zrozumienia.
Bez szans na poczucie się częścią ich grupy.
Uśmiecham się i kiwam głową.
Nadal Samotna.
Wolę jednak być samotną niż niemile widzianą...

sobota, 5 września 2009

Jesień się zbliża

Co robię ostatnio?
Śpiewam. W dużej ilości. Zachłystuję się Jaredem z jego seksownym "R". Upijam się głosem Aarona z jego cudownym wokalem. Odreagowuję ostatni stres odwiedzając kolejne światy, kolejne postacie. Ryczę nad "Milionem małych kawałków", wyję przy "Moim przyjacielu Leonardzie".
W nocy nie sypiam. Znów koszmary... Ale wiem, że miną. Zawsze mijają. Panna Rozpacz próbowała ostatnio przedostać się przez zasieki, ale ją odparto. Panna Refleksja siedzi cicha w kącie. nie ma dla mnie żadnych rad ostatnio. Jesień za pasem, to się oszczędza przed sezonem. Pogadanki zostawia sobie na długie i zimne wieczory. Pan Rzeczywistość za to szaleje. Dziś uraczył mnie uderzeniem o szafkę. Bo i po co chciałam słonecznika sięgać? Że niby do chleba dosypać? Pff. Mam te zachcianki... Wczoraj Pan Rzeczywistosć mnie nastraszył, ale wyszło pozytywnie. Szefowa mi poważną robotę przydzieliła. Nie wiem jak się z tym ogarnę. Jeszcze nie mam planu. Rozum mi się buntuje. Serce mi się buntuje. Zawiązali przedziwna koalicję i chcą chwili spokoju. Walczą o urlop. A w tej swojej walce są gorsi od zwiazków zawodowych, stoczniowców i górników razem wziętych. Bez kitu. Sięgają po terroryzm emocjonalny. Stawiają mnie pod ścianą i co ja mogę? Kapituluję licząc, ze ten ich urlop nie potrwa zbyt długo. Na odchodne zostawili mi paczkę z muzyką żeby się ode mnie głupoty trzymały z daleka. Pan Rzeczywistość śmieje mi się w twarz gdy proszę go o pomoc. Zamiast się za mną ująć to wyciąga swoje notatki i mi je pokazuje. Zapisał skubaniec wszystko co chciałam zrobić i trzyma to z żelazną konsekwencją. Moja rada dla Was? Nie obiecujcie sobie solennie niczego. Bo później taki kolejny terrorysta wytknie Wam to i rzuci tym w twarz... Wzruszam ramionami, zakładam słuchawki, włączam "Right Here" i drąc się z Aaronem biegnę przed siebie. Obiecałam przecież, ze będę biegać. Cham nie powiedział mi dziś, ze będzie padać rano. Zmokłam. Zimno mi. A on stoi i się śmieje. Nie upiekę mu już żadnego ciasta. Na złość. I na zdrowie. Przytył ostatnio. Panna Refleksja zrywa się z kąta i podchodzi do okna. "Samotność..." mówi tylko. Zamyślam się dzierżąc kubek gorącej herbaty na rozgrzanie. Samotność jest dla wszystkich taka sama. Bez względu na wiek, wyznanie, charakter czy miejsce zamieszkania. Nie są też ważne powody. Często nawet jej nie zauwazamy. Tak jak nie zauważamy w życiu wielu rzeczy. "Sceny naszego życia podobne są do obrazków w masywnej mozaice, które z bliska nie robią wrażenia; trzeba stanąć od nich z dala, aby ocenić ich piękno... Rzeczy teraźniejsze natomiast przyjmujemy w poczuciu tymczasowości, uważając je za nic innego, jak tylko drogę do celu. Dlatego to ludzie, spoglądając u kresu swych dni wstecz, stwierdzają zazwyczaj, że całe ich życie upłynęło pod znakiem "ad interim", i ze zdziwieniem widzą, iż to, co na ich oczach przechodziło tak niedocenione i mdłe, stanowiło właśnie ich życie..." przebrzmiewają mi słowa Schopenhauera. Panna Refleksja odwraca się od okna z uśmiechem. "Dobrze, że ty studiujesz życie, Justyna. Dobrze, że widzisz..." i wraca do kąta. Pan Rzeczywistość milknie i siada koło niej. Sadzam tyłek razem z nimi i się tak nad tym swoim życiem zamyślam. Panna Refleksja się myli. Często nie widzę. Ale przynajmniej się staram zobaczyć. To że sąsiadka ledwie idzie. To, ze samotny sąsiad nagle zaczął się uśmiechać. To, że na ramieniu Piotrka spod 98 przybył nowy tatuaż.... To, że ktoś potrzebuje, zeby go po prostu przytulić i pomilczeć. To, że ostatnio popełniłam kilka błędów i nie wiem jak je naprawić... Widzę. Staram się widzieć to wszystko. Notuję w Pamięci. Chcę żeby inni też widzieli. Chcę żeby wiedzieli. I wiem czemu zaczynam nucić...
Well I want you to notice
To notice when I'm not around
I know that your eyes
See straight through me
And speak to me
Without a sound

sobota, 30 maja 2009

Bo z ciebie to taki anioł...

Antoine de Saint - Exupery powiedział swego czasu, że "przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać". Moje skrzydła zapomniały jak latać już dawno temu. Często wokół siebie znajduję pustkę. Dzwoniącą w uszach ciszę. Dzisiaj T. powiedział mi coś, co Panna Refleksja uznała za warte uwagi. Później maltretowała mnie tymi słowami i swoimi przemyśleniami przez kilka godzin. Otóż szanowny Kawaler Orderu Jakojedynymogecimówićcochce uświadomił mi pewien fakt dotyczący mojego życie:

"Bo ty, Justka, jesteś jak taki anioł. Zjawiasz się w życiu człowieka, gdy najbardziej tego potrzebuje. Robisz rewolucję, wywracasz człowiekowi życie do góry nogami, stawiasz do pionu, godzisz z samym sobą... i znikasz. Jak anioł... tylko taki z podciętymi skrzydłami. A wiesz czemu? Bo ludzie zapominają o tobie. Sama im pozwalasz. I dlatego samotnie ryczysz w poduszkę, gdy jest ci źle"

Wściekłam się w pierwszej chwili. Ale po staranowaniu piersi Panny Refleksji, która wzięła T. w obronę, musiałam przyznać mu rację. Ludzie zapominają i trudno mieć im to za złe, skoro sama na to pozwalam. Ba! ja im to ułatwiam. Gdy tylko zaczynają sobie życie układać, przestaję się odzywać uznając, Bóg wie czemu, że mają ciekawsze rzeczy do roboty niż rozmowa ze mną. Działanie kompletnie pozbawione logiki i sensu. Tak samo się dzieje, gdy to ja potrzebuje pomocy, bo przestaję sobie z czymś radzić... Jednego dnia jestem, a drugiego już nie. Zamykam się szczelnie we własnej skorupce, schodzę głęboko do bunkra, otaczam się zasiekami z drutu kolczastego, a na straży stawiam osiłka z kałaszem. I ryczę w poduszkę. Samotnie.

I tym sposobem kolejna grupa moich znajomych rozpływa się w nicość. Serce boli.... A moje skrzydła nadal nie pamiętają jak latać... Może lepiej, że je podcinają? Przynajmniej się nie potykam gdy idę...


środa, 27 maja 2009

Zrozumienie

Władysław Grzeszczyk w swojej "Paradzie paradoksów" zawarł kilka wyjąkowo cennych myśli. Dziś najbliższą mnie samej zdaje się być:
"Siebie można przemilczeć,
także - przeczekać,
a nawet - przeżyć.
Tylko nie - zrozumieć."
Nie rozumiem siebie. Ni w ząb. Od zawsze... Nie bójmy się tego stwierdzenia. NIE ROZUMIEM.
Jednego dnia sama zapraszam Pannę Rozpacz do domu, następnego strzelam z wiatrówki, gdy tylko ją zobaczę na horyzoncie. Dzisiaj najchetniej bym ją wykreśliła z tego swiata. Zapomniałabym, że istnieje. To samo czasem robię z Panną Refleksją, Panem Melancholią i Dziadkiem Humorem. Czasem mówię co myślę, kiedy indziej gryzę się w język. Czasem śmieję się, gdy moje Serce wyje z rozpaczy, a nastepnym razem wyje razem z nim. Niekiedy każę Rozumowi iść precz, w kolejnej chwili błagam by wrócił.
Zrozumie to kto?
Zrozumienie innych przychodzi mi łatwiej. Ich motywy, zachowania, powody widze jakoś wyraźniej. Ich działania układają się w mniej lub bardziej, ale jednak logiczną całość. Moje? Nie bardzo. To tak jakbym jednocześnie chciała iść w przód i w tył - przecież to fizycznie niemożliwe. I motam się tak sama ze sobą. I nie chodzi o to, ze nie wiem czego chcę. Moje pragnienia są wyjątkowo dobrze sprecyzowane, tylko droga do nich taka jakaś... dziwna... inna niż wszystkie wokół. Ale idę nią. Nadzieja pomaga mi iść naprzód, wytrwałość stać, gdy napotkam przeszkodę, a odwaga - wracać, gdy zbłądzę. Jednak siebie nadal nie rozumiem. Może nie warto próbowac? Może po prostu zaakceptować, przemilczeć, przeczekać? Iść dalej mając na uwadze słowa Orzeszkowej:"Ku celom pożądanym wiodą drogi trudne." Może jedną z trudności jest brak zrozumienia własnych działań?

wtorek, 26 maja 2009

A ja wolę moją mamę...

Dzisiejszy dzień jest stanowczo zbyt długi. Chciałabym, żeby się skończył zanim jeszcze sie zaczął. Jechałam do pracy.. Trajkoczące mamusie... Te stare i te młodziutkie... "A moje dziecko to.. A moje dziecko tamto..." Dobrze, że kupiłam nowe słuchawki do mp3 - w przeciwieństwie do starych, te DZIAŁAJĄ. I dobrze, ze moja mp3 ma duże możliwości głosowe. Włączyłam na full... Dobrze, że wracam dzis późno... Ominą mnie dzieci wychodzące z przedszkola koło mojego bloku. Te maleńkie istotki ściskające w maleńkich rączkach samodzielnie wykonane laurki. Aż mnie w gardle dławi na samą myśl. W takie dni jak dzisiejszy, najchętniej nie wychodziłabym z domu. Albo uciekła do puszczy. Z gruboskórnymi niedźwiedziami posiedzieć... Zabrałabym takiemu jego grubą skórę i owinęła się nią dokładnie.
Znów źle spałam. Śniły mi się maleńkie rączki, którychnie mogłam uchwycić. Znów we śnie słyszałam płacz dziecka, którego nie mogłam znaleźć... Doszły mi kolejne siniaki na ręku. Znów w nocy uderzyłam o szafkę....
Nerwy mam napięte do granic możliwości. Czuję się tak jakbym za chwilę miała się rozsypać. Na pył. Na kurz... taki już nie do pozbierania.

poniedziałek, 25 maja 2009

Niech staną zegary...

Niech staną zegary
Zamilkną telefony
Dajcie psu kość
Niech nie szczeka, niech śpi najedzony.
Niech milczą fortepiany
I w miękkiej werbli ciszy
Wynieście trumnę
Niech przyjdą żałobnicy
Niech głośno łkając samolot pod chmury się wzbije
I kreśli na niebie napis "On nie żyje!"
Włóżcie żałobne wstążki na białe szyje gołębi ulicznych
Policjanci na skrzyżowaniach niech noszą czarne rękawiczki.
W nim miałem moją północ, południe i zachód i wschód
Niedzielny odpoczynek i codzienny trud.
Jasność dnia i mrok nocy, moje słowa i śpiew
Miłość, myślałem, będzie trwała wiecznie,
Myliłem się,
Nie potrzeba już gwiazd - zgaście wszystkie - do końca
Zdejmijcie z nieba Księżyc i rozmontujcie słońce
Wylejcie wodę z morza, odbierzcie drzewom cień
Teraz już nigdy na nic nie przydadzą się...

/Weyston Hugh Auden: Funeral Blues/

Dzisiejszy dzień zaczął się nawet spokojnie, ale później...
Panna Rozgoryczenie trzyma się na szczęście ode mnie z daleka. Jednak odwiedziła mnie znów Panna Refleksja. Pod pachą przytargała grube tomisko pełne zdarzeń minionych. Otwiera mi kolejne karty i podsuwa pod oczy. Niedobra ona. A mi w tych oczach łzy się zbierają.
Na jednych z pierwszych kart: Przyjaciel... jeszcze zadowolony, szczęśliwy, pełen życia. Na następnej... Tylko pół roku... Moje serce zabrane. Rozdarte i rozdeptane przez Los w ciężkich butach. Ryczę...
Następne karty... Zapuchnięte oczy bolą...
Doszłyśmy dopiero do połowy tej grubej księgi, a z mojego serca został jakis taki mocno sponiewierany ochłap i strzępek. Z każdym grymasem bólu, w oczach Panny Refleksji odbija się zrozumienie i współczucie. A ja wyję: Co to ma być? Cholerne katharsis? Źle sobie dzień wybrałaś, panno Refleksjo... Oj źle...
Natrafiam na chwilę, gdy w sieci znalazłam wpisy Panny Rozpacz na Kateferii. Znów ryczę... jak za pierwszym razem. Wpisy kończą się w styczniu. Sprawdziłam. Ciekawe jak sobie Panna Rozpacz radzi. Ledwie tłumię odruch, by do niej napisać. Czy słusznie? Nie wiem. Tłumię ze strachu. Że nie odpowie...
Kolejna karta i kolejny wybuch płaczu. Tu odszedł drugi Przyjaciel... Nagle. Z dnia na dzień. Nienawidzę motorów. Nienawidzę kierowców Volkswagenów... Nienawidzę! Za kilka dni minie 6 lat... A ja nadal ich nienawidzę. Co roku chadzam w miejsce gdzie odszedł. Co roku boleśnie uświadamiam sobie, ze mogłam odejść razem z nim... Gdyby nie głupi przypadek... Ja miałam jechać na tym motorze... Czasem męczą mnie głupie wyrzuty sumienia. Że mnie na nim nie było. Że ja żyję a on nie...
Kilka kart wywołuje uśmiech. Ociera łzy... Serce mi wraca do życia. A myślałam kiedys, że to niemożliwe. Wracają do mnie kojące słowa, ciepły dotyk, gorący oddech. Ale czy rzeczywiście wracają? Przecież one są na stałe. Nawet gdy kolejne z kart zostają naznaczone bólem. Te kojace słowa nadal słyszę w tle. Co z tego, ze szeptem... Dotyk przesmyka mi pogłowie głaszcząc uspokajająco. Słyszę dwa głosy. Po kolejnej karcie zostaje juz tylko jeden.
Kochana odeszła... Tęskno mi. Tęskno mi za nią czasem tak bardzo, że aż mi tchu brakuje. Czasem gdy idę na cmentarz nie mogę się powstrzymać by chociaż na chwilę nie przytulić policzka do zimnego pomnika. Jak jestem sama... Przy innych jakoś mi tak nieswojo. Jakby zabierali mi najbardziej intymne przeżycia. Pozwalam sobie wówczas tylko na ukradkowy całus przesłany ręką. Tęsknię za jej mądrością, za dobrymi słowami, za ciepłym usmiechem, za subtelnym zapachem, którym rozjaśniała najgorszy dzień. Tęsknię za aromatem sernika, który piekła. Tęsknię za Nią. Za Kochaną...
Drugi głos jest ze mną. A we mnie narasta strach, że któregoś dnia go zabraknie, że zniknie, odejdzie.... Kurczowo się go łapię... aż tłamszę... chcę zachować dla siebie... To mnie przeraża.
Na kolejnej karcie znów błyszczy jasna plamka. To moja Kosa. Te 9 złotych. Mękka. Ta, która jest dla mnie jak córka, której nie mam. I znów ogarnia mnie strach. Że przestanie mnie chcieć. Że sie znudzi.. Zniknie...
Z niepokojem patrzę na Pannę Refleksję i kolejną kartę, którą chce odkryć.
Pusta...
Kolejna. Pusta... Pusta.. Pustapustapustapusta.
Spoglądam na Pannę Refleksję. Uśmiecha się ciszą.
Oddycham z ulgą.
Nie wszystko w moim życiu zostało jeszcze napisane. Nadal jeszcze mam białe karty do zapełnienia. Nadal mogę odbijać na nich łzy i uśmiechy. Nadal mogę na nich tańczyć walca albo tango. Nadal mogę wtrącać w ciemność zapomnienia albo uwodzić pamięcią. Nadal mogę... Nie umarłam i nie odeszłam... Parafrazując:
Moje zegary jeszcze biją.
Mnie nadal gwiazd potrzeba - zapalcie wszystkie - do końca
Zawieście na niebie Księżyc i zamontujcie słońce
Wlejcie wodę do morza, zwróćcie drzewom cień
One nadal jeszcze do wszystkiego przydadzą się...

piątek, 15 maja 2009

A ja się śmieję!

Wiecie jak to jest gdy się wstaje rano, spogląda w lustro i mimo bolących z niewyspania oczu gęba wam się śmieje?
Nie wiecie?
To zmieńcie pracę!

I to nie tak, że starej nie lubiłam.
Lubiłam pracę, lubiłam ludzi, ale w pewnym momencie zaczęłam się uwsteczniać, rutyna mnie zjadała… Brak perspektyw, stagnacja i brak możliwości rozwoju to rzeczy, które tępię bezlitośnie i bez sentymentów. To rzeczy, które sprawiają, że czuję się mała, zaściankowa i głupia. A z całą pewnością taka nie jestem.
W każdym razie dopadła mnie z rana Panna Refleksja. Zaczepiła w windzie. Po krótkiej wymianie zdań doszłam do wniosku, ze babka ma rację. Zmiany są dobre. Nawet te najmniejsze.
Ostatnio dużo zmian w moim życiu. Szczególnie tych związanych z nastawieniem do Życia samego w sobie. Życie zaskakuje, zaurocza mnie… Gdy zaczynam już wątpić, ono podsuwa mi małe miłe prezenciki w postaci osób spotykanych na drodze. Tych pozytywnie zakręconych… A takich w moim życiu ostatnimi czasy przybyło.I mam nadzieję, że szybko nie ubędzie. Cieszę się... Śmieję! Cały czas... na okrągło.... Inni marudzą, narzekają, krzyczą... A ja się śmieję!

sobota, 7 lutego 2009

Kilku kumpli weź...

"Kilku kumpli i patyk albo dwa
Powstanie dom, w którym mieszkać się da
Kumpli weź patyk w garść
Potrafisz to
Wyrośnie dom choć nie było tu go.."

Ostatnio renesans w moim domu przeżywają bajki dla dzieci. Spowodowane jest to dużą ilością szybko rosnących dzieci znajomych. Przecież ta fajna "ciocia Justyna" musi być na bieżąco.
Dzieci znajomych płacą za to szerokim uśmiechem, moi domownicy - bólem głowy. Pod hasłem moich domowników ukrywa się oczywiście Kristof, bo psa nie liczę. Suńka się na ból głowy nie uskarża. A Krzysztofa trzeba zrozumieć. Ma chłopak anielską cierpliwość. Na jego miejscu słysząc po raz szesnasty piosenkę Ani Jurksztowicz "Kilku kumpli weź.." z "Prosiaczka i przyjaciół", uciakłabym gdzie pieprz rośnie. A Kristof znosi ciagłą migrenę... i jeszcze pociesza, gdy mi nerwy puszczą. A puszczają ostatnio często. W ogóle jakaś mało ogarnięta się zrobiłam. Mało ogarnieta prywatnie, bo zawodowo wręcz przeciwnie... Wszystko terminowo, zgodnie z kalendarzem, bez terminarza to się teraz nie ruszam, bez telefonu to jak bez ręki. Nawet jezyk mi się nieco wyostrzył. Podobno nie daję już sobie po głowie chodzić, tylko usadzam nadpobudliwe jednostki. Cóż... Akcja budzi reakcję. Praca nad samodzielnym projektem bardzo mnie zmieniła. I ta nowa ja bardzo mi się mnie samej podoba. Mogę więcej. Właściwie to wierzę, że mogę więcej. A przyjaciele mnie w tym wspierają, utwierdzają. Dzięki nim przestaję wierzyć, a zyskuję pewność, że mogę więcej. A to połowa sukcesu. I chociaż mnie samą od Prosiaczkowych piosenek boli głowa, to ta jedna pomaga mi wiarę utrzymać. Wiarę w to, że z pomocą przyjaciół i bliskich osiągnąć można wiele. I za to ich kocham.

środa, 24 grudnia 2008

Choinka...

Świąt białych, pachnących choinką,
skrzypiących śniegiem pod butami,
spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze,
pełnych niespodziewanych prezentów.
Świąt dających radość i odpoczynek,
oraz nadzieję na Nowy Rok,
żeby był jeszcze lepszy niż ten, co właśnie mija.

sobota, 13 grudnia 2008

A Serce boli...

Serce mi się dziś schowało w zakamarkach należących do Rozumu. Uciekło przede mną. A Rozum siedzi i nad uchem mi utyskuje. W zasadzie nie mówi nic nowego... Ma pretensję, że Serce ranię, że nierozsądna jestem, że popełniam błąd za błędem, że naiwnam i za bardzo ufnam...
Definicja zaufania według słownika to: „poleganie na uczciwości, prawdziwości, przyjaźni i zdrowych zasadach drugiej osoby, poleganie na kimś”. Mało w dzisiejszych czasach tego zaufania pośród ludzi. Bo i mało ludzie zwracają uwagę na zasady. I w tym właśnie tkwi błąd, który Rozum tak bardzo mi wytyka. Ufam ludziom.
Ufam ludziom zwykle za bardzo. A nie wszyscy są tego zaufania godni. Zwykle dostaję za to po tyłku. Ale nie umiem przestać ufać. Zazwyczaj otaczam się tarczą optymizmu. Mocną, grubą, zdolną przetrwać wiele. Siłę by ją utrzymać czerpię z mojej wiary w ludzi. Ale w ciągu kilku ostatnich miesięcy moja wiara w ludzi została nieco nadszarpnięta. Co Rozum dotkliwie uświadomił mi dzisiaj... Nie mógł sobie darować tych drobnych uszczypliwości. Wypunktował co do jednego przypadku, gdy za tą wiarę w człowieka dostałam po głowie. Dotkliwe te krzyki Rozumu dzisiaj.
Zebrało mu się dziś na rozrachunki, do diaska! Nie mógł lepszej pory znaleźć? Zdrajca! Wykorzystał to, że przed Bożym Narodzeniem dopada mnie depresja, że jestem słabsza, podatniejsza na jego utyskiwanie.
I zasiał we mnie ziarno niepokoju. Zaszczepił ponowna chęć ucieczki przed ludźmi. Podsycił pragnienie zamknięcia się w czterech ścianach.
I wiem, że Serce dziś cierpi, ale nie mam dla niej słów pocieszenia. Nie mam słów pocieszenia także dla Rozumu. Może po Świętach je znajdę. Jak umilkną te wszystkie burze. Chwilowo mam kompletnie zaburzony tok myślenia, miejscami graniczący z paranoją. Znów patrzę na życie przez pryzmat ostatnich mało przyjemnych zdarzeń. Tych, o których wiem tylko ja. Nie mam odwagi wypowiedzieć ich na głos. Nie mam odwagi przed samą sobą przyznać, że wszystko składa się w jedną paskudna całość. Nie chcę do tego bagna już wracać. Nie chcę się wikłać w jakieś chore gierki czyichś niezaspokojonych ambicji... I nie mam siły by zatrzasnąć temu drzwi. A Serce cierpi przez to moje niezdecydowanie. A Serce boli...

czwartek, 11 grudnia 2008

Dwie połówki jabłka...

Ostatnio często jestem świadkiem dysput Serca i Rozumu. Znów się za pełne uczuć rozmowy wzięli.

Rozum chciał się wyprowadzić na dobre z powodu nierównowagi emocjonalnej Serca. Na szczęście jakoś się dogadali, bo co ja bym biedna bez Rozumu zrobiła? Dziś dla odmiany Serce szaleje...

******

Serce: Wynoś się! Wynoś się z mojej piersi! Do głowy sobie wracaj, Hipokryto jeden!

Rozum: Ale o co Ci chodzi, Serce?

S: Już ja wiem o co mi chodzi! Specjalnie mnie tu zamknąłeś i nie pozwalasz się ruszyć. Specjalnie mnie ograniczasz! Nie pozwalasz poszaleć! A ja chcę drżeć! Chcę bić szaleńczo! Chcę czuć!

R: Serce, Serce... Ale ja to wszystko dla Twojego dobra... Wiesz co będzie jak się rozszalejesz? Każdemu się oddasz, na drobne rozmienisz i nic z Ciebie nie zostanie... Oni przez chwilę się pocieszą, porzucą Cię i będziesz cierpiało... Tego pragniesz, durne Serce? Tego chcesz?

S: Tak! Tego chcę! Ty się z innymi spotykasz, a ja nie mogę? Ty codziennie na coś oczy wyślepiasz, czegoś nowego doświadczasz, a ja nie mogę?! To niesprawiedliwe! Chcę więc się rozmienić na dobre! Chcę żeby mnie dotykano, głaskano, ściskano. Chcę coś czuć, do cholery!

R: Kretyńskie Serce! Nie wiesz o co prosisz! Wiesz ile tam bólu? Ja co dzień na ten ból spoglądam i codziennie głowię się jak Cię od tego bólu uchronić, a Ty?!

S: Co ja?! Nie pomyślałeś o tym, statusiały Rozumie, że ja może chcę sama tego bólu doświadczyć? Zarzucasz mi, że jestem dziecinna. Że na życiu się nie znam... Jak mam je poznać skoro mnie od niego separujesz?! Ale nie możesz mnie odgrodzić zupełnie! Ono do mnie śpiewa! Codziennie! Cichutko wpełza do mnie i pieści z daleka moje komórki, moje przedsionki, drażni przez osierdzie... dociera do mnie z tlenem. Najpełniej wtedy, gdy ty śpisz, Rozumku. Przechytrzyło Cię to życie... Już w nim zasmakowałam i chcę więcej.

R: Serce... Serce... Ja nie chę byś cierpiała... Nie będę Cię na siłę trzymał, ale nie chcę by Cię bolało...

S: Ehmmm... Rozum, Ty zbladłeś...

R: Nic mi nie jest... Po prostu wyobraziłem sobie, że Ciebie zabrakło...

S: Nie masz czego sobie wyobrażać? Przecież Cię nie zostawię zupełnie... Tylko troszkę poszaleję, ale wrócę zaraz... No nie martw się, Rozum. Nie martw się.

R: Obiecujesz, ze wrócisz? Że nie uciekniesz po cichu? Że nie oddasz się na zawsze byle komu?

S: Oj, Rozum. Przecież wiesz, ze takich decyzji nie podejmuję się pochopnie. Takie decyzje trzeba dobrze przemyśleć. A kto jest w myśleniu lepszy niż Ty? To chyba jasne, że decyzję taką musimy podjąć wspólnie.

R: Chyba miałem chwilowe wygładzenie fałdek...

S: Zazdrosny byłeś i tyle...

R: No to idź, Serce... Poszalej... Posmakuj życia... i wróć całe...

S: Wrócę. Z pewnością wrócę. A ty będziesz czekał na mnie?

R: Zawsze... Co ja bym zrobił bez Serca?

S: To dobrze... Co ja bym zrobiła bez Rozumu?

******

I tak sobie gawędzą, kłócą się i ględzą. Ale żyć bez siebie nie mogą. Jak dwie połówki jabłka...

wtorek, 25 listopada 2008

Nie rozdziobią mnie kruki!

Zostałam zadziwiona. Myślałam, że tego typu zachowania nie zdarzają się wśród poważnych ludzi na stanowiskach dyrektorskich. Tymczasem Pan Rzeczywistość postanowił mnie zreformować i przywołać do porządku. Pokazał mi, że również "poważnym " ludziom biznesu zdarzają się wpadki i dziecinne zagrania.
Zacznę od początku.
Jakiś czas temu zostałam poproszona o przesłanie CV do pewnej instytucji. Tworzyli nowy Dział i poszukiwali kierownika. Życiorys posłałam nie licząc na zbyt wiele. Zaproszono mnie na rozmowę z dyrektorem. Przeszła gładko i miło. Poproszono mnie na drugą rozmowę, bezpośrednio z Panią Zastępcą nadzorującą tworzony dział. Ustaliłyśmy wszystkie warunki, w tym również finansowe. Ustaliłyśmy również termin mojego przejścia do owej firmy. Mieli się odezwać do mnie w połowie listopada i przekazać termin dostarczenia niezbędnej dokumentacji. Połowa listopada minęła, koniec miesiąca się zbliża, a o nich ani widu, ani słychu. Coś mnie tknęło (widocznie Pan Rzeczywistość po konsultacji z Kawalerem Doświadczenie dał mi kopa w siedzenie) i zadzwoniłam sama. I tu mnie zaskoczyli. Generalnie Pani Zastępca Dyrektora się rozmyśliła... Dział nie powstaje. Szkoda tylko, że zapomniała mnie o tym drobnym i nieistotnym fakcie poinformować...
I przed chwilą nawiedziła mnie znów Panna Refleksja okutana w ciepły szal i wełniany płaszcz. Przywitała się z Panem Rzeczywistość i dalej jazda na mnie. Że wymagam niesamowitości od kadry dyrektorskiej, że oni nie skupiają się na takich sprawach... I w ogóle to co ja sobie wyobrażam? Otóż uczciwego postawienia sprawy żądam. O! Nie mam pretensji, że się rozmyślili... W czasach kryzysu i upadku jakiejkolwiek etyki, w czasach masowych obniżek kosztów, takie rzeczy się zdarzają. Ale... Że też ja zawsze jakieś ale wynajdę. Panna Refleksja w uprzejmy sposób przerwała moje wywody stwierdzając błyskotliwie - "Justyna, może ty masz wygórowane żądania finansowe..." Cóż... Nie sądzę. Jak na warunki warszawskie, za moją wiedzę i doświadczenie żądam stosunkowo niewiele. Pan Rzeczywistość stanął po mojej stronie (będę musiała mu jakieś ciasto w podziękowaniu upiec. Łasy na słodycze się zrobił skubaniec). Przeszperaliśmy oferty pracy wspólnie. Wielu analityków szukają. A analitycy z doświadczeniem w pracy przy funduszach unijnych... poszukiwani na gwałt! Na gwałt to może ja nie chcę. Wolę po dobroci się dzielić ;) Przynajmniej rozeznanie rynku zrobiłam. Póki co pracę mam. Nie rozdziobią mnie kruki! Debilizmowi i nieprofesjonalizmowi też się nie dam.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Close enough to perfect...

(...)
You only get one life to work it
So who cares if it's not perfect
I say it's close enough to perfect for me
(...)

Kolejny poranek wypełniony szeptem. Kolejny uśmiech. Kolejne drżenie serca. Kolejna szansa. Kolejna cudownie bezpieczna noc wypełniona snami.

Oglądając wczoraj Camp Rock (chyba wspominałam już o moich dziwactwach? ;)) usłyszałam piosenkę - "Here I am". Rozkosznie młodzieńcza opowieść o odnalezieniu siebie i swojego miejsca w świecie. I przyszła do mnie Panna Refleksja. A ostatnio dość często zdarza jej się przychodzić. I jest mile widziana! Nawet gdy przychodzi sama z siebie, bez zaproszenia, bez zapowiedzi.
Dlaczego Refleksja jest Panna, a nie Pani? Odpowiedź jest prosta - nie złapała jeszcze Pana Refleksa. Zawsze biedaczka przychodzi odrobineczkę spóźniona. Widocznie jej czas jeszcze nie nadszedł, więc tkwi w tym swoim panieństwie, a ja cieszę się, gdy mnie odwiedza. Ale wracając do meritum.
Panna Refleksja zapukała do mnie wczoraj i rozpoczęła dysputy ze mną. Przy dobrej herbacie lipowej z miodem. W końcu nie chcę, żeby mi się rozchorowała i padła gdzieś pod płotem. Ona słabowitego zdrowia jest...
Dysputy z Panną Refleksją lubię. Są stymulujące. I zawsze skutkują czymś. Po wczorajszej znów mi przetasowały się Prioryt Ety. I spojrzenie na Życie mam jakby inne.
Cytując słowa piosenki w wolnym tłumaczeniu by Justysia:

"Dostajesz tylko jedno życie
I kogo obchodzi, ze nie jest perfekcyjne.
Dla mnie jest bliskie ideału..."

Mało poetycko, ale chodziło przecież o uchwycenie sensu. I zrewidowałyśmy z Panna Refleksją moje Życie. O dziwo, podczas rewizji nawet zwykle śmiały Rozum i emocjonalne Serce siedzieli jak trusie.
A ja dzięki Pannie Refleksji doszłam do wniosku, że moje życie jest tak bliskie ideału. Brakuje kilku elementów puzzli, ale zarys obrazu został zachowany. Patrząc z daleka, nawet się tych braków nie dopatrzysz...
Wymarzyłam sobie mały biały domek z ogródkiem. Zamiast niego mam mieszkanie. Ale mam! Pomieszkuję sobie w nim, odnawiam, sprzątam, gotuję. Czynsz płacę i rachunki - ale na każdym materiale może być skaza, prawda? ;)
Miałam być piękna i bogata. Cóż.... Z Matką Naturą dyskutować nie będę - różne są kanony piękna :) A bogactwo? Mam bogatą osobowość! To się liczy bardziej niż drogi samochód czy markowe ciuchy.
Miałam mieć dwójkę ślicznych i mądrych dzieci. Tu sprawa nie jest przesądzona. Pertraktacje z Wielkim Manitou trwają.. Podobno twarda ze mnie sztuka i ciężki negocjator ;)
Męża mam. Nie wygląda jak Adonis, ale nie zamieniłabym go na żadnego innego Daje mi siłę, oparcie, poczucie bezpieczeństwa, daje mi serce. Jest kochany, czuły, cudowny. Jest moim przyjacielem, do którego mogę się zwrócić ze wszystkim. Pewnie, ze mnie wkurza, ale... Ale życie bez niego by nie istniało...
Tak naprawdę mimo całego codziennego marudzenia i narzekania, gdy rozłożyłam życie na czynniki pierwsze stwierdziłam, że ono jest bliskie ideału. Jest moje. Uwielbiam to moje Życie. Jedyne jakie mam.

niedziela, 23 listopada 2008

Endorfiny ;)

I've always been the kind of girl
That hid my face
So afraid to tell the world
What I've got to say
But I have this dream
Right inside of me
I'm gonna let it show, it's time
To let you know
To let you know

This is real, this is me
I'm exactly where I'm supposed to be, now
Gonna let the light, shine on me
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
This is me

Do you know what it's like
To feel so in the dark
To dream about a life
Where you're the shining star
Even though it seems
Like it's too far away
I have to believe in myself
It's the only way

This is real, This is me
I'm exactly where I'm supposed to be, now
Gonna let the light, shine on me
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
This is me

You're the voice I hear inside my head
The reason that I'm singing
I need to find you, I gotta find you
You're the missing piece I need
The song inside of me
I need to find you, I gotta find you

This is real, this is me
I'm exactly where I'm supposed to be, now
Gonna let the light, shine on me
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
This is me
You're the missing piece I need
The song inside of me (this is me)
You're the voice I hear inside my head
The reason that I'm singing
Now I've found, who I am
There's no way to hold it in
No more hiding who I want to be
This is me


Od samego rana słyszę w głowie tę piosenkę z musicalowej produkcji Disney Channel (tak, ja też miewam dziwactwa XD)
Niesamowicie pozytywnie ładująca mój styrany pracą organizm. Podnoszacy poziom endorfin utworek.. Chociaż nie wiem czy po wczorajszym dniu poziom hormonu szczęścia może być wyższy. :DDDDDDDDDDDDD Dzień, który spowodował, ze dziś śpiewam, rozpiera mnie energia i zachowuję się jakbym miała ADHD - tylko takie radosne i roześmiane.
Więcej takich dni proszę!

piątek, 21 listopada 2008

Oto ja. Ponownie.

Minęła wiosna i lato. Jesień się już kończy... Zima za płotem.
A u mnie zmiana goni zmianę.
Nie w sensie fizycznym. Chociaż to też... Obcięłam włosy. Chodzę w spódnicach (o matko, świat się kończy! :P ).
Główne zmiany zaszły w psychice. Dojrzałam. Osiągnęłam kompromis ze starą Mną. Już nie walczę z wiatrakami. Bezsensowne trwonienie siły i energii na walki niemożliwe do wygrania, to czysta głupota. Najprostsza droga do zagubienia siebie. Po co mi to? Lubię siebie i wolałabym tej siebie nigdzie nie zagubić. Musiałabym później błądzić, nawoływać, włóczyć się gdzieś po ogórach... Szkoda czasu!
Od kilku miesięcy uśmiecham się szczerym uśmiechem. Patrzę na ludzi zauważając ICH. Nie miewam depresji, nie zamykam się w sobie... Otwieram worek z dobrym humorem i pozwalam czerpać każdemu.
To mnie cieszy.
Cieszy mnie każdy uśmiech na twarzy przyjaciela.
Cieszą mnie ich sukcesy, nawet te najmniejsze.
Cieszy mnie moje spojrzenie poranne.
Cieszy mnie mój własny uśmiech.
Cieszy mnie oddech śpiącego Krzyśka.
Cieszy mnie każde jego westchnienie, gdy musi wstać z łóżka.
Cieszy mnie dźwięk fortepianowych utworów Yirumy, których słucham co wieczór.
Cieszy mnie aromat czerwonego wina i truskawek.
Cieszy mnie żółty liść na trawniku.
Cieszy mnie chłód pnia orzecha, do którego przytulam się codziennie wracając z pracy.
Cieszy mnie cały świat.
Cieszy mnie życie.
Bo jest cenne.
Bo jest nasze.
Bo jest moje.

czwartek, 20 listopada 2008

__________________________________________

To jest gruba krecha oddzielająca o co było od tego co jest.

czwartek, 13 marca 2008

Dla K. :*

Dziękuję, że jesteś :))))))))))

*******
Będę rzeką dla twych strudzonych nóg
kwiatem na ramieniu
głodem twych spragnionych ust-
Ptakiem będę odkrzykującym z oddali
ciepłym piaskiem w twych dłoniach
wiatrem co rzęsy ci spali-
Będę tętnem pulsującym w twej szyi
burzą spokojem i niebem
smakiem ulotnej chwili-
Jestem...

Mąż, już Ty wiesz co ;P :DDDD

środa, 12 marca 2008

Krótka przerwa

Nadzieja po raz kolejny spełzła na niczym. Jednak tym razem przyjęłam to spokojnie i bez zwyczajowej histerii. Bo mam PLAN, ale o tym za chwilkę :P
Sporo się dzieje ostatnio.
W pracy nawał roboty, nie mam czasu nawet się za uchem podrapać;)
Cóż, Wiosna idzie ;)
A wraz z wiosną przybywa postanowień. Jak choćby to ostatnie - w leczeniu trzy miesiące przerwy. Ale zgodnie z zasadą COŚ ZA COŚ - trzy miesiące przerwy nie oznaczają trzech miesięcy słodkiego lenistwa, wręcz przeciwnie. I to jest ten wielki PLAN. Zgodnie z powziętym i podpisanym przez wszystkich świętych planem, te trzy miesiące pełne będą wytężonej pracy. Mają bowiem skutkować dość dużym spadkiem mojej wagi. Wariant pesymistyczny zakłada 10 kg, wariant optymistyczny 20, wariant realistyczny - coś pomiędzy ;) Wspomagana czarodziejskimi specyfikami Moniki, akupunkturą i dieciskiem, poświęcać się będę intensywnym ćwiczeniom przeplatanym jogą.
Bo joga, kochany Rozumku, uspokaja mi Serce, a ciebie, kochany Rozumku, zajmuje czym innym niż wymyślaniem powodów kolejnych niepowodzeń terapii. Dzięki temu zyskuję chwilę dla siebie ;)
I tego będę się trzymać!
Poza tym kroi się krótka wizyta w szpitalu - brrr... zimno mi się robi na samą myśl. Jak mus to mus. Prawdę mówiąc wolałabym mieć już te badania za sobą :)

sobota, 23 lutego 2008

...

- Jeżeli ciąża to stan naturalny, to czemu tak trudne to wszystko?
- Bo wszystko co dobre przychodzi z trudem, Kochanie...

******

Znów karmię sie nadzieją. Mimo że zdrowy rozsądek i wszystko dokoła mówi mi, że znów totalna klapa - nadal wierzę - kompletnie irracjonalnie i bezpodstawnie. Nie potrafię przestać wierzyć. Boję się, że bez tej mojej wiary się już nie podniosę. Ostatnio znów śnił mi się labirynt - ciemny, pełen wilgoci, zapętlony. I pełen odbijającego się od ścian płaczu dziecka, do którego nie mogłam się dostać, nie mogłam go ukoić, nie mogłam odnaleźć. Tak się czuję na co dzień - skołowana, bezsilna - ale wciąż z tlącą się nadzieją, że ten miesiąc będzie się różnił od poprzednich. A tu temperatura nie rośnie, samopoczucie pod psem... Wczoraj było jeszcze dobrze, stres odpuścił na chwilkę. Dziś napadł na mnie ze zdwojoną siłą. Nie chce mi się wychodzić z domu. Ba! Nie chce mi się nawet zwlekać z łóżka. Skończyłam czytać "Nadzieję". Miała mi pomóc, a czuję się tylko jeszcze bardziej przygnębiona. Ze mnie jednak jest dziwadło....

środa, 13 lutego 2008

Chwila...

"Wymarzony cud,

maleńki cud nadziei

ten dar szczególny nieba

najmniejsze z wszystkich marzeń...

miłości wielkiej trzeba by zegar tykać zaczął,

jak wielki ból rozstania

jak mroczny żal po stracie

jak jęk, co serce rani, a potem znów od nowa

liczenie na łut szczęścia

na nowy uśmiech losu

że uda się utrzymać wbrew wszystkim przeciwnościom

dopóki sił wystarczy

wykrzyczeć w twarz ciemnościom tęsknotę aż do nieba

i szeptać

coraz ciszej,

bo długo czekać trzeba aż dobry duch usłyszy

i ześle ciemną nocą

gdy ledwo śmiesz oddychać -

drobniutkie wnet paluszki twój rękaw będą chwytać

i w sercu płynne złoto,

bo nie jest wciąż za późno

podziwiać cud stworzenia

wśród niespokojnych szeptów i krzyków udręczenia,

aż wreszcie w mych ramionach istotka kwili mała,

o, chwilo upragniona, bodajbyś wiecznie trwała!"

czwartek, 7 lutego 2008

Wierzę. Całe swoje życie wierzę. Wierzę w prawa ustanowione, wierzę w miłość nieskończoną i miłosierdzie, w odpuszczenie win też wierzę... Wierzę nawet w to, ze w tym szaleństwie jest metoda - że dzięki mojej kilkuletniej walce o maleńkie serduszko, które chcę nosić pod sercem, staję się silniejsza, odporniejsza, madrzejsza i... coraz bardziej głodna. Głodem, którego nie potrafię zaspokoić. Ale nawet wtedy wierzę...
Trudno mi jednak uwierzyć, że Bóg potępi mnie za cały ten trud, za cierpienie, które znoszę by żyć w zgodzie z tym co ślubowałam i co sam umieścił w swoich prawach - by zostać matką... Trudno uwierzyć mi w to, że zostanę potępiona na wieki. Można mówić o winie, gdy dokonuje się świadomego wyboru. To co robię nie jest wyborem - ja chwytam się ostatniej deski ratunku, mimo że kaleczy mi dłonie. Cierpię w walce o życie. Nikt na Ziemi nie ma prawa mnie za to potępiać...

piątek, 1 lutego 2008

Wykaraskalam się z dołka, potem były chwile zarobienia... teraz czekam błogiej stagnacji...
i z drżeniem myślę o kolejnej becie we wtorek... Czuję się coraz bardziej zmęczona... nawet nie smutna.. najzwyczajniej w świecie zmęczona.

I dziczeję. Znowu. Zamykam się w domu z książką i tak jest mi dobrze. W zasadzie chwilowo nie mam ochoty spotykać się nikim, albo przynajmniej nie mam ochoty wychodzić - jezeli ktoś mnie odwiedzi, to przecież go nie wygonię... Chociaż niektórych....... spuściłabym ze schodów... zwłaszcza ostatnio!

wtorek, 8 stycznia 2008

...

Mam wyniki bety...

Myślę ciszą....

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Gorszy dzień...

Czasem mnie dopada. Taki zły dzień... Za oknem szaro i zimno... W sercu szaro i mokro... Płaczek do mnie przyszedł... I tak siedzi mi na głowie od rana.
Doszłam do wniosku, że nie wyczekam tylu dni. Pomaszerowałam rano na betę - wyniki w najlepszym razie jutro, a najprawdopodobniej w środę. W sumie to lepiej - zawsze to 2 dni nerwów, a nie 12. Pregnyl podany 22 grudnia - 16 dni temu - nie powinien zakłócić wyniku. A ja będę wiedziała na czym stoję i albo oszaleję z radości albo przeżałobuję kilkanaście dni.
Zbierając siły na następną próbę.

Zauważyłam, że boję się myśleć...
Boję się pomyśleć, że się udało - bo co będzie jeżeli się nie uda? Boję się myśleć, że się nie udało - bo popadam w coraz głębszy dołek. Boję się pesymizmu... Boję się optymizmu.. Boję się wierzyć... Boję się mieć nadzieję... Boję się ją stracić... Strach! Wszechobecny strach!
Czasem z tego strachu brakuje mi tchu, trudno oddychać. Zapadłabym się w tym strachu... I w ciemności, którą niesie... Gdyby nie ciepłe dłonie Krzyśka i jego spokojny głos, zapadłabym się.

W te gorsze dni jest różnie. Czasem budzę się rano i chce mi się wyć. W poczuciu bezsilności zaciskam pięści raniąc paznokciami wnętrza dłoni. Czasem budzę się obojętna na to co się dzieje wokół mnie. Czasem po prostu płaczę. Czasem dopada mnie histeryczny śmiech. Czasem nie mam siły na podniesienie się z łóżka. Czasem wyskakuję z niego jak oparzona. Kompletne niezrównoważenie....
Dziś jest to płaczliwe Czasem. Płaczliwe i wyjątkowo niecierpliwe.

A w tym wszystkim najgorsze jest czekanie... Z jednej strony usilnie staram się nie myśleć o wynikach badania, staram się zająć czym innym. Z drugiej strony pytania wciąż kołaczą mi się w głowie... A jeżeli tym razem się udało? Jaka będzie płeć? Czy będzie zdrowe? Czy w końcu się udało?!? A co jeżeli nie?! Czy dam radę znów się podnieść i stanąć do nowej walki? Czy starczy mi sił? Czy jeszcze chcę walczyć? Czy warto próbować? Czy to ma w ogóle sens?!